Dogonić marzenia

            Wyobraźnia, to jeden z najwspanialszych darów jakim Stwórca obdarował ludzki mózg. To dzięki zdolności do wyobrażania sobie, fantazjowania i wizualizowania marzymy.

Marzymy od małego dziecka. Wyobraźnia dziecka nie zna ograniczeń i słowa niemożliwe. Gdy miałam około pięciu lat, ja i siostra dostałyśmy w prezencie lalki. Ona dużą, smukłą, z długimi włosami w ładnej sukience, a ja lalkę dzidziusia. Gołego, z łysą główką i krzywymi nóżkami żeby mógł siedzieć. Na początku było mi przykro, bo wszystkie koleżanki piały z zachwytu nad lalką siostry, a na moją nikt nie spojrzał. Z czasem pokochałam ją. Wyobrażałam sobie, że to jest moje dziecko. Dziewczynki tak się przecież bawią. Siostra nie chciała bawić się ze mną w rodzinę, ani nie pozwalała dotknąć swojej lalki, więc wymarzyłam sobie rodzinę dla mnie i mojego Naguska. Były to żywe lalki/ludziki, które poruszały się i mówiły. Miały swój dom i ja z moim „synkiem” chodziliśmy do nich w odwiedziny, albo oni przychodzili do nas. Na złość siostrze przychodziła do nas w odwiedziny również jej lalka. Oczywiście w tajemnicy przed nią. Świetnie się bawiłam. To był mój zaczarowany świat do którego poza mną nikt nie miał dostępu.

Gdy miałam kilkanaście lat, marzyłam chyba na okrągło. Zakompleksiona na punkcie swojego wyglądu i nieśmiała, nie akceptująca siebie na jawie, uciekałam w świat marzeń. Będąc ciemnowłosą „tyczką od fasoli” o szarych oczach, stawałam się piękną dziewczyną z przeczytanego właśnie przedwojennego romansidła otoczoną wianuszkiem adoratorów, a wśród nich, oczywiście ten, w którym się skrycie podkochiwałam. Miałam wtedy trzynaście lat i był w mojej klasie chłopiec do którego czułam szczególną sympatię. Oczywiście on za żadne skarby nie mógł się o tym dowiedzieć, bo spaliłabym się ze wstydu. Na jawie uciekałam przed nim, a w marzeniach chodziliśmy na spacery, na lody i uczyliśmy się razem. Przeszło mi, gdy obejrzałam jakiś film z Alainem Delonem. Potem było zauroczenie Jeanem Paulem Belmondo, a na końcu po obejrzeniu „Przeminęło z wiatrem” długo byłam pod urokiem męskiego i opiekuńczego Rhetta Butlera którego grał Clark Gable. Miałam siedemnaście lat, gdy poznałam chłopaka z krwi i kości, który w przyszłości został moim mężem i miraże z fikcyjnymi postaciami prysnęły jak bańka mydlana. Zaczął się etap marzeń mających szansę na spełnienie.

Jak wspomniałam wcześniej, we wczesnej młodości byłam osobą nieśmiałą i mocno zakompleksioną. Wycofana, a jednocześnie bardzo pragnąca przyjaźni i powszechnej akceptacji. Marzyłam o tym, żeby mnie wszyscy lubili. Nie błyszczałam elokwencją, ale uśmiechałam się do wszystkich licząc na wzajemność. Jeśli ktoś nie oddał uśmiechu, to zamartwiałam się, że mnie nie lubi. Potrzebowałam bardzo dużo czasu, żeby zrozumieć, że brak uśmiechu nie oznacza odrzucenie, i że w życiu nie ma tak, że wszyscy wszystkich lubią.

Gdy człowiek wchodzi w dorosłe życie, zaczyna pracę i zakłada rodzinę zmienia się hierarchia marzeń. Zaczynamy snuć marzenia związane z zaspokojeniem naszych codziennych potrzeb. Marzymy o lepszej pracy, o wyższych zarobkach, o powrocie do zdrowia gdy dopadnie paskudna choroba nas, lub kogoś nam bliskiego. Jedne się spełniają. Inne nie. Miewamy również marzenia utopijne. Takie, o których wiemy, że nigdy się nie spełnią, ale są jednym ze sposobów na oderwanie się od szarzyzny dnia codziennego. Ja wymarzyłam sobie dom. Dawno temu, w latach dziewięćdziesiątych będąc przejazdem w jakiejś małej miejscowości zobaczyłam na bramie ogłoszenie o domu na sprzedaż. Choć nie planowaliśmy kupna domu, coś kazało mi się zatrzymać i go zobaczyć. W dużym, starym parku jakieś 100 m od bramy, na końcu alei wysadzanej z obu stron smukłymi topolami stał mały dworek. Na poły zrujnowany, ale i tak uroczy ze swoją proporcjonalną sylwetką i gankiem z kolumnami. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Zaczęłam o nim marzyć. Wyobrażałam sobie, że jest mój i w każdej chwili mogę w nim zamieszkać. Każdego wieczora przed zaśnięciem najpierw go remontowałam, a potem urządzałam. Gdy wszystko było gotowe, spędzałam w nim każdą wolną chwilę. W pogodne dni spacerowałam po parku. W deszczowe i zimne siedziałam w saloniku przy kominku, lub szłam na górę do pokoju – biblioteki i czytałam siedząc w wygodnym fotelu owinięta ciepłym pledem. Przez lata wizualizacji znałam każdy kąt w moim wyimaginowanym domu i każde drzewo w parku. Przez -naście lat we wszystkie nie przespane noce przenosiłam się do mojego domu z marzeń, żeby choć na chwilę zapomnieć o tym, co mnie spotkało mijającego dnia, i co mnie czeka, gdy wstanę rano. Bo tamte lata, to była kumulacja złego jakie może się zwalić na jedną rodzinę. Pod każdym względem.

„Wyprowadziłam” się z tego domu, bo przestał mi być potrzebny, gdy mąż przeniósł się do Krainy Wiecznej Szczęśliwości. Zostałam sama i musiałam sobie od nowa poukładać życie w realu. Gdy pozbierałam się trochę do kupy, postanowiłam, że zrobię remont mieszkania, bo to było od lat marzenie nas obojga, którego nie udało nam się dogonić za Jego życia. Remont kapitalny, bo po trzydziestu paru latach od wprowadzenia się wszystko zaczynało się sypać. Udało się. Mieszkam sobie ładnie, tak jak marzyłam. Czasami nachodzi mnie myśl, że gdyby teraz się tu zjawił, to by mu się podobało.

O czym marzę dzisiaj? Zawsze chciałam rysować i malować. Próbowałam nawet sama. Talentu wielkiego nie mam, ale myślę że jakieś kursy pod okiem nauczyciela pozwoliłyby mi opanować warsztat na tyle, że byłoby to fajne hobby. Gonię to moje marzenie od lat, i ciągle mi ucieka, bo najpierw brak czasu, a potem pieniędzy. Myślę, że już wkrótce je dogonię, bo wiem jak je zrealizować. A jak już dopnę swego, to co dalej? Roi mi się jeszcze kilka pomysłów. Żeby tylko życia starczyło……….

Kiedyś, gdzieś usłyszałam (a może wyczytałam?), że w pewnym wieku nie powinno się snuć planów dłuższych, niż dwa tygodnie naprzód. Ale ja przecież nie wiem ile mi zostało. Dwa tygodnie? A może dziesięć lat? Wolę więc mieć marzenia do spełnienia na dziesięć lat naprzód, niż nie mieć ich wcale.

 

Reklamy

Czy wierzyć w cudy?

 Co to są cudy. 
  1. Wg Wikipedii są to niewyjaśnione i niezbadane zjawiska, nie do pojęcia dla rozumu ludzkiego.
  2. W religii katolickiej cud oznacza wydarzenie nieprawdopodobne, wywołane z intencji Boga i zakładające Jego zaangażowanie.
Jak się tak zaczęłam zastanawiać nad tymi dwiema definicjami,
to doszłam do wniosku, że obie mają punkt zbieżny. A jest nim pierwszy cud jakim było powstanie Wszechświata.
Wg nauki, nasz Wszechświat powstał w wyniku Wielkiego Wybuchu – a zdaniem niedawno zmarłego naukowca astrofizyka i kosmologa Stephena Hawkinga przed Wielkim Wybuchem nie było nic. Skoro coś powstało z niczego, to czy to nie cud?
Wg Biblii wyraźnie stoi, że to Bóg stworzył Świat i też przedtem nic nie było, więc to był pierwszy cud uczyniony przez Boga.
Idąc dalej tym tropem, to co prawda naukowcy wiedzą już, jak po Wybuchu powstały gwiazdy, planety, księżyce i całe galaktyki, wiedzą z jakich pierwiastków są zbudowane i jak działa ten cały „kosmiczny kram”, ale nie wiedzą skąd wzięło się na ziemi życie. Istnieje wiele teorii co do jego początków, ale tak do końca to nic nie wiadomo. I czy to nie cud, że w ogóle powstało ze wszystkimi jego formami akurat tu, na tej jedynej planecie w całym układzie słonecznym? A może to Bóg maczał w tym swe Boskie palce?
Z wszelkich form życia na ziemi niewątpliwie największym cudem natury (a może Boga?) jest człowiek z jego najlepiej rozwiniętym mózgiem i zdolnością do  koncepcyjnego myślenia oraz tworzenia skomplikowanych dzieł  na własny użytek. Nie jest to jednak cud doskonały, bo byłby równy Bogu. Bóg dając człowiekowi zdolności poznawcze postawił granicę, której nigdy nie przekroczymy. Na ogół nie wtrąca się do nas, ale od czasu do czasu interweniuje ze znanych tylko sobie powodów i jeśli nie rozumiemy dlaczego tak się dzieje, to nazywamy to cudem.
Czasami czytamy, lub słyszymy o nagłym, niezrozumiałym powrocie do zdrowia śmiertelnie chorego człowieka, który zdaniem lekarzy z racji zaawansowania choroby nie miał prawa przeżyć. Przeżywamy szok i niedowierzanie na wieść o katastrofie lotniczej w której ginie sto kilkadziesiąt osób, a jedna wychodzi żywa. Nie rozumiemy jak to możliwe. I w jednym i w drugi przypadku można mówić o cudzie. To Bóg zdecydował że mają żyć dalej, bo takie miał wobec nich plany.
Opowiem jeszcze o dwóch przypadkach, które wydarzyły się w moim życiu, z których pierwszy nazwę cudem, a drugi…….. chyba też.
-Pierwszy, to był wypadek samochodowy mojej córki. Był mroźny styczniowy dzień 1996 r. Późnym popołudniem córka poprosiła mnie, żebym jej udostępniła samochód, bo chciała skoczyć do koleżanki po jakieś notatki. Zgodziłam się, ale poprosiłam żeby szybko wracała bo będę się denerwować. Obiecała, że tak zrobi. Po dwóch godzinach czekania byłam już na nią mocno zła i obiecałam sobie, że jak wróci, to dostanie niezły wycisk. Nagle zadzwonił telefon i pan przedstawiając się, że dzwoni z policji prosił żebym przyjechała (tu podał adres) bo córka miała wypadek. To było ok. kilometra od naszego domu, więc pognałam pieszo. Dotarłam na miejsce i na widok tego, co zobaczyłam nogi się pode mną ugięły. Samochód był zawinięty jak rogalik na słupie oświetleniowym. Słup stał w miejscu fotela kierowcy, a zmiażdżony fotel zepchnięty na siedzenie pasażera. Córki nie było. Powiedzieli mi tylko, że żyje i została odwieziona do szpitala. Nie uwierzyłam im. Pojechałam do szpitala i miotałam się po izbie przyjęć wyobrażając sobie najgorsze. Chciałam ją zobaczyć i nie mogłam, bo ponoć była w tym czasie badana. Wreszcie przywieźli ją. Była przytomna – jej pierwsze słowa to było „przepraszam mamo”. A ja byłam wniebowzięta. Moje dziecko żyło i miało się nie najgorzej. Miała lekkie wstrząśnienie mózgu i trochę lekkich zadrapań. Uratował ją brak zapiętych pasów. Gdy samochód uderzył w słup drzwiami od strony kierowcy, siła uderzenia wyrzuciła ją na siedzenie obok, a potem chyba wypadła przez prawe drzwi. Gdyby miała zapięte pasy, słup by ją zmiażdżył. To był naprawdę cud.
-Drugie zdarzenie miało miejsce w 2006 r. W tym roku zmarła moja Mama. W kilka miesięcy później, w listopadzie był dzień imienin Mamy. Postanowiłam w tym dniu jechać na cmentarz. Kupiłam piękną czerwoną żywą różę i pognałam na przystanek MPK. Było lekko po południu, więc obliczyłam, że choć ze względu na odległość to wyprawa na dwie godziny, to powinnam się wyrobić przed zmrokiem. Nie wzięłam pod uwagę, że pogoda i komunikacja miejska popsuje mi szyki. Zaczął padać śnieg i nagle okazało się, że co drugi autobus wypada z rozkładu. Miałam dwie przesiadki i dzięki tym dwom zbiegom okoliczności, gdy dojechałam na ostatni przystanek przed cmentarzem zaczęło się ściemniać. Wysiadłam z autobusu. Śnieg sypał gruby i gęsty jakby się chmura oberwała. Byłam sama na drodze w tym białym tumanie. Tak mi się wydawało, bo nagle ni stąd, ni zowąd obok mnie zjawił się mężczyzna. Zapytał dokąd idę. Zaczęłam się bać, więc powiedziałam że do tego najbliższego domu, co są światła w oknach. Mężczyzna chciał mnie wziąć za rękę i wtedy zaczęła ogarniać mnie panika. Nagle poczułam, że oprócz nas dwojga, jeszcze ktoś tam jest. Nie widziałam tej osoby, ale czułam jej obecność i płynący od niej przekaz:”nie bój się-jesteś bezpieczna”. Mężczyzna wycofał się. Pozostał gdzieś z tyłu, a ja nie oglądając się (mimo wszystko tlił się we mnie niepokój) poszłam w kierunku cmentarza. Gdy przekroczyłam bramę, byłam już całkowicie spokojna. Nie bałam się, choć o tej porze byłam jedyną śmiertelniczką przemierzającą oświetlone alejki pokryte białym puchem. Dotarłam na miejsce, położyłam różę, postałam chwilę i zawróciłam po własnych śladach. Po powrocie do domu długo zastanawiałam się nad tym, co mnie spotkało i kim był mój niewidzialny Anioł Stróż. Za dwa tygodnie pojechałam już odpowiednio wcześnie, czyli w biały dzień (żeby nie prowokować losu). Zima odpuściła. Śnieg stopniał. Na grobowcu leżała czerwona róża (ta sama) piękna i świeża jakby przed chwilą ścięta z krzaka.

Dzisiejszy świat

                Byłam u znajomej, której urodziła się pierwsza wnusia. Malutka ma już trzy miesiące, więc świeżo upieczona babcia uznała, że pora pochwalić się dzidzią. Cudowne, słodkie maleństwo. Jej córa skarżyła się, że nic nie może w domu zrobić, taka jest zapracowana przy dziecku. Bo pranie, prasowanie, kupki, zupki ………itd. itp.

Moja najmłodsza wnuczka skończy w tym roku siedem lat, ale pamiętam, że córka również skarżyła się na totalny brak czasu na wszystko, z powodu opieki nad maciupeństwem.

A przecież w porównaniu do moich czasów dzisiejsze młode mamy dysponują środkami o jakich mnie się nie śniło. To raptem jedno pokolenie, a jak dużo się zmieniło. Na plus oczywiście. Miałam okazję obserwować na bieżąco jakimi środkami dysponuje moja córka w związku z macierzyństwem. Doskonałe warunki lokalowe z pełnym wyposażeniem w sprzęt ułatwiający prowadzenie domu. A wyprawka? Full wypas. Te stosy pampersów, ślicznych maluśkich ciuszków. Te środki do pielęgnacji. Chusteczki nawilżane do buzi i do pupci, maści, kremy, aerozole których nazw nie sposób zapamiętać. Różne rodzaje smoczków i lekkich buteleczek do karmienia. Dziś chyba żadna mama nie wyobraża sobie opieki nad maleństwem bez tego całego arsenału.

  A jaka oszczędność czasu! Dzięki temu, może dużo więcej czasu poświęcić bezpośredniemu kontaktowi ze swoim maluszkiem.

A teraz jak to było gdy ja po raz pierwszy zostałam mamą w latach siedemdziesiątych ub. wieku.  

Gdy urodziłam synka, przez pierwsze cztery miesiące mieszkaliśmy jako młoda rodzina w domku bez żadnych wygód. Ot – dwa przechodnie pokoiki z kuchnią. Piec na węgiel donoszony z komórki z zewnątrz. Wodę nosiło się wiadrami ze studzienki jakieś 200 m od domu. Za kanalizację robiła wygódka z tyłu za domem, a nocą wiaderko w sieni. O pampersach, to mi się nawet nie śniło. Królowała tetra w ilości 40 sztuk i flanela. Na początku dziennie „szło” jakieś 30 sztuk. Żeby więc nie brakowało, jak się uzbierało kilkanaście sztuk (użyte moczyły się w wiaderku z płatkami mydlanymi) trzeba było je uprać w pralce wirnikowej i wygotować w kotle na kuchni węglowej. Na to pranie, to ja musiałam sobie często gęsto sama nanosić wody, no bo mąż był w pracy. Tak średnio dziennie osiem wiader wody. Byłam po „cesarce” i co z tego. A potem jak wyschło,to trzeba było to wszystko uprasować. Pieluchy, kaftaniki z batystu i flaneli. Paskudne, rozwleczone po pierwszym praniu śpioszki. Ale cóż. Nie było wyboru. I tak dzień po dniu. Mój synek zbuntował się po dwóch miesiącach i postanowił, że on cyca więcej do buzi nie weźmie. Na szczęście niedługo potem przeprowadziliśmy się do mieszkania „z wygodami” (woda, gaz, kanalizacja), bo zaczął się etap wielokrotnego w ciągu dnia przygotowywania mleka w proszku. Rozcieranie w kubku z wodą, gotowanie, schładzanie ciężkich szklanych butelek. W smoczkach robiło się dziurki własnoręcznie rozgrzaną igłą. Między posiłkami trzeba było dziecko przepajać rumiankiem i koperkiem ( nie przypominam sobie torebek ekspresowych). W miarę, jak dziecko rosło, poszerzał się asortyment dań. Kaszka manna, która złośliwie lubiła przywierać do dna garnuszka.Raz taka świeżo ugotowana kaszka przywarła do mojego nadgarstka. Ojjjjj…. bolało. Całą noc chodziłam  po mieszkaniu jak zwierzę w klatce. Dania obiadowe w postaci zupek jarzynowych przyrządzanych własnoręcznie i przecieranych przez nylonowe sitko. Tu z kolei wkładka mięsna z cielęcinki, czy kurczaczka uparcie odmawiała przejścia przez oczka tegoż. Nie miałam miksera i nie przypominam sobie, żeby taki sprzęt w tamtych czasach był. Kisielki z owoców, budynie na żółtkach – wszystko przygotowywane na bieżąco w domu. To musiało trwać. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. Dania obiadowe w postaci zupek jarzynowych przyrządzanych własnoręcznie i przecieranych przez nylonowe sitko. Tu z kolei wkładka mięsna z cielęcinki, czy kurczaczka uparcie odmawiała przejścia przez oczka tegoż. Nie miałam miksera i nie przypominam sobie, żeby taki sprzęt w tamtych czasach był. Kisielki z owoców, budynie na żółtkach – wszystko przygotowywane na bieżąco w domu. To musiało trwać. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. Dania obiadowe w postaci zupek jarzynowych przyrządzanych własnoręcznie i przecieranych przez nylonowe sitko. Tu z kolei wkładka mięsna z cielęcinki, czy kurczaczka uparcie odmawiała przejścia przez oczka tegoż. Nie miałam miksera i nie przypominam sobie, żeby taki sprzęt w tamtych czasach był. Kisielki z owoców, budynie na żółtkach – wszystko przygotowywane na bieżąco w domu. To musiało trwać. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. 

Mój synek nieraz biedny krzyczał wniebogłosy, gdy ja szarpałam się między praniem, sprzątaniem i gotowaniem dla niego. Faktem jest, że przez pierwsze miesiące życia płakał bardzo dużo. W dzień i w nocy. Chodziłam z nim do pediatry a ona nic nie stwierdzała. Mówiła, że niektóre dzieci są takie krzykliwe i już. Ładna mi pociecha. Absurdem były również niektóre propagowane w tamtych czasach teorie dotyczące opieki nad niemowlęciem. Pierwsza, to karmić dziecko co trzy godziny, a w międzyczasie tylko przepajać (nie karmić w nocy).  Druga – nie nosić niemowlęcia na rękach, bo się przyzwyczai i nie pozwoli się z tych rąk zdjąć. Ma leżeć w łóżeczku i już. A ja głupia, młoda, nafaszerowana teorią z „mądrych” książek (pierwsze dziecko) w dobrej wierze starałam się tych zasad przestrzegać. Dziecko na tym cierpiało. Nie oznacza to,że w ogóle go nie nosiłam, ale na pewno nie tyle, ile potrzebował.

Zmądrzałam, gdy sześć lat później urodziłam córkę. Pomna doświadczeń i błędów popełnionych w opiece nad pierworodnym, odrzuciłam książkowe mądrości i zaufałam instynktowi.  Mała była spokojniejsza i chowała mi się lepiej. 

Wracając do syna, gdy już był starszym dzieckiem, a potem nastolatkiem, nieraz zastanawiałam się, czy jego nerwowość, nadpobudliwość i ogromnie pragnienie akceptacji to nie był efekt  „zimnego wychowu” w pierwszym okresie jego życia.

Dzisiejszy świat, ze wszystkimi ułatwieniami i udogodnieniami jakie oferuje młodym rodzicom współczesne życie, (plus zwrot o 180 stopni w podejściu do potrzeb fizycznych i emocjonalnych dziecka) sprzyjają temu, żeby maleńki człowiek od pierwszego dnia rósł w poczuciu bezpieczeństwa i miłości, na okazywanie których to uczuć –  choć bardzo kochałam – często brakowało mi czasu.    

Był sobie żebrak…………

……..Nazywał się Beniamin Holst i był Niemcem. Niemiec żebrakiem? To się w pale nie mieści jak powiedziałby znajomy policjant. A jednak. Otóż ten pan, po utracie pracy i domu w swoim rodzinnym kraju postanowił wyemigrować do jednego z krajów azjatyckich aby tam rozpocząć nowe życie. Nie wiadomo czy decydując się na wyjazd już miał wizję że będzie żył z żebrania, wiadomo natomiast że ten rodzaj zajęcia bardzo przypadł mu do gustu. Wiodło mu się nieźle. Był przekonujący dzięki swojej chorobie (słoniowacizna jednej nogi), więc dzięki datkom białych turystów i biednej miejscowej ludności wyciągał sporo. Zarobione pieniądze przeznaczał na hulaszczy tryb życia dokumentując to w mediach społecznościowych. I tu przegiął. Musiał się chwalić? Kto zagląda do kieszeni przeciętnego żebraka ile wyciąga dziennie i co z tą kasą robi? A tak, azjatyckie media uznały go za globtrotera-oszusta żerującego na współczuciu ludzi i medialna nagonka spowodowała, że gość dostał zakaz wjazdu do jedenastu azjatyckich krajów  – tyle zaliczył w swych żebraczych wojażach. Pogonili z Azji? Wcale się tym nie przejął. Puki co osiadł w jednym z krajów afrykańskich i bardzo sobie chwali. Zajęcia zmieniać nie zamierza.

Powyższe streszczenie żebraczych lat życia pana Holsta powstało w oparciu o artykuł Tomasza Augustyniaka pt. „Podróżują, by żebrać, żebrzą, by podróżować. Biedaturystyka nowym trendem” opublikowanym na stronie WP Magazyn Podróże.

Artykuł z założenia jest o młodych białych ludziach którzy z minimalnymi środkami, lub bez pieniędzy przyjeżdżają turystycznie do krajów Globalnego Południa z góry zakładając, że brakujące pieniążki  na kontynuację podróży zdobędą na miejscu dorabiając, lub po prostu żebrząc. Z dorabianiem to różnie bywa (praca albo jest, albo jej nie ma) a więc część z nich po prostu wyciąga rękę po datki do innych białych turystów i miejscowej biednej ludności. Tym drugim, to ponoć pan Holst swoją postawą wskazał kierunek co robić, żeby się nie narobić a mieć.

No i posypały się gromy na turystów – żebraków ze strony mediów (internet, prasa).

A oto kilka cytatów z artykułów zagranicznej prasy które pozwalam sobie przytoczyć za autorem:”

„Ben Groundwater z australijskiego Travellera: „Begpackerzy najwyraźniej nie rozumieją, jak dobrze im się żyje. Nie mają pojęcia o swoich przywilejach białych ludzi, niezwykłym szczęściu, że urodzili się w rozwiniętym kraju, dzięki czemu mają środki na podróże po świecie jako nasto- czy dwudziestoparolatkowie, że to czyni ich zdumiewającymi wręcz szczęściarzami”.

Inni komentatorzy pisali ostrzej: młodzi, zdrowi podróżnicy chodzący z kubkiem w ręku i proszący obcych, zarówno innych turystów, jak i miejscowych, żeby sfinansowali im wypoczynek, przynoszą wstyd swoim rodzinnym krajom. Zwłaszcza że przeciętny dochód w miejscach, do których podróżują, jest znacznie niższy od tego, co mogliby zarobić u siebie za minimalną pensję.

„Jest coś prawdziwie irytującego w młodych ludziach z Zachodu, cieszących się wszystkimi przywilejami: bogactwem, wykształceniem i wysokim statusem na świecie, którzy mimo to starają się prosić o pieniądze w biednym kraju, żeby mieć pewność, że wystarczy im na kolejną imprezę na plaży” – napisała w brytyjskim dzienniku „The Independent” publicystka Helen Coffey podkreślając, że są sytuacje, w których wyciągnięcie ręki po pomoc jest uzasadnione, a bycie ulicznym artystą albo sprzedawcą może być pełnoprawnym sposobem zarobkowania.

Źródło: ImSoloTraveller/Twitter / Jedni żebrzą, inni handlują rękodziełem. Tak czy inaczej ich sposób „zarobkowania” budzi mieszane uczucia

Co innego, kiedy ktoś świadomie wybiera się w podróż bez pieniędzy i liczy, że jakoś to będzie. Krytycy takiej strategii mówią, że założenie, że lecimy dokądś bez wystarczających środków, licząc na szczodrość miejscowych oznacza, że będziemy żerować na tamtejszej gospodarce i mieszkańcach”.

I właśnie te wypowiedzi wzbudziły we mnie mieszane uczucia:

Bo autorzy z góry zakładają, że ci wszyscy młodzi ludzie idą na łatwiznę wybierając ten sposób podróżowania. Bo pochodzą z rozwiniętych krajów, więc są szczęściarzami. Bo mają wszystko – bogactwa, wykształcenie, przywileje białych ludzi i nie rozumieją jak im się dobrze żyje.

Powtarzam się, ale chciałam wypunktować główne argumenty przeciwników bieda-turystów. Moim zdaniem jest to bardzo płytkie potraktowanie zjawiska jakim jest uprawiana przez młodych ludzi biedaturystyka do krajów azjatyckich. Bo w najbogatszych, rozwiniętych krajach świata też nie wszyscy mają po równo. Są enklawy bogactwa i biedy. Skąd założenie, że biedaturyści wywodzą się ze środowisk na tyle majętnych, że stać by ich było na stuprocentowe opłacenie sobie podróży w każdy egzotyczny zakątek świata. Dla części być może jest to rzeczywiście moda (cytat:”bieda jest glamour”), ale przeważająca większość bez odwagi, żeby wyruszyć w świat na zasadzie „jakoś to będzie” pewnie nigdzie by nie wyjechała. Nie popieram żebractwa czy to u mnie w kraju, czy gdzie indziej ale to jest problem etyczny osoby, która wyciąga rękę  po cudzy grosz. Myślę, że ludzi, którzy żebrzą żeby się „zabawić na plaży” (cyt. z artykułu) też nie jest duży odsetek w porównaniu z ogółem tych, którzy w tym obcym kraju chcą przeżyć i coś zobaczyć.

Jeszcze inny aspekt biedaturystyki. Czytam, że część młodych ludzi po przyjeździe do biednego azjatyckiego kraju zostaje na stałe, bo nie chcą wracać do swych bogatych ojczyzn. Ciekawe. Wolą klepać biedę imając się różnych dorywczych zajęć, niż wrócić do siebie, gdzie czekają ich  „przywileje i bogactwa białych ludzi”. A może to nie moda, a sprzeciw wobec form życia w skomercjalizowanym świecie pcha ich na drugą półkulę, gdzie choć biedniej, ale żyje się prościej i łatwiej.

„– Przygoda w Azji, nawet bez pieniędzy, jest lepsza niż bycie bezdomnym w Niemczech” – mówi Beniamin Holst.

Nie popierając sposobu zdobywania pieniędzy przez niego, oraz ich wydawania warto się zastanowić, czy nie podobnymi przesłankami (brak pracy, perspektyw, frustracja) kierują się młodzi ludzie zmierzając na szlaki krajów Globalnego Południa.

 

Create your website at WordPress.com
Zacznij