Bałaganiara

Bałaganiara to ja. Taka się urodziłam i nic na to nie poradzę. Wierzcie mi. To jest naprawdę cecha wrodzona. Tak mam od zawsze. Jak daleko sięga moja pamięć, czyli od wczesnego dzieciństwa. Mama pedantka. Siostra wręcz chorobliwa pedantka (wszystko w idealnym porządeczku). A ja się mamusi pod tym względem nie udałam. W dzieciństwie nieźle obrywałam od mamy (od siostry zresztą też) za to, że wolałam czytać książki zamiast układać rzeczy w szafach, szafkach i szafeczkach.

Gdy obie z siostrą wyszłyśmy z domu, to przynajmniej ją miałam z głowy bo zamieszkała daleko. Mama nadal usiłowała mnie „wychowywać” choć założyłam własną rodzinę i miałam własny dom. Miała mnie pod ręką bo mieszkałyśmy w jednym mieście. Bywało, że przychodziła niespodziewanie, a ja słysząc w drzwiach jej „dzień dobry” łapałam co było najbliżej (ścierkę czy szczotkę) i z tym rekwizytem biegłam się z nią przywitać. Żeby widziała że właśnie sprzątam. Mamcia po przywitaniu się ze mną zaczynała lustrację od kuchni. Jeśli w zlewie było choć jedno nie umyte naczynie (a zawsze było) – to się zaczynało. Reprymenda to delikatnie powiedziane. Leciały w moją stronę gromy co ona myśli o mnie jako gospodyni.

Oj długo się jej bałam. Prawie do trzydziestki. Aż nastąpił we mnie przełom. Stwierdziłam że dosyć tego. A było to tak. Mama pomagała mi wychowywać córkę do trzeciego roku życia. Bardzo byłam jej za to wdzięczna. Ja mogłam pracować, a jak wracałam do domu, czekał na mnie ugotowany obiad.

Jednego dnia, gdy wróciłam z pracy i zjadłam obiad, moja trzyletnia córeczka poprosiła mnie żebym jej poczytała. Wyniosłam naczynia do kuchni, wróciłam do pokoju, wzięłam małą na kolana i sięgnęłam po książeczkę. I się zaczęło….. Mama na mnie naskoczyła w niewybrednych słowach co o mnie myśli………. gary w zlewie a ja się z dzieckiem bawię. Nie wytrzymałam. Coś we mnie pękło. Teraz to ja zaczęłam jej wygarniać. Wykrzyczałam żeby przestała mnie wreszcie wychowywać. Jestem dorosła, mam rodzinę i jak mnie do tej pory nie wychowała to niech sobie daruje. Niech mi pozwoli żyć po mojemu. Gary ze zlewu nie uciekną a dziś dziecko jest ważniejsze. Dla mamy to był szok. Popłakała się i obrażona zaraz wyszła. Nie odzywała się dwa tygodnie. Potem przyszła jak gdyby nigdy nic. Weszła od razu do pokoju i poprosiła o herbatę. Nie wracałyśmy do draki sprzed…..

To był przełom. Już nigdy więcej nie zwróciła mi uwagi na mój sposób prowadzenia domu choć pewnie w duchu cierpiała na widok  moich porządków. Pedanci nie są tolerancyjni i potrafią być upierdliwi dla najbliższego otoczenia. A bałaganiarze? Wydaje mi się, że są znacznie bardziej wyrozumiali. Ja na pewno. Mając świadomość swoich wad (jedną z nich jest moje bałaganiarstwo) staram się rozumieć innych.

Ktoś powie – co za wygodnicka postawa. Nie chce jej się sprzątać to zwala, że wada wrodzona. To nie tak. Ja się staram, ale mi nie wychodzi. Bałaganiarz ma to do siebie, że zostawia różne rzeczy w różnych miejscach w sposób niekontrowany. Ot, odkładam bluzkę na krzesło (kubek do zlewu) i wychodzę do drugiego pomieszczenia z myślą że zaraz wrócę i sprzątnę. Tylko jak wracam, to ja już tej bluzki nie zauważam. Dopiero jak się nazbiera różnych rzeczy w różnych miejscach, to stwierdzam że czas na porządki. Składam, układam, odkładam na swoje miejsce i na krótko jest cacy. A potem znowu……. I co ja mam ze sobą zrobić? Próbowałam się zmienić na modłę i podobieństwo mamy i siostry. Nic z tego. Na krótką metę tak. Na dłuższą nie da rady. Wykończyłabym się psychicznie. Wiem to z autopsji……..

Żyję więc sobie we własnym rytmie (raz bajzel – raz porządek) i tak mi już zostanie do końca mych dni. Najważniejsze że pozbyłam się kompleksu na tym tle. Znajomi którzy mnie odwiedzają twierdzą, że chyba jednak mam kompleks bo nie jest tak źle. No cóż. Ja wciąż pamiętam lekcje mamy.

Szkoda że nigdy nie miała okazji wpaść do mnie jak akurat byłam na etapie chwilowej pedanterii. Może by mnie choć raz pochwaliła?

Reklamy