Trzynaście chudych lat.

              „Teraz ci ciężko, ale kiedyś się podniesiesz, zobaczysz. Może musiało się tak stać? Mówią, że człowiek sam kieruje swoim losem, ale to nie do końca prawda. Czasem ten los prowadzi nas bezdrożami bez naszej woli, przeczołga przez życie, rzuca kłody pod nogi, doświadcza okrutnie, jakby wystawiał człowieka na próbę i sprawdzał, ile jeszcze może znieść. Coś o tym wiem. – Pokiwała głową.”

Powyższy fragment, to cytat z książki, którą ostatnio przeczytałam pt. „Wyspy szczęśliwe” Wioletty Sawickiej. Tymi słowami stara, mądra kobieta pocieszała główną bohaterkę, której dotychczasowe życie legło w gruzach na skutek oszukańczych machinacji osoby wydawałoby się najbliższej, czyli jej męża. Fabuła jest fikcją literacką, ale stara kobieta – Marta która mówi te słowa jest postacią z krwi i kości, a to, co ją w życiu spotkało wydarzyło się naprawdę. Dla niej, żeby poznać jej losy, warto po tę książkę sięgnąć. To Marcie dedykowała autorka tę książkę, i ją uznałabym za równoległą do głównej bohaterki postać. Potworny koszmar, jaki przeżyła w ostatnich dniach wojny, kalectwo z tym związane i ciężkie nie do opisania lata młodości, gdy musiała się borykać z brakiem akceptacji otoczenia z powodu swojej ułomności nie odebrały jej pogody ducha, wiary w ludzi, i chęci niesienia pomocy innym. Miała szczęście, że w odpowiednim momencie życia pojawił się na jej drodze człowiek – lekarz, który nie tylko postawił ją fizycznie na nogi (w tym przypadku protezy), ale „uleczył” również śmiertelnie chorą duszę.

———————————————————————————————————————————-

Wracając do zamieszczonego na początku cytatu. Jak prawdziwe są to słowa przyzna każdy, kto borykał się z przeciwnościami losu. Chyba nie ma na świecie człowieka, który nie doświadczyłby w swoim życiu całej gamy wydarzeń pozytywnych i negatywnych, choć amplituda tych wydarzeń u każdego będzie przebiegać inaczej. Jedni mają szczęście przejść przez życie w miarę łagodnie, z drobnymi potknięciami. Życie innych, to ciąg katastrof i niepowodzeń z małymi tylko przerwami względnego spokoju. Do których ja bym się zaliczyła? Do 1996 r. do tych pierwszych. Potem, przez kolejnych trzynaście lat pełnych klęsk i niepowodzeń, strachu, rozpaczy, bólu, wstydu, upokorzeń – do drugich. Nie byłam w tym czasie bierna. Walczyłam, ale los raz, po raz rzucał mną o glebę, a gdy usiłowałam się podnieść, to dokładał solidnym kopem.

Ta czarna „trzynastka” zaczęła się na początku 1996 r. od wypadku samochodowego córki. Samochód co prawda poszedł do kasacji, ale ponieważ córka wyszła z niego cało, więc powiedziałabym, że to było ostrzeżenie ze strony losu. Tylko, gdyby nie to, że po nim ruszyła lawina. Trzy tygodnie później umarł mój syn. Za trzy miesiące po nim ojciec (rak). W marcu 1997 r. okazało się, że mama jest chora na raka. Na szczęście szybko wdrożone leczenie pozwoliło opanować chorobę. Od 1996 roku moja dotychczas nieźle prosperująca firma (jedyne nasze źródło utrzymania) zaczęła podupadać. Wykruszali się kontrahenci, malały obroty. Zyski odeszły w siną dal – pojawiły się straty. Wiedziałam gdzie jest pies pogrzebany (nieuczciwa konkurencja) i nic nie mogłam z tym zrobić. Żeby trochę podreperować finanse, postanowiłam sprzedać swój samochód i kupić coś tańszego (musiałam mieć środek lokomocji). I tu los pokazał na co go stać. Ponieważ ogłoszenia w prasie okazały się nieskuteczne, zdecydowałam, że pojadę na giełdę. Za pierwszym razem w przeddzień, rozchorowałam się i nic z tego nie wyszło. Na kilka dni przed drugim podejściem miałam wypadek. Gość zajechał mi drogę i uderzyłam w niego. Mnie nic się nie stało, ale samochód dość mocno ucierpiał. Facet szedł w zaparte, że to nie jego wina, ale zanim ostatecznie przegrał sprawę i mogłam ubiegać się o odszkodowanie minęło kilka miesięcy i samochód grubo stracił na wartości. Bo był powypadkowy i już o rok starszy. A firma miała się coraz gorzej. Trzecie podejście na giełdę. Przed wyjazdem wyszłam z psem na spacer i skręciłam nogę. Tym razem nie odpuściłam. Poprosiłam brata żeby mnie zawiózł i wreszcie sprzedałam ten nieszczęsny samochód. Część pieniędzy władowałam w firmę, a za resztę niedrogie używane auto. Długo się nim nie nacieszyłam. Ukradli mi go spod bloku po trzech tygodniach w nocy. Następnego dnia miałam jechać do t.u. ubezpieczyć go na AC. Kilka tysięcy poszło się bujać. Zresztą co tu dużo gadać. Wszystkie pieniądze poszły się bujać, bo próby ratowania firmy wszelkimi sposobami nie powiodły się, i w 2000 roku musiałam ją zlikwidować. Zostały długi, a w związku z tym sądy, wyroki, komornicy i egzekutorzy skarbowi którzy zaczęli mnie wkrótce regularnie nachodzić. Oni grzecznie (trzeba przyznać) czekali, bo wiedzieli, że i tak mnie dopadną jak będę miała stałe źródło dochodu. Miałam na głowie jeszcze jedną firmę, która mnie nie podała do sądu, bo się z nimi ułożyłam, że będę ich spłacać w określonych ratach w wyznaczonych terminach. Na tej umowie najbardziej mi zależało, bo terminowe wywiązanie się oznaczało umorzenie części zobowiązań. Żeby jej dotrzymać, wynajęliśmy w naszym trzypokojowym mieszkaniu dwa pokoje studentom.

Jak już wcześniej wspominałam, firma była naszym jedynym źródłem utrzymania, więc  gdy ją straciliśmy, zaczął się etap poszukiwania pracy. Bezskutecznie. Kto na początku lat dwutysięcznych, gdy bezrobocie sięgało kilkunastu procent chciałby zatrudnić „dziadków” po pięćdziesiątce? Trafiały się jakieś drobne fuchy na umowę zlecenie, dodatkowo ja szyłam, a mąż chałturzył u sąsiadów, ale to była kropla w morzu potrzeb. Brakowało na czynsz i inne opłaty. Spółdzielnia monitowała i straszyła sądem, a PGE i PGNiG odcięciem prądu i gazu. Do tych dwóch ostatnich kapało się po parę groszy żeby widzieli dobre chęci i odpuścili. Długi firmowe nie malały, a prywatne rosły. Miałam szansę wyjechać do pracy za granicę, ale mama dostała zawału i musiałam zostać żeby się nią zająć. Jak trafiła mi się okazja na pracę w kraju, to przed zatrudnieniem tak fatalnie złamałam lewą rękę w nadgarstku (jestem mańkutem), że składali mi ją pod narkozą. Potem sześć tygodni gipsu. Po zdjęciu gipsu okazało się, że dopadło mnie, (a właściwie moją rękę) paskudne choróbsko o wdzięcznej nazwie zespół Sudecka. Groziła mi martwa dłoń. O szyciu mogłam zapomnieć. Rehabilitacja trwała rok.

W dwutysięcznym czwartym roku przeszłam na wcześniejszą emeryturę i wtedy wkroczył komornik. Zostawało mi niewiele, ale stały grosz cieszył, a długów ubywało. Nadal żyliśmy nad wyraz skromnie, ale już nie planowałam wyjazdu za pracą, bo mama coraz bardziej podupadała na zdrowiu. Byłam jej potrzebna na co dzień. Odeszła w 2006 r. Na temat kłopotów, jakie miałam ze strony rodziny (zwłaszcza siostry) w związku z formą pochówku napisałam parę słów w poście pt. „Moja siostra katoliczka” – 01.05.2011r

Po koniec 2006 r. mąż przeszedł na emeryturę. Przybyło pieniędzy. Nadal żyliśmy bardzo skromnie, ale przyśpieszyłam spłatę długów. Miałam świadomość, że przed nimi nie ucieknę i nie chciałam żeby wisiały nade mną do końca życia. W połowie 2008 roku, szok i niedowierzanie – mąż jest chory na raka. Lekarze dawali mu kilka miesięcy życia. Walczyliśmy w nadziei, że uda się pokonać chorobę. Teraz, gdy zaczynaliśmy wychodzić na prostą i mogliśmy spokojnie dalej żyć? To nie mogło tak się skończyć. W grudniu spłaciłam resztki długów. Dziewiątego marca następnego roku umarł mąż. Jego śmierć, jak każdego członka rodziny była traumą. Jednocześnie jego śmierć zakończyła serię złych zdarzeń jakie działy się w moim życiu przez kolejnych trzynaście lat. Tak, jakby los zdecydował, że wystarczająco mi dokopał i może sobie odpuścić.

Przez ostatnich dziewięć lat moje życie płynie tak spokojnie. Wszystko układa się pomyślnie. Zdrowie, relacje w rodzinie i z otoczeniem, finanse. Z tymi ostatnimi, to może szału nie ma, ale w końcu jakoś sobie radzę. Jest dobrze. Chciało by się powiedzieć chwilo trwaj wiecznie.

 

 

 

 

 

Reklamy

Umiesz liczyć, licz na siebie………

Dziś był taki piękny dzień, a ja prawie cały spędziłam przy maszynie do szycia. Miałam kilka przerw na spacery z psinką. Resztę czasu szyłam.

Dorabiam sobie w ten sposób do emerytury. Robię drobne poprawki. Skracam, wydłużam, zwężam, poszerzam, wstawiam, przerabiam i poprawiam po zawodowych krawcowych. Czasami dam się uprosić i uszyję coś od podstaw, choć rzadko. Nie mam już cierpliwości. No i oczy nie te.

Jestem amatorką, ale dobrą w tym, co robię, więc klientek mi nie brakuje. Są to koleżanki i sąsiadki. Wpada jedna z drugą i już od progu woła, że ona potrzebuje na już. Najlepiej na przedwczoraj. Bo imieniny, urodziny, ślub, komunia………. i nie ma się w co ubrać. To skurczyło się w praniu i zrób tak, żebym wyglądała jak modelka – mówi do mnie kobietka o parametrach Doroty Wellman. Biorą mnie pod włos komplementami – „bo nikt mi nie zrobi tego, tak jak ty”. Ostatnio rozbroiła mnie koleżanka, która przyszła niespodziewanie z ciuszkiem, który oczywiście powinien być gotowy tydzień temu i prośbą, żebym się zaraz za to wzięła argumentując: „zobacz, to taka drobna przeróbka – chwila, moment i gotowe – co to dla ciebie”.

Trochę się zirytowałam, bo powiedziała to osoba, o której mąż mówi, że do niedawna nie umiała przyszyć guzika do koszuli. Poprosiłam ją więc, że skoro to „chwila, moment”, to się umówimy, przyjdzie do mnie i będę to robić przy niej. Przychodziła przez trzy dni na kilka godzin i dopiero dotarło do niej, ile pracy trzeba było włożyć, żeby ta jej kreacja nadawała się do założenia.

Nie będę wchodzić w szczegóły, ale ktoś, kto ma trochę pojęcia o szyciu, wie jakie to jest pracochłonne zajęcie. Szczerze mówiąc mam już serdecznie dość i chętnie rzuciłabym w diabły to dorabianie, ale na chwilę obecną jeszcze nie mogę sobie na to pozwolić. Emerytura wystarcza mi na bieżące opłaty i skromne utrzymanie, ale odłożyć nie ma z czego. Muszę mieć dodatkowych parę groszy, bo nigdy nie wiadomo co przyniesie następny dzień. Mieszkanie po remoncie, ale część wyposażenia ma swoje lata i w każdej chwili może coś się popsuć. Zresztą na bieżąco bez przerwy coś nawala. Co mogę, naprawiam sama, ale pewne rzeczy muszę zlecić i zapłacić.  Skąd wtedy na to wezmę? Nikt mi nie da jak sobie nie zarobię. Niestety, w moim przypadku, osoby samotnej, przysłowie z tytułu jest bardzo aktualne. Dorabiam więc, i proszę Boga aby tylko zdrowia starczyło.

Tylko jak długo jeszcze? Tusk byłby ze mnie dumny.

Dogonić marzenia

            Wyobraźnia, to jeden z najwspanialszych darów jakim Stwórca obdarował ludzki mózg. To dzięki zdolności do wyobrażania sobie, fantazjowania i wizualizowania marzymy.

Marzymy od małego dziecka. Wyobraźnia dziecka nie zna ograniczeń i słowa niemożliwe. Gdy miałam około pięciu lat, ja i siostra dostałyśmy w prezencie lalki. Ona dużą, smukłą, z długimi włosami w ładnej sukience, a ja lalkę dzidziusia. Gołego, z łysą główką i krzywymi nóżkami żeby mógł siedzieć. Na początku było mi przykro, bo wszystkie koleżanki piały z zachwytu nad lalką siostry, a na moją nikt nie spojrzał. Z czasem pokochałam ją. Wyobrażałam sobie, że to jest moje dziecko. Dziewczynki tak się przecież bawią. Siostra nie chciała bawić się ze mną w rodzinę, ani nie pozwalała dotknąć swojej lalki, więc wymarzyłam sobie rodzinę dla mnie i mojego Naguska. Były to żywe lalki/ludziki, które poruszały się i mówiły. Miały swój dom i ja z moim „synkiem” chodziliśmy do nich w odwiedziny, albo oni przychodzili do nas. Na złość siostrze przychodziła do nas w odwiedziny również jej lalka. Oczywiście w tajemnicy przed nią. Świetnie się bawiłam. To był mój zaczarowany świat do którego poza mną nikt nie miał dostępu.

Gdy miałam kilkanaście lat, marzyłam chyba na okrągło. Zakompleksiona na punkcie swojego wyglądu i nieśmiała, nie akceptująca siebie na jawie, uciekałam w świat marzeń. Będąc ciemnowłosą „tyczką od fasoli” o szarych oczach, stawałam się piękną dziewczyną z przeczytanego właśnie przedwojennego romansidła otoczoną wianuszkiem adoratorów, a wśród nich, oczywiście ten, w którym się skrycie podkochiwałam. Miałam wtedy trzynaście lat i był w mojej klasie chłopiec do którego czułam szczególną sympatię. Oczywiście on za żadne skarby nie mógł się o tym dowiedzieć, bo spaliłabym się ze wstydu. Na jawie uciekałam przed nim, a w marzeniach chodziliśmy na spacery, na lody i uczyliśmy się razem. Przeszło mi, gdy obejrzałam jakiś film z Alainem Delonem. Potem było zauroczenie Jeanem Paulem Belmondo, a na końcu po obejrzeniu „Przeminęło z wiatrem” długo byłam pod urokiem męskiego i opiekuńczego Rhetta Butlera którego grał Clark Gable. Miałam siedemnaście lat, gdy poznałam chłopaka z krwi i kości, który w przyszłości został moim mężem i miraże z fikcyjnymi postaciami prysnęły jak bańka mydlana. Zaczął się etap marzeń mających szansę na spełnienie.

Jak wspomniałam wcześniej, we wczesnej młodości byłam osobą nieśmiałą i mocno zakompleksioną. Wycofana, a jednocześnie bardzo pragnąca przyjaźni i powszechnej akceptacji. Marzyłam o tym, żeby mnie wszyscy lubili. Nie błyszczałam elokwencją, ale uśmiechałam się do wszystkich licząc na wzajemność. Jeśli ktoś nie oddał uśmiechu, to zamartwiałam się, że mnie nie lubi. Potrzebowałam bardzo dużo czasu, żeby zrozumieć, że brak uśmiechu nie oznacza odrzucenie, i że w życiu nie ma tak, że wszyscy wszystkich lubią.

Gdy człowiek wchodzi w dorosłe życie, zaczyna pracę i zakłada rodzinę zmienia się hierarchia marzeń. Zaczynamy snuć marzenia związane z zaspokojeniem naszych codziennych potrzeb. Marzymy o lepszej pracy, o wyższych zarobkach, o powrocie do zdrowia gdy dopadnie paskudna choroba nas, lub kogoś nam bliskiego. Jedne się spełniają. Inne nie. Miewamy również marzenia utopijne. Takie, o których wiemy, że nigdy się nie spełnią, ale są jednym ze sposobów na oderwanie się od szarzyzny dnia codziennego. Ja wymarzyłam sobie dom. Dawno temu, w latach dziewięćdziesiątych będąc przejazdem w jakiejś małej miejscowości zobaczyłam na bramie ogłoszenie o domu na sprzedaż. Choć nie planowaliśmy kupna domu, coś kazało mi się zatrzymać i go zobaczyć. W dużym, starym parku jakieś 100 m od bramy, na końcu alei wysadzanej z obu stron smukłymi topolami stał mały dworek. Na poły zrujnowany, ale i tak uroczy ze swoją proporcjonalną sylwetką i gankiem z kolumnami. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Zaczęłam o nim marzyć. Wyobrażałam sobie, że jest mój i w każdej chwili mogę w nim zamieszkać. Każdego wieczora przed zaśnięciem najpierw go remontowałam, a potem urządzałam. Gdy wszystko było gotowe, spędzałam w nim każdą wolną chwilę. W pogodne dni spacerowałam po parku. W deszczowe i zimne siedziałam w saloniku przy kominku, lub szłam na górę do pokoju – biblioteki i czytałam siedząc w wygodnym fotelu owinięta ciepłym pledem. Przez lata wizualizacji znałam każdy kąt w moim wyimaginowanym domu i każde drzewo w parku. Przez -naście lat we wszystkie nie przespane noce przenosiłam się do mojego domu z marzeń, żeby choć na chwilę zapomnieć o tym, co mnie spotkało mijającego dnia, i co mnie czeka, gdy wstanę rano. Bo tamte lata, to była kumulacja złego jakie może się zwalić na jedną rodzinę. Pod każdym względem.

„Wyprowadziłam” się z tego domu, bo przestał mi być potrzebny, gdy mąż przeniósł się do Krainy Wiecznej Szczęśliwości. Zostałam sama i musiałam sobie od nowa poukładać życie w realu. Gdy pozbierałam się trochę do kupy, postanowiłam, że zrobię remont mieszkania, bo to było od lat marzenie nas obojga, którego nie udało nam się dogonić za Jego życia. Remont kapitalny, bo po trzydziestu paru latach od wprowadzenia się wszystko zaczynało się sypać. Udało się. Mieszkam sobie ładnie, tak jak marzyłam. Czasami nachodzi mnie myśl, że gdyby teraz się tu zjawił, to by mu się podobało.

O czym marzę dzisiaj? Zawsze chciałam rysować i malować. Próbowałam nawet sama. Talentu wielkiego nie mam, ale myślę że jakieś kursy pod okiem nauczyciela pozwoliłyby mi opanować warsztat na tyle, że byłoby to fajne hobby. Gonię to moje marzenie od lat, i ciągle mi ucieka, bo najpierw brak czasu, a potem pieniędzy. Myślę, że już wkrótce je dogonię, bo wiem jak je zrealizować. A jak już dopnę swego, to co dalej? Roi mi się jeszcze kilka pomysłów. Żeby tylko życia starczyło……….

Kiedyś, gdzieś usłyszałam (a może wyczytałam?), że w pewnym wieku nie powinno się snuć planów dłuższych, niż dwa tygodnie naprzód. Ale ja przecież nie wiem ile mi zostało. Dwa tygodnie? A może dziesięć lat? Wolę więc mieć marzenia do spełnienia na dziesięć lat naprzód, niż nie mieć ich wcale.

 

Czy wierzyć w cudy?

 Co to są cudy. 
  1. Wg Wikipedii są to niewyjaśnione i niezbadane zjawiska, nie do pojęcia dla rozumu ludzkiego.
  2. W religii katolickiej cud oznacza wydarzenie nieprawdopodobne, wywołane z intencji Boga i zakładające Jego zaangażowanie.
Jak się tak zaczęłam zastanawiać nad tymi dwiema definicjami,
to doszłam do wniosku, że obie mają punkt zbieżny. A jest nim pierwszy cud jakim było powstanie Wszechświata.
Wg nauki, nasz Wszechświat powstał w wyniku Wielkiego Wybuchu – a zdaniem niedawno zmarłego naukowca astrofizyka i kosmologa Stephena Hawkinga przed Wielkim Wybuchem nie było nic. Skoro coś powstało z niczego, to czy to nie cud?
Wg Biblii wyraźnie stoi, że to Bóg stworzył Świat i też przedtem nic nie było, więc to był pierwszy cud uczyniony przez Boga.
Idąc dalej tym tropem, to co prawda naukowcy wiedzą już, jak po Wybuchu powstały gwiazdy, planety, księżyce i całe galaktyki, wiedzą z jakich pierwiastków są zbudowane i jak działa ten cały „kosmiczny kram”, ale nie wiedzą skąd wzięło się na ziemi życie. Istnieje wiele teorii co do jego początków, ale tak do końca to nic nie wiadomo. I czy to nie cud, że w ogóle powstało ze wszystkimi jego formami akurat tu, na tej jedynej planecie w całym układzie słonecznym? A może to Bóg maczał w tym swe Boskie palce?
Z wszelkich form życia na ziemi niewątpliwie największym cudem natury (a może Boga?) jest człowiek z jego najlepiej rozwiniętym mózgiem i zdolnością do  koncepcyjnego myślenia oraz tworzenia skomplikowanych dzieł  na własny użytek. Nie jest to jednak cud doskonały, bo byłby równy Bogu. Bóg dając człowiekowi zdolności poznawcze postawił granicę, której nigdy nie przekroczymy. Na ogół nie wtrąca się do nas, ale od czasu do czasu interweniuje ze znanych tylko sobie powodów i jeśli nie rozumiemy dlaczego tak się dzieje, to nazywamy to cudem.
Czasami czytamy, lub słyszymy o nagłym, niezrozumiałym powrocie do zdrowia śmiertelnie chorego człowieka, który zdaniem lekarzy z racji zaawansowania choroby nie miał prawa przeżyć. Przeżywamy szok i niedowierzanie na wieść o katastrofie lotniczej w której ginie sto kilkadziesiąt osób, a jedna wychodzi żywa. Nie rozumiemy jak to możliwe. I w jednym i w drugi przypadku można mówić o cudzie. To Bóg zdecydował że mają żyć dalej, bo takie miał wobec nich plany.
Opowiem jeszcze o dwóch przypadkach, które wydarzyły się w moim życiu, z których pierwszy nazwę cudem, a drugi…….. chyba też.
-Pierwszy, to był wypadek samochodowy mojej córki. Był mroźny styczniowy dzień 1996 r. Późnym popołudniem córka poprosiła mnie, żebym jej udostępniła samochód, bo chciała skoczyć do koleżanki po jakieś notatki. Zgodziłam się, ale poprosiłam żeby szybko wracała bo będę się denerwować. Obiecała, że tak zrobi. Po dwóch godzinach czekania byłam już na nią mocno zła i obiecałam sobie, że jak wróci, to dostanie niezły wycisk. Nagle zadzwonił telefon i pan przedstawiając się, że dzwoni z policji prosił żebym przyjechała (tu podał adres) bo córka miała wypadek. To było ok. kilometra od naszego domu, więc pognałam pieszo. Dotarłam na miejsce i na widok tego, co zobaczyłam nogi się pode mną ugięły. Samochód był zawinięty jak rogalik na słupie oświetleniowym. Słup stał w miejscu fotela kierowcy, a zmiażdżony fotel zepchnięty na siedzenie pasażera. Córki nie było. Powiedzieli mi tylko, że żyje i została odwieziona do szpitala. Nie uwierzyłam im. Pojechałam do szpitala i miotałam się po izbie przyjęć wyobrażając sobie najgorsze. Chciałam ją zobaczyć i nie mogłam, bo ponoć była w tym czasie badana. Wreszcie przywieźli ją. Była przytomna – jej pierwsze słowa to było „przepraszam mamo”. A ja byłam wniebowzięta. Moje dziecko żyło i miało się nie najgorzej. Miała lekkie wstrząśnienie mózgu i trochę lekkich zadrapań. Uratował ją brak zapiętych pasów. Gdy samochód uderzył w słup drzwiami od strony kierowcy, siła uderzenia wyrzuciła ją na siedzenie obok, a potem chyba wypadła przez prawe drzwi. Gdyby miała zapięte pasy, słup by ją zmiażdżył. To był naprawdę cud.
-Drugie zdarzenie miało miejsce w 2006 r. W tym roku zmarła moja Mama. W kilka miesięcy później, w listopadzie był dzień imienin Mamy. Postanowiłam w tym dniu jechać na cmentarz. Kupiłam piękną czerwoną żywą różę i pognałam na przystanek MPK. Było lekko po południu, więc obliczyłam, że choć ze względu na odległość to wyprawa na dwie godziny, to powinnam się wyrobić przed zmrokiem. Nie wzięłam pod uwagę, że pogoda i komunikacja miejska popsuje mi szyki. Zaczął padać śnieg i nagle okazało się, że co drugi autobus wypada z rozkładu. Miałam dwie przesiadki i dzięki tym dwom zbiegom okoliczności, gdy dojechałam na ostatni przystanek przed cmentarzem zaczęło się ściemniać. Wysiadłam z autobusu. Śnieg sypał gruby i gęsty jakby się chmura oberwała. Byłam sama na drodze w tym białym tumanie. Tak mi się wydawało, bo nagle ni stąd, ni zowąd obok mnie zjawił się mężczyzna. Zapytał dokąd idę. Zaczęłam się bać, więc powiedziałam że do tego najbliższego domu, co są światła w oknach. Mężczyzna chciał mnie wziąć za rękę i wtedy zaczęła ogarniać mnie panika. Nagle poczułam, że oprócz nas dwojga, jeszcze ktoś tam jest. Nie widziałam tej osoby, ale czułam jej obecność i płynący od niej przekaz:”nie bój się-jesteś bezpieczna”. Mężczyzna wycofał się. Pozostał gdzieś z tyłu, a ja nie oglądając się (mimo wszystko tlił się we mnie niepokój) poszłam w kierunku cmentarza. Gdy przekroczyłam bramę, byłam już całkowicie spokojna. Nie bałam się, choć o tej porze byłam jedyną śmiertelniczką przemierzającą oświetlone alejki pokryte białym puchem. Dotarłam na miejsce, położyłam różę, postałam chwilę i zawróciłam po własnych śladach. Po powrocie do domu długo zastanawiałam się nad tym, co mnie spotkało i kim był mój niewidzialny Anioł Stróż. Za dwa tygodnie pojechałam już odpowiednio wcześnie, czyli w biały dzień (żeby nie prowokować losu). Zima odpuściła. Śnieg stopniał. Na grobowcu leżała czerwona róża (ta sama) piękna i świeża jakby przed chwilą ścięta z krzaka.

Dzisiejszy świat

                Byłam u znajomej, której urodziła się pierwsza wnusia. Malutka ma już trzy miesiące, więc świeżo upieczona babcia uznała, że pora pochwalić się dzidzią. Cudowne, słodkie maleństwo. Jej córa skarżyła się, że nic nie może w domu zrobić, taka jest zapracowana przy dziecku. Bo pranie, prasowanie, kupki, zupki ………itd. itp.

Moja najmłodsza wnuczka skończy w tym roku siedem lat, ale pamiętam, że córka również skarżyła się na totalny brak czasu na wszystko, z powodu opieki nad maciupeństwem.

A przecież w porównaniu do moich czasów dzisiejsze młode mamy dysponują środkami o jakich mnie się nie śniło. To raptem jedno pokolenie, a jak dużo się zmieniło. Na plus oczywiście. Miałam okazję obserwować na bieżąco jakimi środkami dysponuje moja córka w związku z macierzyństwem. Doskonałe warunki lokalowe z pełnym wyposażeniem w sprzęt ułatwiający prowadzenie domu. A wyprawka? Full wypas. Te stosy pampersów, ślicznych maluśkich ciuszków. Te środki do pielęgnacji. Chusteczki nawilżane do buzi i do pupci, maści, kremy, aerozole których nazw nie sposób zapamiętać. Różne rodzaje smoczków i lekkich buteleczek do karmienia. Dziś chyba żadna mama nie wyobraża sobie opieki nad maleństwem bez tego całego arsenału.

  A jaka oszczędność czasu! Dzięki temu, może dużo więcej czasu poświęcić bezpośredniemu kontaktowi ze swoim maluszkiem.

A teraz jak to było gdy ja po raz pierwszy zostałam mamą w latach siedemdziesiątych ub. wieku.  

Gdy urodziłam synka, przez pierwsze cztery miesiące mieszkaliśmy jako młoda rodzina w domku bez żadnych wygód. Ot – dwa przechodnie pokoiki z kuchnią. Piec na węgiel donoszony z komórki z zewnątrz. Wodę nosiło się wiadrami ze studzienki jakieś 200 m od domu. Za kanalizację robiła wygódka z tyłu za domem, a nocą wiaderko w sieni. O pampersach, to mi się nawet nie śniło. Królowała tetra w ilości 40 sztuk i flanela. Na początku dziennie „szło” jakieś 30 sztuk. Żeby więc nie brakowało, jak się uzbierało kilkanaście sztuk (użyte moczyły się w wiaderku z płatkami mydlanymi) trzeba było je uprać w pralce wirnikowej i wygotować w kotle na kuchni węglowej. Na to pranie, to ja musiałam sobie często gęsto sama nanosić wody, no bo mąż był w pracy. Tak średnio dziennie osiem wiader wody. Byłam po „cesarce” i co z tego. A potem jak wyschło,to trzeba było to wszystko uprasować. Pieluchy, kaftaniki z batystu i flaneli. Paskudne, rozwleczone po pierwszym praniu śpioszki. Ale cóż. Nie było wyboru. I tak dzień po dniu. Mój synek zbuntował się po dwóch miesiącach i postanowił, że on cyca więcej do buzi nie weźmie. Na szczęście niedługo potem przeprowadziliśmy się do mieszkania „z wygodami” (woda, gaz, kanalizacja), bo zaczął się etap wielokrotnego w ciągu dnia przygotowywania mleka w proszku. Rozcieranie w kubku z wodą, gotowanie, schładzanie ciężkich szklanych butelek. W smoczkach robiło się dziurki własnoręcznie rozgrzaną igłą. Między posiłkami trzeba było dziecko przepajać rumiankiem i koperkiem ( nie przypominam sobie torebek ekspresowych). W miarę, jak dziecko rosło, poszerzał się asortyment dań. Kaszka manna, która złośliwie lubiła przywierać do dna garnuszka.Raz taka świeżo ugotowana kaszka przywarła do mojego nadgarstka. Ojjjjj…. bolało. Całą noc chodziłam  po mieszkaniu jak zwierzę w klatce. Dania obiadowe w postaci zupek jarzynowych przyrządzanych własnoręcznie i przecieranych przez nylonowe sitko. Tu z kolei wkładka mięsna z cielęcinki, czy kurczaczka uparcie odmawiała przejścia przez oczka tegoż. Nie miałam miksera i nie przypominam sobie, żeby taki sprzęt w tamtych czasach był. Kisielki z owoców, budynie na żółtkach – wszystko przygotowywane na bieżąco w domu. To musiało trwać. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. Dania obiadowe w postaci zupek jarzynowych przyrządzanych własnoręcznie i przecieranych przez nylonowe sitko. Tu z kolei wkładka mięsna z cielęcinki, czy kurczaczka uparcie odmawiała przejścia przez oczka tegoż. Nie miałam miksera i nie przypominam sobie, żeby taki sprzęt w tamtych czasach był. Kisielki z owoców, budynie na żółtkach – wszystko przygotowywane na bieżąco w domu. To musiało trwać. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. Dania obiadowe w postaci zupek jarzynowych przyrządzanych własnoręcznie i przecieranych przez nylonowe sitko. Tu z kolei wkładka mięsna z cielęcinki, czy kurczaczka uparcie odmawiała przejścia przez oczka tegoż. Nie miałam miksera i nie przypominam sobie, żeby taki sprzęt w tamtych czasach był. Kisielki z owoców, budynie na żółtkach – wszystko przygotowywane na bieżąco w domu. To musiało trwać. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. 

Mój synek nieraz biedny krzyczał wniebogłosy, gdy ja szarpałam się między praniem, sprzątaniem i gotowaniem dla niego. Faktem jest, że przez pierwsze miesiące życia płakał bardzo dużo. W dzień i w nocy. Chodziłam z nim do pediatry a ona nic nie stwierdzała. Mówiła, że niektóre dzieci są takie krzykliwe i już. Ładna mi pociecha. Absurdem były również niektóre propagowane w tamtych czasach teorie dotyczące opieki nad niemowlęciem. Pierwsza, to karmić dziecko co trzy godziny, a w międzyczasie tylko przepajać (nie karmić w nocy).  Druga – nie nosić niemowlęcia na rękach, bo się przyzwyczai i nie pozwoli się z tych rąk zdjąć. Ma leżeć w łóżeczku i już. A ja głupia, młoda, nafaszerowana teorią z „mądrych” książek (pierwsze dziecko) w dobrej wierze starałam się tych zasad przestrzegać. Dziecko na tym cierpiało. Nie oznacza to,że w ogóle go nie nosiłam, ale na pewno nie tyle, ile potrzebował.

Zmądrzałam, gdy sześć lat później urodziłam córkę. Pomna doświadczeń i błędów popełnionych w opiece nad pierworodnym, odrzuciłam książkowe mądrości i zaufałam instynktowi.  Mała była spokojniejsza i chowała mi się lepiej. 

Wracając do syna, gdy już był starszym dzieckiem, a potem nastolatkiem, nieraz zastanawiałam się, czy jego nerwowość, nadpobudliwość i ogromnie pragnienie akceptacji to nie był efekt  „zimnego wychowu” w pierwszym okresie jego życia.

Dzisiejszy świat, ze wszystkimi ułatwieniami i udogodnieniami jakie oferuje młodym rodzicom współczesne życie, (plus zwrot o 180 stopni w podejściu do potrzeb fizycznych i emocjonalnych dziecka) sprzyjają temu, żeby maleńki człowiek od pierwszego dnia rósł w poczuciu bezpieczeństwa i miłości, na okazywanie których to uczuć –  choć bardzo kochałam – często brakowało mi czasu.    

Był sobie żebrak…………

……..Nazywał się Beniamin Holst i był Niemcem. Niemiec żebrakiem? To się w pale nie mieści jak powiedziałby znajomy policjant. A jednak. Otóż ten pan, po utracie pracy i domu w swoim rodzinnym kraju postanowił wyemigrować do jednego z krajów azjatyckich aby tam rozpocząć nowe życie. Nie wiadomo czy decydując się na wyjazd już miał wizję że będzie żył z żebrania, wiadomo natomiast że ten rodzaj zajęcia bardzo przypadł mu do gustu. Wiodło mu się nieźle. Był przekonujący dzięki swojej chorobie (słoniowacizna jednej nogi), więc dzięki datkom białych turystów i biednej miejscowej ludności wyciągał sporo. Zarobione pieniądze przeznaczał na hulaszczy tryb życia dokumentując to w mediach społecznościowych. I tu przegiął. Musiał się chwalić? Kto zagląda do kieszeni przeciętnego żebraka ile wyciąga dziennie i co z tą kasą robi? A tak, azjatyckie media uznały go za globtrotera-oszusta żerującego na współczuciu ludzi i medialna nagonka spowodowała, że gość dostał zakaz wjazdu do jedenastu azjatyckich krajów  – tyle zaliczył w swych żebraczych wojażach. Pogonili z Azji? Wcale się tym nie przejął. Puki co osiadł w jednym z krajów afrykańskich i bardzo sobie chwali. Zajęcia zmieniać nie zamierza.

Powyższe streszczenie żebraczych lat życia pana Holsta powstało w oparciu o artykuł Tomasza Augustyniaka pt. „Podróżują, by żebrać, żebrzą, by podróżować. Biedaturystyka nowym trendem” opublikowanym na stronie WP Magazyn Podróże.

Artykuł z założenia jest o młodych białych ludziach którzy z minimalnymi środkami, lub bez pieniędzy przyjeżdżają turystycznie do krajów Globalnego Południa z góry zakładając, że brakujące pieniążki  na kontynuację podróży zdobędą na miejscu dorabiając, lub po prostu żebrząc. Z dorabianiem to różnie bywa (praca albo jest, albo jej nie ma) a więc część z nich po prostu wyciąga rękę po datki do innych białych turystów i miejscowej biednej ludności. Tym drugim, to ponoć pan Holst swoją postawą wskazał kierunek co robić, żeby się nie narobić a mieć.

No i posypały się gromy na turystów – żebraków ze strony mediów (internet, prasa).

A oto kilka cytatów z artykułów zagranicznej prasy które pozwalam sobie przytoczyć za autorem:”

„Ben Groundwater z australijskiego Travellera: „Begpackerzy najwyraźniej nie rozumieją, jak dobrze im się żyje. Nie mają pojęcia o swoich przywilejach białych ludzi, niezwykłym szczęściu, że urodzili się w rozwiniętym kraju, dzięki czemu mają środki na podróże po świecie jako nasto- czy dwudziestoparolatkowie, że to czyni ich zdumiewającymi wręcz szczęściarzami”.

Inni komentatorzy pisali ostrzej: młodzi, zdrowi podróżnicy chodzący z kubkiem w ręku i proszący obcych, zarówno innych turystów, jak i miejscowych, żeby sfinansowali im wypoczynek, przynoszą wstyd swoim rodzinnym krajom. Zwłaszcza że przeciętny dochód w miejscach, do których podróżują, jest znacznie niższy od tego, co mogliby zarobić u siebie za minimalną pensję.

„Jest coś prawdziwie irytującego w młodych ludziach z Zachodu, cieszących się wszystkimi przywilejami: bogactwem, wykształceniem i wysokim statusem na świecie, którzy mimo to starają się prosić o pieniądze w biednym kraju, żeby mieć pewność, że wystarczy im na kolejną imprezę na plaży” – napisała w brytyjskim dzienniku „The Independent” publicystka Helen Coffey podkreślając, że są sytuacje, w których wyciągnięcie ręki po pomoc jest uzasadnione, a bycie ulicznym artystą albo sprzedawcą może być pełnoprawnym sposobem zarobkowania.

Źródło: ImSoloTraveller/Twitter / Jedni żebrzą, inni handlują rękodziełem. Tak czy inaczej ich sposób „zarobkowania” budzi mieszane uczucia

Co innego, kiedy ktoś świadomie wybiera się w podróż bez pieniędzy i liczy, że jakoś to będzie. Krytycy takiej strategii mówią, że założenie, że lecimy dokądś bez wystarczających środków, licząc na szczodrość miejscowych oznacza, że będziemy żerować na tamtejszej gospodarce i mieszkańcach”.

I właśnie te wypowiedzi wzbudziły we mnie mieszane uczucia:

Bo autorzy z góry zakładają, że ci wszyscy młodzi ludzie idą na łatwiznę wybierając ten sposób podróżowania. Bo pochodzą z rozwiniętych krajów, więc są szczęściarzami. Bo mają wszystko – bogactwa, wykształcenie, przywileje białych ludzi i nie rozumieją jak im się dobrze żyje.

Powtarzam się, ale chciałam wypunktować główne argumenty przeciwników bieda-turystów. Moim zdaniem jest to bardzo płytkie potraktowanie zjawiska jakim jest uprawiana przez młodych ludzi biedaturystyka do krajów azjatyckich. Bo w najbogatszych, rozwiniętych krajach świata też nie wszyscy mają po równo. Są enklawy bogactwa i biedy. Skąd założenie, że biedaturyści wywodzą się ze środowisk na tyle majętnych, że stać by ich było na stuprocentowe opłacenie sobie podróży w każdy egzotyczny zakątek świata. Dla części być może jest to rzeczywiście moda (cytat:”bieda jest glamour”), ale przeważająca większość bez odwagi, żeby wyruszyć w świat na zasadzie „jakoś to będzie” pewnie nigdzie by nie wyjechała. Nie popieram żebractwa czy to u mnie w kraju, czy gdzie indziej ale to jest problem etyczny osoby, która wyciąga rękę  po cudzy grosz. Myślę, że ludzi, którzy żebrzą żeby się „zabawić na plaży” (cyt. z artykułu) też nie jest duży odsetek w porównaniu z ogółem tych, którzy w tym obcym kraju chcą przeżyć i coś zobaczyć.

Jeszcze inny aspekt biedaturystyki. Czytam, że część młodych ludzi po przyjeździe do biednego azjatyckiego kraju zostaje na stałe, bo nie chcą wracać do swych bogatych ojczyzn. Ciekawe. Wolą klepać biedę imając się różnych dorywczych zajęć, niż wrócić do siebie, gdzie czekają ich  „przywileje i bogactwa białych ludzi”. A może to nie moda, a sprzeciw wobec form życia w skomercjalizowanym świecie pcha ich na drugą półkulę, gdzie choć biedniej, ale żyje się prościej i łatwiej.

„– Przygoda w Azji, nawet bez pieniędzy, jest lepsza niż bycie bezdomnym w Niemczech” – mówi Beniamin Holst.

Nie popierając sposobu zdobywania pieniędzy przez niego, oraz ich wydawania warto się zastanowić, czy nie podobnymi przesłankami (brak pracy, perspektyw, frustracja) kierują się młodzi ludzie zmierzając na szlaki krajów Globalnego Południa.

 

Nie drażnić Kowalskiego

Dziś niedziela, więc pozwoliłam sobie zgodnie z przykazaniem „dzień święty święcić” na totalne prawie nic nie robienie poza serfowaniem w internecie w poszukiwaniu co ciekawszych tematów i artykułów. Miał być luz, więc i tematy niezbyt ambitne.

I tak skacząc sobie ze strony na stronę, z tytułu na tytuł wyhamowałam na Onet Kobieta, bo mój wzrok przyciągnął tytuł jak to przez rok  jakaś pani ograniczając wydatki do minimum zaoszczędziła ponad 90 tys. złotych. Kwota w polskiej walucie sugerowała, że tekst dotyczy naszej rodaczki. Nic bardziej mylnego. Artykuł dotyczył pani dziennikarki z zagranicy (chyba amerykańskiej skoro zarabiała w dolarach), która postanowiła przez dwanaście miesięcy eksperymentalnie ograniczyć wydawanie zarobionej kasy. Żeby zaoszczędzić, zrezygnowała m.in. z używania samochodu na rzecz roweru, jadania w restauracjach, bywania w pubach, kinach i jedzenia słodyczy. Jednym słowem przerzuciła się na zdrowy tryb życia. I tak dowiadujemy się, że pani wydając niecałe 2 tys. dolarów na miesiąc ( w przeliczeniu ok. 8 tys. PLN), czyli 24 tys. USD (odpowiednio ok. 96 tys. PLN) w skali roku odłożyła dodatkowo 22 tys. dolarów (w tytule ponad 90 tys. złotych – prawda jak to brzmi? – 90 to nie 22). Autorzy artykułu są pod wrażeniem „wyczynu” pani zachęcając do przeczytania określeniem „…….niesamowita historia…”. Jaka niesamowita? Że postanowiła przez rok spuścić z tonu z wydatkami?  No i oczywiście „……zaskoczyła wszystkich oryginalnym pomysłem na życie……”. Chyba tylko w jej najbliższym otoczeniu.

Ponieważ z artykułu nie wynika jak potoczyły się losy pani po roku „umartwiania się” to można się domyślić, że wróciła do starego trybu życia a powiększa oszczędności o tantiemy z książki którą wydała opisując w niej swoje obserwacje, spostrzeżenia i przeżycia z tamtego okresu. W końcu była dziennikarką.

I to by było na tyle. Nawet nie znając realiów w jakich żyje pani łatwo się domyślić, że ma się dobrze skoro mogła sobie pozwolić na odłożenie drugie tyle ile wydała. Gdy przeczytałam więc ten artykulik zaczęłam się zastanawiać nad jego sensem i przesłaniem. Tylko jako ciekawostka i to irytująca. No bo co? Czy jej przykład ma być u nas w Polsce motywacją do oszczędzania? Wolne żarty. Przeciętny Kowalski marzy aby z przeciętnej polskiej pensyjki udało mu się związać koniec z końcem od pierwszego do pierwszego. Dla niego to normalka że nie chodzi po knajpach, pubach, kinach i jeździ rowerem.

A może by tak dla odmiany „niesamowitą historię” polskiej emerytki która co prawda grosza nie odłoży, ale za 1200 złotych (300 dolarów)  potrafi porobić opłaty i utrzymać się cały miesiąc.

 

 

Wyróżnione

Etap pierwszy zamknięty

A oto statystyki z mojego bloga na Blog.pl

  • Wszystkich wizyt: 374307
  • Dzisiaj wizyt: 1
  • Wszystkich komentarzy: 883

Mojego bloga na Blog.pl już usunęłam, a statystyki wkleiłam sobie ku pamięci………..

Tak było…… Niespełna pół roku regularnego pisania. Dlaczego zaniechałam na dłuższy czas? Wystraszyłam się. Popularność mnie przerosła. Jednych uskrzydla, a mnie skrzydła podcięła. Głupia trema, że nie potrafię napisać już nic wystarczająco ciekawego, co by moich czytelników zainteresowało. Żal mi jednak było skasować tego prawie martwego bloga, bo lubiłam sobie od czasu do czasu zajrzeć wstecz i coś tam na bieżąco naskrobać. Z tego samego powodu zdecydowałam się przenieść treści ze „starych śmieci” w nowe miejsce z nadzieją że będę bardziej aktywna.

Rocznica

Dziś jest rocznica śmierci mojego Syna. Mijają 22 lata od momentu gdy dowiedziałam się że nie żyje. Choć myślę o Nim bardzo często, dzień 5-go lutego jest dla mnie dniem szczególnym. Wracają do mnie obrazy tamtych chwil i widzę wszystko jakby to było wczoraj. Ból, rozpacz i niedowierzanie że to się stało. Wydawało mi się to niemożliwe. Mój świat się zawalił. Nie miałam siły żeby Go zobaczyć w dniu śmierci. Nie płakałam. Córka mówiła że wyłam choć tego nie pamiętam. A potem przyszły nie przespane noce. Zapalone światło (bałam się ciemności). Leżałam z otwartymi oczami i patrzyłam jak wiatr lekko porusza firanką w uchylonym oknie. Wydawało mi się że to Syn przychodzi do mnie z tym wiatrem. Pewnej nocy poczułam jak pogłaskał mnie po włosach. W tamtym strasznym dla mnie czasie moje zmysły były tak wyostrzone, że odbierały jakieś dodatkowe bodźce nieuchwytne do tej pory. W porze nocnej, w cichym z pozoru mieszkaniu atakowały moje uszy jakieś dodatkowe dźwięki – skrzypienie, szelesty, szmery……….

Przez pierwsze dwa tygodnie funkcjonowałam jak automat. Starałam się trzymać. A potem przyszło totalne załamanie. Płacz nie do opanowania. Musiałam skorzystać z porady psychiatry. Diagnoza – depresja. Leczyłam się z mizernym skutkiem przez trzy lata. Wciąż dręczyło mnie pytanie „dlaczego”. Dlaczego moje dziecko musiało odejść tak młodo? Dlaczego mnie to spotkało?

Choć wcześniej nie korzystałam z porad żadnych wróżek i innych jasnowidzących, tym razem udałam się do znanego w moim regionie tarocisty. Powiedział mi, że mój Syn musiał odejść, bo jego czas tu na ziemi się skończył. Tyle Mu było pisane. Powiedział mi jeszcze, że w poprzednim wcieleniu (on wierzy w reinkarnację – ja też) musiałam popełnić bardzo ciężki grzech, bo nie ma większej kary dla rodziców niż pochować własne dziecko.

Dziwna to była wizyta, ale mi pomogła. Skoro Bóg tak chciał to musiałam się pogodzić z jego wyrokiem. Od tej pory zaczęłam wracać do zdrowia bez leków psychotropowych.

Dziś dziękuję Bogu że mi dał Syna na czas mu tutaj przeznaczony, choć gdzieś tam w głębi serca tli się leciutki żal dlaczego na tak krótko bo tylko niespełna 25 lat.

Dość tego!

Jak większość Polaków śledziłam w mediach (głównie w internecie) doniesienia o tym, co działo się w związku z akcją ratunkową po Pana Tomasza Mackiewicza i jego towarzyszkę Panią Elizabeth Revol którzy utknęli na górze Nanga Parbat. Przeczytałam dziesiątki artykułów o samej akcji ratunkowej, tudzież liczne wywiady z ludźmi którzy mieli w tej kwestii coś do powiedzenia. Przeczytałam setki komentarzy co czytelnicy sądzą o tym co się wydarzyło.

Ostatnim artykułem po który dzisiaj sięgnęłam na stronie WP był zatytułowany „Niesamowita historia życia Tomasza Mackiewicza”. No i stwierdziłam że dosyć tego. To już jest bez sensu. Pod sensacyjnym tytułem zbiór prawd wcześniej objawionych przez innych. To już jest bicie piany. Wywiady, komentarze, analizy co by, gdyby…… Gdybanie kiedy umarł  (po trzech, czy po pięciu godzinach?) i co było przyczyną śmierci (obrzęk mózgu, czy obrzęk płuc). Żerowanie na tragedii człowieka i jego rodziny.

Jeszcze raz powtarzam – dosyć tego. Najwyższy czas zamknąć ten temat. Zostawcie w spokoju Pana Tomasza i jego rodzinę.

Jako wyraz mojego szacunku dla Pana Tomasza Mackiewicza i jego pasji pozwolę sobie na zacytowanie kilku wypowiedzi o Nim jako najbliższe prawdy o tym, co robił i dlaczego.

———————————————————————————————————————————

Siostra Małgorzata Sulikowska w wywiadzie Edyty Brzozowskiej (Onet-Kobieta) powiedziała: „Tomek o tej górze wiedział wszystko. Nanga Parbat go oczarowała, odnajdywał na niej spokój duszy”.

———————————————————————————————————————————

„Obrał sobie akurat bardzo niebezpieczną górę, zwaną „zabójczą górą”. W minionych latach miał sześć heroicznych prób zdobycia szczytu, i to zimą. Dla niektórych osób może to być trudne do zrozumienia, ale Nanga Parbat stała się jego pomysłem na życie. I to należy uszanować. Jedni nie wyjdą z domu i wolą siedzieć przed telewizorem w ciepłych kapciach, a inni stawiają sobie cele z najwyższych półek, narażając nawet swoje życie – ” powiedział polski alpinista Leszek Cichy w wywiadzie dla Janusza Kalinowskiego (PAP).

—————————————————————————————————————————————

” Odszedł wielki człowiek, który walczył o swoje marzenia – uszanujmy to” – napisał na Twitterze Marek Kamiński (Onet Sport)


I jeszcze ostatni cytat (sportowefakty.wp.pl)

„Człowiek jest tylko mocny w stosunku do drugiego człowieka w pyskówkach i przekomarzankach. Swoją wartość często opiera na materii, która przecież jak wiadomo jest tylko tymczasowa. Zresztą tak samo jak i człowiek – powiedział Tomasz Mackiewicz”.

—————————————————————————————————————————————–

 Czy te słowa dadzą do myślenia tym, którzy nie szczędzili Mu (mówiąc delikatnie) mocnych słów krytyki?

 

 

 

 

Create your website at WordPress.com
Zacznij