Czy naprawdę mam czego chciałam?

             Dziś jest chyba jeden z najpiękniejszych letnich dni. Przynajmniej moim subiektywnym zdaniem. Słoneczko od rana na niemal bezchmurnym niebie. Te kilka  białych chmurek na niebie to snuje się bardziej dla ozdoby. Temperatura idealna – nie za zimno i nie za ciepło. Lekki letni wietrzyk przyjemnie chłodzi ciało. Ale kiczowaty opis. A co mi tam. Tak to odbieram.

            W taką pogodę trudno usiedzieć w domu – zwłaszcza jak się mieszka w bloku. Wybrałam się więc nad pobliską rzeczkę. Cele były dwa. Relaksujący spacer i przy okazji pomyślałam sobie że może znajdę w wodzie parę fajnych kamyczków do mojego akwarium. Do rzeczki niedaleko. Tak około kilometra.    

           Gdy kończy się nasze osiedle zaczyna się inny świat. Świat małych uliczek wzdłuż których stoją domki jednorodzinne. Domki stare, pamiętające co najmniej czasy PRL-u i nowe – wybudowane współcześnie. Widać różnice w stylach. Te stare, to proste nieciekawe piętrowe klocki o płaskich dachach. Nowe mają ciekawe rozwiązania architektoniczne brył – przeważnie parterowe z urządzonymi do zamieszkania poddaszami. Jedne i drugie mają wspólną cechę. Mają podwórka. Kawałek własnego zielonego terenu ogrodzonego siatką albo płotem. Szłam powoli taką uliczką, zaglądałam na podwórka i zazdrościłam im. Trawka zielona krótko przystrzyżona. Klomby, donice małe i duże pełne kwiecia. Parasole, a pod parasolami stoliki i foteliki. Małe piaskownice i dmuchane baseniki sugerują że w takim domu są dzieci. Znów kicz. No i dobrze.

          Zanim doszłam do rzeczki rozkrochmaliłam się zupełnie. Przypomniał mi się mój rodzinny dom. Mały, ciasny, ale własny. Bez wygód. Po wodę chodziło się do hydrantu 50 m. Piece opalane węglem. WC w kącie podwórka. No właśnie. Ja już nie pamiętam jak to było ciężko nosić wodę, niewygodnie myć się w misce, czy marznąć gdy w nocy zgasł kaflowy piec. To znaczy pamiętam, ale mam do tego stosunek obojętny. To podwórko jest w moich wspomnieniach najważniejsze. Kawałek warzywniaka uprawianego przez mamę w kącie a reszta to trawa na której szalałam z trójką rodzeństwa i dzieciakami z sąsiedztwa. Zimą nasz osobisty bałwan.

        Wtedy nie doceniałam tych walorów wynikających z posiadania skrawka własnej zieleni. Gdy podrosłam, marzyłam o mieszkaniu w bloku. Z centralnym ogrzewaniem, wodą w kranie i sr…m w porcelanie. I mam to czego chciałam. Od czterdziestu lat. O co mi więc chodzi? Po latach mieszkania w bloku stwierdzam, że te tzw wygody to nie wszystko. Jest jeszcze czynnik ludzki. Na takiej uliczce mieszka kilka – kilkanaście rodzin. Wszyscy się znają ale mają dużą przestrzeń do życia. W mojej klatce mieszkają 24 rodziny, a w bloku 72. W sumie to będzie sto kilkadziesiąt osób. Wokół bloki z podobną ilością mieszkańców. Ludzi w różnym wieku, o różnych upodobaniach, temperamentach. Nietrudno więc o konflikty i spięcia. W takim skupisku ludzi zawsze trafią się osoby które mają gdzieś dobre stosunki międzysąsiedzkie i potrafią mocno uprzykrzyć innym życie. Wtedy chciałoby się uciec stąd do domku bez wygód pod lasem. Byle mieć święty spokój i kawałek własnego podwórka.      

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s