Dogonić marzenia

            Wyobraźnia, to jeden z najwspanialszych darów jakim Stwórca obdarował ludzki mózg. To dzięki zdolności do wyobrażania sobie, fantazjowania i wizualizowania marzymy.

Marzymy od małego dziecka. Wyobraźnia dziecka nie zna ograniczeń i słowa niemożliwe. Gdy miałam około pięciu lat, ja i siostra dostałyśmy w prezencie lalki. Ona dużą, smukłą, z długimi włosami w ładnej sukience, a ja lalkę dzidziusia. Gołego, z łysą główką i krzywymi nóżkami żeby mógł siedzieć. Na początku było mi przykro, bo wszystkie koleżanki piały z zachwytu nad lalką siostry, a na moją nikt nie spojrzał. Z czasem pokochałam ją. Wyobrażałam sobie, że to jest moje dziecko. Dziewczynki tak się przecież bawią. Siostra nie chciała bawić się ze mną w rodzinę, ani nie pozwalała dotknąć swojej lalki, więc wymarzyłam sobie rodzinę dla mnie i mojego Naguska. Były to żywe lalki/ludziki, które poruszały się i mówiły. Miały swój dom i ja z moim „synkiem” chodziliśmy do nich w odwiedziny, albo oni przychodzili do nas. Na złość siostrze przychodziła do nas w odwiedziny również jej lalka. Oczywiście w tajemnicy przed nią. Świetnie się bawiłam. To był mój zaczarowany świat do którego poza mną nikt nie miał dostępu.

Gdy miałam kilkanaście lat, marzyłam chyba na okrągło. Zakompleksiona na punkcie swojego wyglądu i nieśmiała, nie akceptująca siebie na jawie, uciekałam w świat marzeń. Będąc ciemnowłosą „tyczką od fasoli” o szarych oczach, stawałam się piękną dziewczyną z przeczytanego właśnie przedwojennego romansidła otoczoną wianuszkiem adoratorów, a wśród nich, oczywiście ten, w którym się skrycie podkochiwałam. Miałam wtedy trzynaście lat i był w mojej klasie chłopiec do którego czułam szczególną sympatię. Oczywiście on za żadne skarby nie mógł się o tym dowiedzieć, bo spaliłabym się ze wstydu. Na jawie uciekałam przed nim, a w marzeniach chodziliśmy na spacery, na lody i uczyliśmy się razem. Przeszło mi, gdy obejrzałam jakiś film z Alainem Delonem. Potem było zauroczenie Jeanem Paulem Belmondo, a na końcu po obejrzeniu „Przeminęło z wiatrem” długo byłam pod urokiem męskiego i opiekuńczego Rhetta Butlera którego grał Clark Gable. Miałam siedemnaście lat, gdy poznałam chłopaka z krwi i kości, który w przyszłości został moim mężem i miraże z fikcyjnymi postaciami prysnęły jak bańka mydlana. Zaczął się etap marzeń mających szansę na spełnienie.

Jak wspomniałam wcześniej, we wczesnej młodości byłam osobą nieśmiałą i mocno zakompleksioną. Wycofana, a jednocześnie bardzo pragnąca przyjaźni i powszechnej akceptacji. Marzyłam o tym, żeby mnie wszyscy lubili. Nie błyszczałam elokwencją, ale uśmiechałam się do wszystkich licząc na wzajemność. Jeśli ktoś nie oddał uśmiechu, to zamartwiałam się, że mnie nie lubi. Potrzebowałam bardzo dużo czasu, żeby zrozumieć, że brak uśmiechu nie oznacza odrzucenie, i że w życiu nie ma tak, że wszyscy wszystkich lubią.

Gdy człowiek wchodzi w dorosłe życie, zaczyna pracę i zakłada rodzinę zmienia się hierarchia marzeń. Zaczynamy snuć marzenia związane z zaspokojeniem naszych codziennych potrzeb. Marzymy o lepszej pracy, o wyższych zarobkach, o powrocie do zdrowia gdy dopadnie paskudna choroba nas, lub kogoś nam bliskiego. Jedne się spełniają. Inne nie. Miewamy również marzenia utopijne. Takie, o których wiemy, że nigdy się nie spełnią, ale są jednym ze sposobów na oderwanie się od szarzyzny dnia codziennego. Ja wymarzyłam sobie dom. Dawno temu, w latach dziewięćdziesiątych będąc przejazdem w jakiejś małej miejscowości zobaczyłam na bramie ogłoszenie o domu na sprzedaż. Choć nie planowaliśmy kupna domu, coś kazało mi się zatrzymać i go zobaczyć. W dużym, starym parku jakieś 100 m od bramy, na końcu alei wysadzanej z obu stron smukłymi topolami stał mały dworek. Na poły zrujnowany, ale i tak uroczy ze swoją proporcjonalną sylwetką i gankiem z kolumnami. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Zaczęłam o nim marzyć. Wyobrażałam sobie, że jest mój i w każdej chwili mogę w nim zamieszkać. Każdego wieczora przed zaśnięciem najpierw go remontowałam, a potem urządzałam. Gdy wszystko było gotowe, spędzałam w nim każdą wolną chwilę. W pogodne dni spacerowałam po parku. W deszczowe i zimne siedziałam w saloniku przy kominku, lub szłam na górę do pokoju – biblioteki i czytałam siedząc w wygodnym fotelu owinięta ciepłym pledem. Przez lata wizualizacji znałam każdy kąt w moim wyimaginowanym domu i każde drzewo w parku. Przez -naście lat we wszystkie nie przespane noce przenosiłam się do mojego domu z marzeń, żeby choć na chwilę zapomnieć o tym, co mnie spotkało mijającego dnia, i co mnie czeka, gdy wstanę rano. Bo tamte lata, to była kumulacja złego jakie może się zwalić na jedną rodzinę. Pod każdym względem.

„Wyprowadziłam” się z tego domu, bo przestał mi być potrzebny, gdy mąż przeniósł się do Krainy Wiecznej Szczęśliwości. Zostałam sama i musiałam sobie od nowa poukładać życie w realu. Gdy pozbierałam się trochę do kupy, postanowiłam, że zrobię remont mieszkania, bo to było od lat marzenie nas obojga, którego nie udało nam się dogonić za Jego życia. Remont kapitalny, bo po trzydziestu paru latach od wprowadzenia się wszystko zaczynało się sypać. Udało się. Mieszkam sobie ładnie, tak jak marzyłam. Czasami nachodzi mnie myśl, że gdyby teraz się tu zjawił, to by mu się podobało.

O czym marzę dzisiaj? Zawsze chciałam rysować i malować. Próbowałam nawet sama. Talentu wielkiego nie mam, ale myślę że jakieś kursy pod okiem nauczyciela pozwoliłyby mi opanować warsztat na tyle, że byłoby to fajne hobby. Gonię to moje marzenie od lat, i ciągle mi ucieka, bo najpierw brak czasu, a potem pieniędzy. Myślę, że już wkrótce je dogonię, bo wiem jak je zrealizować. A jak już dopnę swego, to co dalej? Roi mi się jeszcze kilka pomysłów. Żeby tylko życia starczyło……….

Kiedyś, gdzieś usłyszałam (a może wyczytałam?), że w pewnym wieku nie powinno się snuć planów dłuższych, niż dwa tygodnie naprzód. Ale ja przecież nie wiem ile mi zostało. Dwa tygodnie? A może dziesięć lat? Wolę więc mieć marzenia do spełnienia na dziesięć lat naprzód, niż nie mieć ich wcale.

 

Reklamy

5 myśli na temat “Dogonić marzenia

    1. Witaj Caffe. Są marzenia, o których możemy opowiedzieć światu, i tak osobiste i intymne, że nie chcemy się nimi dzielić z nikim. Im bujniejsza wyobraźnia, tym bogatsze i bardziej niezwykłe marzenia. Dobrze, że choć w wyobraźni człowiek może przekraczać wszelkie granice zdrowego rozsądku. Pozdrawiam.

      Polubione przez 1 osoba

  1. Nie wiem, czy można żyć bez marzeń. Nie wiem, bo zawsze marzyłam. Najczęściej o podróżach…Zamykałam oczy i przenosiłam się w różne miejsca.
    Nie bawiłam się lalkami, więc i nie bawiłam się w dom. Jak już wybudowałam swój, a było to w sumie zaraz po zawarciu małżeństwa, to w marzeniach widziałam go…po prostu w innym miejscu, gdzie góry i może się ze sobą stykają.
    Dziś staram się nie planować na przód, ale w marzeniach sobie pozwalam na wiele, w końcu one nie mają żadnych ograniczeń. Dziś uczę się sobie nie odmawiać…

    Serdeczności 🙂

    Polubienie

    1. Witaj Roksanna. Nie sposób ująć wszystko w poście, bo wyszłaby nowela. Ja też marzyłam (i nadal marzę) o dalekich podróżach. W marzeniach objechałam prawie wszystkie kontynenty oprócz Antarktydy i Australii, bo i tu, i tu nie ma starych zabytków. Ponoć niektórzy ludzie nie marzą, ale pewnie tacy, co mogą natychmiast spełnić każdy swój kaprys, albo ci, którzy nie mają wyobraźni. I jedni i drudzy są chyba bardzo ubodzy duchowo. Pozdrawiam cieplutko :)))))))

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s