Jak ten czas zasuwa..

Wydawało by się jakby dopiero kilka dni temu zaczął się nowy rok, a tu już prawie połowa lutego. Wielkimi krokami zbliżają się ostatki. Wczoraj tłusty czwartek. Dzień obżarstwa pączkami.

Nie znam takich którzy w tym dniu nie pozwolili by sobie na zjedzenie chociaż jednego. Rekordziści potrafią wsunąć nawet kilkanaście. Co na to wątroba? Moja jednorazowo zgadza się na góra trzy sztuki. I to takie domowej roboty. Bo ja ten jeden raz w roku robię pączki sama. Mam sprawdzony przepis z takiej starej  książki o wypiekach z początku lat 70-tych ub. wieku i trzymam się go rokrocznie. Zawsze wychodzą pyszne. Puszyste, leciuteńkie, z kwaskowym nadzieniem z powideł śliwkowych o lekkim aromacie różanym. Rodzina i znajomi są zachwyceni. Te ze sklepu się do nich nie umywają. Taki domowy pączek porządnie zrobiony jest porównywalny cenowo (jeśli chodzi o produkty – nie liczę wkładu pracy) do tych ze sklepu, ale warto było poświęcić te kilka godzin, żeby usłyszeć te hymny pochwalne pod moim adresem.

Dziś byłam z moją psinką na badaniu kontrolnym wątroby. Niestety nie jest najlepiej. Wyniki są coraz gorsze. Stąd pewnie jej ostatnie zachowanie. Może to nawet nie jest nawet sugerowana przez weta demencja, tylko stres spowodowany dolegliwościami. Trudno, żeby psina wesoło merdała ogonkiem, jak ją coś w środku boli, a chodzi za mną, bo szuka pomocy. Jak ja jej mogę pomóc, poza regularnym dawkowaniem leków przepisanych przez weta?

Kurczę pieczone! Dał mi pan dzisiaj do myślenia…….. Nie ukrywam – świeczki stanęły mi w oczach. Potem zaczął mnie pocieszać, że oni z ich strony zrobią wszystko żeby psinka żyła jak najdłużej w jak najlepszej formie. Czyli ciekawe jak długo?