Nie drażnić Kowalskiego

Dziś niedziela, więc pozwoliłam sobie zgodnie z przykazaniem „dzień święty święcić” na totalne prawie nic nie robienie poza serfowaniem w internecie w poszukiwaniu co ciekawszych tematów i artykułów. Miał być luz, więc i tematy niezbyt ambitne.

I tak skacząc sobie ze strony na stronę, z tytułu na tytuł wyhamowałam na Onet Kobieta, bo mój wzrok przyciągnął tytuł jak to przez rok  jakaś pani ograniczając wydatki do minimum zaoszczędziła ponad 90 tys. złotych. Kwota w polskiej walucie sugerowała, że tekst dotyczy naszej rodaczki. Nic bardziej mylnego. Artykuł dotyczył pani dziennikarki z zagranicy (chyba amerykańskiej skoro zarabiała w dolarach), która postanowiła przez dwanaście miesięcy eksperymentalnie ograniczyć wydawanie zarobionej kasy. Żeby zaoszczędzić, zrezygnowała m.in. z używania samochodu na rzecz roweru, jadania w restauracjach, bywania w pubach, kinach i jedzenia słodyczy. Jednym słowem przerzuciła się na zdrowy tryb życia. I tak dowiadujemy się, że pani wydając niecałe 2 tys. dolarów na miesiąc ( w przeliczeniu ok. 8 tys. PLN), czyli 24 tys. USD (odpowiednio ok. 96 tys. PLN) w skali roku odłożyła dodatkowo 22 tys. dolarów (w tytule ponad 90 tys. złotych – prawda jak to brzmi? – 90 to nie 22). Autorzy artykułu są pod wrażeniem „wyczynu” pani zachęcając do przeczytania określeniem „…….niesamowita historia…”. Jaka niesamowita? Że postanowiła przez rok spuścić z tonu z wydatkami?  No i oczywiście „……zaskoczyła wszystkich oryginalnym pomysłem na życie……”. Chyba tylko w jej najbliższym otoczeniu.

Ponieważ z artykułu nie wynika jak potoczyły się losy pani po roku „umartwiania się” to można się domyślić, że wróciła do starego trybu życia a powiększa oszczędności o tantiemy z książki którą wydała opisując w niej swoje obserwacje, spostrzeżenia i przeżycia z tamtego okresu. W końcu była dziennikarką.

I to by było na tyle. Nawet nie znając realiów w jakich żyje pani łatwo się domyślić, że ma się dobrze skoro mogła sobie pozwolić na odłożenie drugie tyle ile wydała. Gdy przeczytałam więc ten artykulik zaczęłam się zastanawiać nad jego sensem i przesłaniem. Tylko jako ciekawostka i to irytująca. No bo co? Czy jej przykład ma być u nas w Polsce motywacją do oszczędzania? Wolne żarty. Przeciętny Kowalski marzy aby z przeciętnej polskiej pensyjki udało mu się związać koniec z końcem od pierwszego do pierwszego. Dla niego to normalka że nie chodzi po knajpach, pubach, kinach i jeździ rowerem.

A może by tak dla odmiany „niesamowitą historię” polskiej emerytki która co prawda grosza nie odłoży, ale za 1200 złotych (300 dolarów)  potrafi porobić opłaty i utrzymać się cały miesiąc.

 

 

Figa i Stefan

Dziś Światowy Dzień Kota, a więc kocie święto. A czy koty o tym wiedzą? Szczególnie te bezpańskie, których nikt nie chce? Na moim osiedlu dawniej koty mogły mieszkać w piwnicach bloków. Były wybite w betonowych ścianach piwnic małe okienka którymi koty wchodziły do środka. Od kilku lat to się zmieniło. Okienka zamurowano, koty wyrzucono na ulicę i nawet zimą ludzie nie chcą wpuszczać kotów na klatkę schodową (bo smród i zarazki). Nie mają więc nasze osiedlowe kotki lekko. Szczególnie zimą. Im święto nie w łebku. Walczą o przetrwanie żywiąc się po śmietnikach i szukając ciepła pod samochodami które nagrzane zjechały właśnie na parking. Byle do wiosny.

            Bardzo lubię koty i strasznie mi ich żal, ale przecież wszystkich nie przygarnę do mieszkania w bloku. Mam zresztą dwa. A oto one:

Figa to dziesięcioletnia kociczka przyniesiona przez męża z piwnicy w czasach, gdy koty jeszcze tam mieszkały. Miała kilka miesięcy i bardzo chciała mieć swój dom u ludzi. Ona po prostu wybrała sobie męża na właściciela.

Bardzo wrażliwa i delikatna. Dama w każdy calu. Uwielbia robić mi psikusy chowając się w różnych dziwnych miejscach (najchętniej w którejś z szaf albo w szufladzie kanapy) i nie reaguje gdy ją szukam i nawołuję, po to żeby za jakiś czas zjawić się znienacka gdy jest pora posiłku. Latem lubi przesiadywać na balkonie w którejś z doniczek z kwiatkami.

            Stefan to pięcioletni kocurek którego przyniosła najstarsza wnuczka. Miał rok jak się u mnie zjawił. On jest niby wnuczki, ale skoro mieszka u mnie? Przesympatyczne, towarzyskie stworzenie które uwielbia mi przeszkadzać gdy akurat coś robię i nie mam dla niego czasu. Nie da się go łatwo spławić. Zaczepia łapką prosząc o pieszczotę. Lepiej więc mu ustąpić Gdy dostanie swoją porcję karesów to dopiero odpuszcza i zostawia mnie w spokoju. Uwielbia chować się do toreb podróżnych (jeśli akurat takowe są na wierzchu) i tekturowych pudeł. Bardzo chciał się zaprzyjaźnić z Figą, ale ona nigdy go nie zaakceptowała. Od czasu do czasu zdarzają się więc między nimi krótkie spięcia. Zwłaszcza Figa – gdy Stefan podejdzie za blisko wyraża swoją dezaprobatę fukając i parskając.

Była tylko jedna sytuacja, gdy Figa stanęła na wysokości zadania w obronie gatunku. W dniu w którym Stefan zjawił się u nas w domu wszyscy, czyli ja, Figa i Mika (o Mikusi było wcześniej) zebraliśmy się w pokoju żeby przywitać przybysza. Mika, z początku spokojna, nagle z wielkim ujadaniem rzuciła się na nowego kotka. I stało się coś niebywałego. Nieśmiała, wycofana Figa z sykiem wskoczyła Mikusi na grzbiet i dosłownie wyjechała na niej z pokoju………. no bo Mika zszokowana tym atakiem dała nogę. Od tej pory Mika nigdy nie zaczepiała Stefka. Żyją w zgodzie i nawet czasami się bawią.

Jest powiedzenie o wiecznie kłócących się ludziach, że „żyją jak pies z kotem”. U mnie na odwrót. Koty się „kłócą” miedzy sobą, a z psem żyją w zgodzie.