Tusz kreślarski jako eyeliner?

Zainspirował mnie wpis Caffe (Make up Caffe – 04.07) traktujący o makijażu i malowaniu się. Myślę, że nie będzie mi miała za złe, jeśli wniosę do tego tematu mój wątek. A właściwie wspomnienie, jak to było w czasach mojej młodości.

Była druga połowa lat sześćdziesiątych ub. wieku. Miałam -naście lat i poszłam do szkoły średniej (budowlanka). Do tej pory w kwestii malowania się zielona jak szczypiorek na wiosnę, zobaczyłam że niektóre moje koleżanki podkreślają swoją urodę dyskretną kreseczką i cieniem na powiece. Postanowiłam spróbować i ja. Nie przyszło mi do głowy, żeby je zapytać czym one się malują (mama się nie malowała, więc nie miałam pojęcia o kosmetykach), użyłam więc do zrobienia kresek na powiekach tuszu kreślarskiego. Efekt oczywiście był odwrotny od zamierzonego. Powieki zaczęły mnie piec, oczy szczypać bo tusz dostał się do worka spojówkowego, musiałam więc szybciutko umyć twarz i na jakiś czas minęła mi chęć na malowanie się.

Ponownie zaczęłam eksperymentować z makijażem jak zaczęłam chodzić z chłopakiem. Wiadomo – chciałam się podobać. To chyba naturalne. Nie pamiętam, skąd czerpałam wiedzę jak to robić, ale pewnie z gazetek dla dziewcząt. Arsenał środków nie był bogaty, ale wystarczyło. Trochę pudru, cień na powieki, tusz do rzęs, no i obowiązkowo bardzo modne w tamtym czasie kreski. Z czasem doszedł pod puder fluid.

Lubiłam się malować przez całe moje czynne życie zawodowe, choć oczywiście trendy się zmieniały. Kreski z czasem odeszły w zapomnienie, by powrócić do łask w ostatnich latach. Niestety, już ich nie zastosuję bo one dodają urody, gdy są idealnie równe na gładkiej skórze powiek, a z wiekiem wiadomo….. Jaskrawe cienie do powiek (niebieskie i zielone – w dodatku perłowe) ustąpiły miejsca całej gamie stonowanych odcieni dopasowanych do koloru oczu i karnacji skóry. Z korzyścią zresztą. Dzisiejsze makijaże pomimo wielowarstwowości są bardziej naturalne. Zresztą, co tu dużo gadać. Czy to dziś, czy kiedyś, w makijażu ważny jest umiar, żeby nie zamienić twarzy w maskę.

Wracając do mojego makijażu. Zawsze malowałam się sama. Raz tylko zdecydowałam o profesjonalnym „malunku” u kosmetyczki z okazji ślubu córki. Wiadomo –  jako matka panny młodej chciałam się prezentować jak najkorzystniej. Umówiona na godzinę, w dniu ślubu mojego dziecka pognałam do gabinetu w nadziei, że będę pięknie wyglądać, coby dziecko było ze mnie dumne. Pani (umówmy się wizażystka) znęcała się nade mną dwie godziny. Już nie pamiętam ile warstw podkładów, fluidów, pudrów i innych kolorowych kosmetyków nałożyła mi na buzię. Pamiętam tylko, że bałam się odezwać (i w ogóle zrobić użytku z mięśni twarzy) z obawy, że jak mi to wszystko nie odpadnie jak tynk od ściany, to na pewno spłynie. I prawie spłynęło. Gdy wracałam do domu, był silny wiatr. Moje oczy zawsze łzawiące na wietrze, tym razem dodatkowo podrażnione kosmetykami zaczęły produkować strumienie łez. W domu spojrzałam w lustro i oniemiałam. W moim kunsztownym, kosztownym makijażu łzy wyżłobiły na policzkach głębokie koleiny aż do czystej skóry. A do ślubu została godzina. Naprawiałam te szkody we własnym zakresie. Ostatecznie ponoć wyglądałam ładnie, ale ja byłam rozczarowana nieprofesjonalizmem profesjonalnej ponoć makijażystki.

Dziś maluję się rzadko, bo tylko na spotkania rodzinne, czy towarzyskie. Bardzo dyskretnie zresztą, bo tylko odrobinę pudru, troszkę cienia na powieki i tusz do rzęs. No i błyszczyk na usta zamiast szminki. Przychodzi taki czas, że nadmiar kosmetyków na buzi wcale nie odmładza i nie dodaje urody, a wręcz przeciwnie. Widuję znajome panie, których buzia, pod wpływem zbierającego się w zagłębieniach zmarszczek pudru wygląda znacznie starzej, niż gdyby były nie umalowane. Choć z drugiej strony jestem pełna uznania dla nich, że im się chce. Choćby tylko na zakupy, czy na spacer z psem.

————————————————————————————————————————————-

Poniżej. Zdjęcia modelek z żurnalu mody z 1966 r. Prawda, że ładne? Mimo że w porównaniu z dzisiejszymi czasami wizażyści dysponowali nieporównywalnie skromniejszymi środkami niż dzisiaj.


 

 

I na koniec moje zdjęcie ślubne. Makijaż wykonany osobiście z nieodzowną w tamtych czasach kreską na powiekach.

Reklamy

Geny, czy kremy?

Niewiele jest chyba kobiet którym nie zależy na wyglądzie. Dba się szczególnie o buzię, bo to ona będąc wciąż na widoku decyduje o tym na ile lat nas oceniają. Cała reszta zakryta przez trzy czwarte roku jakoś tak mniej spędza nam sen z powiek.  Choć nie oznacza to, że jest całkiem zaniedbana. Dbamy przede wszystkim żeby ciało było czyste. Dodatkowo najwyżej jakiś balsam nawilżający. Znam też panie, którym właśnie pielęgnacja ciała każe spędzać w łazience co najmniej dwie godziny rano (i drugie tyle wieczorem), no bo jeszcze po podstawowych ablucjach trzeba wetrzeć w skórę kremy pojędrniające, na rozstępy, na cellulit, tudzież podnoszące to i owo. Też kiedyś do nich należałam, ale mi przeszło. Doszłam do wniosku, że szkoda mojego czasu i pieniędzy na te wszystkie specyfiki, bo jedynie stan mięśni decyduje o tym, czy ciało jest jędrne, czy sflaczałe, a tu to już tylko gimnastyka.

Przeważająca większość z nas stara się jednak w miarę sił i środków spowolnić skutki upływającego czasu pojawiające się na twarzy w postaci zmarszczek i grawitacji. Nie mówię tu o paniach (niektórych panów też to dotyczy) które dzięki chirurgii plastycznej liczą na to, że będą wiecznie młode. Przeciętna kobieta kupuje więc kremy i maseczki nawilżające, półtłuste, tłuste, pojędrniające, liftingujące, pod oczy, na twarz, na szyję i dekolt. Na noc i na dzień. Na opakowaniach tych kremów (i masek) producenci chwalą się składem i działaniem (95% kobiet zauważyło znaczną poprawę).Do tych przeciętnych należę i ja. Kupuję więc i stosuję. Jeden się kończy – idę po kolejny. Inny, bo poprzedni coś mało skuteczny. Bo gdy kończy się opakowanie stwierdzam, że coś mi tych zmarszczek nie ubyło i myślę sobie że widocznie należę do tych 5% kobiet na który akurat ten cud kosmetyki nie zadziałał. I tak za każdym razem.

Zastanawiałam się kiedyś, czy gdybym zrezygnowała ze stosowania tych mazideł to czy rzeczywiście moja twarz starzałaby się szybciej. Nie będę eksperymentować. Bo jeśli tak? Ponoć nie wyglądam na swoje lata. Miło łechce kobiecą próżność gdy ci tak mówią. Zasługa to kremów, czy genów?

 

I co z tą zimą?

Tegoroczna zima żałuje nam śniegu. Raptem kilka dni.A poza tym szaro, buro i ponuro. Szara ziemia, szare niebo i szare bloki na moim osiedlu.

 

 

Czyż nie piękniejszy byłby świat, gdyby te szarości przykrył biały puch?

 

W naszym regionie coraz bliżej do ferii. Czy dzieciaki będą jeszcze miały okazję w tym roku wyciągnąć sanki?

 

Moja psinka też uwielbiała brykać w śniegu.

 

Nawet róża zdezorientowana anomaliami pogodowymi postanowiła zakwitnąć na Boże Narodzenie. A może pozazdrościła gwieździe betlejemskiej (poisencji)?

Zdjęcie tego pięknego pąka zrobiłam 24.12.2017 r.

 

 

 

Wyróżnione

Etap pierwszy zamknięty

A oto statystyki z mojego bloga na Blog.pl

  • Wszystkich wizyt: 374307
  • Dzisiaj wizyt: 1
  • Wszystkich komentarzy: 883

Mojego bloga na Blog.pl już usunęłam, a statystyki wkleiłam sobie ku pamięci………..

Tak było…… Niespełna pół roku regularnego pisania. Dlaczego zaniechałam na dłuższy czas? Wystraszyłam się. Popularność mnie przerosła. Jednych uskrzydla, a mnie skrzydła podcięła. Głupia trema, że nie potrafię napisać już nic wystarczająco ciekawego, co by moich czytelników zainteresowało. Żal mi jednak było skasować tego prawie martwego bloga, bo lubiłam sobie od czasu do czasu zajrzeć wstecz i coś tam na bieżąco naskrobać. Z tego samego powodu zdecydowałam się przenieść treści ze „starych śmieci” w nowe miejsce z nadzieją że będę bardziej aktywna.

Nic nie było proste…

Zwłaszcza dla takiego totalnego laika w zakresie informatyki jak ja.

Po doświadczeniach ostatnich trzech tygodni, na przestrzeni których dzień po dniu po kilka godzin rozgryzałam tajniki tworzenia blogów począwszy od rejestracji poprzez uruchomienie strony doszłam do wniosku, że koniecznie muszę sobie zafundować najprostszy kurs w tej dziedzinie. Te wszystkie linki, lajki, widgety, gadżety, ikony, motywy, wtyczki, domeny……… Siedziałam do późnych godzin nocnych, a gdy niewiele rozumiejąc z tego co przeczytałam w różnych poradnikach i na forach kładłam się spać, nadal w półśnie przerabiałam to, nad czym ślęczałam. Jakiś głos (podświadomość?) mówił do mnie: po co ci to ty głupia babo. Cały internet śledzi twoje nieudolne poczynania i śmieje się z ciebie że jesteś taka tępa. No, ale ja nie z tych co się łatwo poddają.  W końcu udało się i zaistniałam. Wybrałam ostatecznie motyw dla początkujących bo przy innych zakałapućkałam się kompletnie (nie do końca rozumiem, ale układ strony zależy chyba od motywu). Nie jest to strona doskonała, ale najważniejsze że mogę pisać. Nie zrobię furory, nie zarobię na blogu bo nie mam tego w planach ale od czasu do czasu napiszę coś „sobie a muzom”.

Będzie mi miło oczywiście jak zawita tutaj niespodziewany gość i wypowie się co myśli na poruszony przeze mnie temat.

Pożegnanie na „fejsbuku”

          Minęło ponad dziesięć miesięcy od mojego ostatniego wpisu. To szmat czasu. Co się u mnie zmieniło? Niewiele. A w moim otoczeniu? Cóż – odeszła Pani której poświęciłam ostatni post. Choć była tylko moją sąsiadką, jej śmierć zabolała mnie bo należałam do grona osób które pomagały jej i mocno ją wspierały w walce z tym wrednym choróbskiem. Zabolały mnie również okoliczności w jakich przyszło jej się rozstawać z tym światem. Na szpitalnym łóżku, sama – żadne z dzieci nie przyjechało do kraju za jej życia. Nawet na pogrzeb nie wszystkie dojechały. Najukochańsza córka na którą matka najbardziej liczyła pożegnała mamę na „fejsbuku”. Nie ukrywam że mocno mnie to zirytowało. Był moment że miałam ochotę mocno ją na tym fejsbuku zrugać. Odpuściłam, bo pomyślałam sobie że i tak nie zrozumie o co mi chodzi.

To smutne. Czy rzeczywiście nadchodzą czasy, że bezpośrednie kontakty między bliskimi członkami rodziny zastąpi komunikator internetowy? Kilka zdjęć, kilka słów, jakiś krótki filmik. To wszystko? A gdzie dotyk ciepłej dłoni, oddech przy twarzy gdy całujesz bliską osobę w policzek, oczy błyszczące emocjami? Sto razy napisane słowa „kocham cię mamo (tato, córko, synu…) nie zastąpią słów wypowiadanych bezpośrednio, bo ich moc jest zwielokrotniona poprzez przytulenie się i czułość wypisaną na twarzy i w oczach. 

Tego na pewno zabrakło Tej, która samotnie umierała na szpitalnym łóżku. 

Tak sobie wychowała

             Tak sobie wychowała….., tak sobie wychowała……., tak sobie wychowała…….!

            To zdanie zasłyszane kilka dni temu „tłucze” mi się pod czaszką i nie daje spokoju…………

                  Ale po kolei. 

        Przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Była sobie rodzina. Tata, mama i czworo dzieci. Było mniej niż skromnie, ale dopóki oboje rodzice mieli pracę, dzieci głodu nie cierpiały. A właściwie dzięki niej. Bo on, jako mocno trunkowy w pierwszej kolejności zaspokajał swoje potrzeby. Na szczęście jego zakład pracy dbał o to, żeby i jego dzieciom coś tam skapnęło.  

Do momentu transformacji ustrojowej i gospodarczej. Menel którego mieli obowiązek zatrudniać (wszak za PRL-u nie było bezrobocia) w ramach redukcji etatów jako jeden z pierwszych wyleciał na bruk.

W krótkim czasie ona również straciła pracę bo z kolei jej zakład zlikwidowali.

On utratą zatrudnienia wcale się nie przejął. Nie próbował nawet znaleźć innego płatnego zajęcia żeby zarobić na utrzymanie rodziny. Nareszcie zajął się tym, co lubił najbardziej – czyli nic nie robieniem.

Ona imała się różnych zajęć, ale z mizernym efektem finansowym. Długi rosły. Komornik pukał do drzwi a spółdzielnia straszyła eksmisją z powodu wielomiesięcznych zaległości czynszowych.

W końcu postanowiła wyjechać do pracy za granicę. Jak wiele Polek w tamtych latach obrała kierunek na południe Europy. W domu została czwórka nastoletnich dzieci z tatusiem który już wtedy totalnie się stoczył.

Gdy okrzepła w nowym dla siebie świecie zaczęła ściągać do siebie dzieci. Całą czwórkę po kolei. Czas leciał. Dzieci dorastały i usamodzielniały się.

Wróciła do kraju po kilkunastu latach. Na chwilę. Na urlop żeby uporządkować sprawy osobiste. Pech chciał, że zaraz po powrocie rozchorowała się ciężko. Rak. Już nie wyjechała. Operacja jedna, druga. Wydawało się że będzie dobrze. Minęło kilka lat i choróbsko znów dało o sobie znać. Paskudna wznowa. Jest coraz gorzej. Lekarze nie dają nadziei. Pozostało leczenie paliatywne. Jest coraz słabsza. Wymaga opieki całodobowej i jest w tym wszystkim sama. Nie ma na miejscu żadnej rodziny. To sąsiedzi jej pomagają i płatna opiekunka.

Ostatnio zapytałam znajomej (która wiem że ma kontakt z jej dziećmi) czy one wiedzą w jakim stanie jest matka. Dlaczego żadne z nich nie przyjedzie żeby się nią zająć czy chociażby odwiedzić. Bo żadne z nich nie pokazało się w Polsce od jej powrotu tutaj, czyli gdzieś tak mniej więcej od sześciu lat. I usłyszałam szokującą dla mnie odpowiedź: b o  t a k  s o b i e  w y c h o w a ł a. Czyli jak? Dała im z siebie za dużo, czy za mało? Wychowała na egoistów, czy sama była egoistką zaniedbującą potrzeby dzieci? Przecież nie zostawiła ich tutaj na pastwę agresywnego ojca alkoholika. Nie wiem jak przebiegał proces wychowawczy „od podszewki”. Co się stało, że tylko na odległość deklarują miłość do matki oraz zapewnienie jej środków i płatną opiekę do końca dni które jej zostały? Nie mogą przyjechać, czy nie chcą?

Ponoć córki bardzo przeżywają chorobę matki. Tyle i tylko tyle.

Pieniądze to nie wszystko. Matka ma dobrą opiekę obcych ludzi. Lekarze ulżą w cierpieniu ciała.

Tylko dusza mając świadomość bliskiego końca wyrywa się do bliskich.

Gdy patrzę w jej oczy jest w nich taki wielki smutek aż się serce ściska.

 

 

Czy naprawdę mam czego chciałam?

             Dziś jest chyba jeden z najpiękniejszych letnich dni. Przynajmniej moim subiektywnym zdaniem. Słoneczko od rana na niemal bezchmurnym niebie. Te kilka  białych chmurek na niebie to snuje się bardziej dla ozdoby. Temperatura idealna – nie za zimno i nie za ciepło. Lekki letni wietrzyk przyjemnie chłodzi ciało. Ale kiczowaty opis. A co mi tam. Tak to odbieram.

            W taką pogodę trudno usiedzieć w domu – zwłaszcza jak się mieszka w bloku. Wybrałam się więc nad pobliską rzeczkę. Cele były dwa. Relaksujący spacer i przy okazji pomyślałam sobie że może znajdę w wodzie parę fajnych kamyczków do mojego akwarium. Do rzeczki niedaleko. Tak około kilometra.    

           Gdy kończy się nasze osiedle zaczyna się inny świat. Świat małych uliczek wzdłuż których stoją domki jednorodzinne. Domki stare, pamiętające co najmniej czasy PRL-u i nowe – wybudowane współcześnie. Widać różnice w stylach. Te stare, to proste nieciekawe piętrowe klocki o płaskich dachach. Nowe mają ciekawe rozwiązania architektoniczne brył – przeważnie parterowe z urządzonymi do zamieszkania poddaszami. Jedne i drugie mają wspólną cechę. Mają podwórka. Kawałek własnego zielonego terenu ogrodzonego siatką albo płotem. Szłam powoli taką uliczką, zaglądałam na podwórka i zazdrościłam im. Trawka zielona krótko przystrzyżona. Klomby, donice małe i duże pełne kwiecia. Parasole, a pod parasolami stoliki i foteliki. Małe piaskownice i dmuchane baseniki sugerują że w takim domu są dzieci. Znów kicz. No i dobrze.

          Zanim doszłam do rzeczki rozkrochmaliłam się zupełnie. Przypomniał mi się mój rodzinny dom. Mały, ciasny, ale własny. Bez wygód. Po wodę chodziło się do hydrantu 50 m. Piece opalane węglem. WC w kącie podwórka. No właśnie. Ja już nie pamiętam jak to było ciężko nosić wodę, niewygodnie myć się w misce, czy marznąć gdy w nocy zgasł kaflowy piec. To znaczy pamiętam, ale mam do tego stosunek obojętny. To podwórko jest w moich wspomnieniach najważniejsze. Kawałek warzywniaka uprawianego przez mamę w kącie a reszta to trawa na której szalałam z trójką rodzeństwa i dzieciakami z sąsiedztwa. Zimą nasz osobisty bałwan.

        Wtedy nie doceniałam tych walorów wynikających z posiadania skrawka własnej zieleni. Gdy podrosłam, marzyłam o mieszkaniu w bloku. Z centralnym ogrzewaniem, wodą w kranie i sr…m w porcelanie. I mam to czego chciałam. Od czterdziestu lat. O co mi więc chodzi? Po latach mieszkania w bloku stwierdzam, że te tzw wygody to nie wszystko. Jest jeszcze czynnik ludzki. Na takiej uliczce mieszka kilka – kilkanaście rodzin. Wszyscy się znają ale mają dużą przestrzeń do życia. W mojej klatce mieszkają 24 rodziny, a w bloku 72. W sumie to będzie sto kilkadziesiąt osób. Wokół bloki z podobną ilością mieszkańców. Ludzi w różnym wieku, o różnych upodobaniach, temperamentach. Nietrudno więc o konflikty i spięcia. W takim skupisku ludzi zawsze trafią się osoby które mają gdzieś dobre stosunki międzysąsiedzkie i potrafią mocno uprzykrzyć innym życie. Wtedy chciałoby się uciec stąd do domku bez wygód pod lasem. Byle mieć święty spokój i kawałek własnego podwórka.      

 

Zapach lasu i chatka Baby Jagi

           Coś mnie dzisiaj nosi (albo roznosi) od wewnątrz. Ja, zagorzała domatorka którą z chałupy trudno kijem wygnać, dziś postanowiłam wyjść z domu z mocnym postanowieniem że nie wrócę aż odzyskam spokój ducha. Cel – las. Nie mam daleko. Raptem kilkaset metrów. Choć moje osiedle na skraju lasu położone jest, nie byłam tam chyba z pięć lat. Pomyślałam sobie że zobaczę co się zmieniło. Oj zmieniło się. Zniknęły znajome ścieżki. Zarosły chaszczami. Widać że inni ludzie też nie bywają tu często. Las przestał być modny jako miejsce rodzinnych spacerów.  No i zyskał na tym. Nie jest tak zdewastowany jak dawniej. Przez te kilka lat przyroda przynajmniej częściowo odrobiła to, co ludzie zniszczyli, rozdeptując ten piękny zakątek wszerz i wzdłuż.

              Doceniając starania przyrody, ja mieszczuch zasiedziały w betonowych murach stanęłam na skraju wydawało mi się splątanego nie do przebycia gąszczu krzaków broniącego dostępu do drzew i zastanawiałam się jak przez nie przebrnąć.             Ryzykując wybiciem oka, podrapaniami i podartą odzieżą ruszyłam przed siebie rozgarniając krzaczyska lub nurkując pod nimi. Udało się. Oczy całe. Dotarłam do pierwszych drzew tylko trochę podrapana. Warto było. Uderzył mnie w nozdrza zapach. Zapach lasu. Drzew. I nagle stałam się małym, dziesięcioletnim dzieckiem. Dzieckiem, które było dawno, dawno temu na kolonii w ośrodku położonym wśród takiego lasu. Z tamtego pobytu jedynym wspomnieniem jest pachnący upojnie latem las po którym biegaliśmy z innymi dzieciakami i stojąca pośrodku lasu wśród drzew chatka. Chatka była dziwnie malutka. Miała jedną izdebkę. W trzech ścianach okienka a w czwartej drzwi. Była nie umeblowana. Zaglądaliśmy do tej chatki i wyobrażali sobie że jest to domek Baby Jagi. Brakowało nam tylko kurzej stopki na której powinna stać. Ale od czego dziecięca wyobraźnia. Skoro chatka pusta, to znaczy że Baba Jaga się wyprowadziła i zabrała stopkę i meble do nowego domku. To były piękne szczęśliwe wakacje. Zapomniane do dzisiaj. I nagle jakby się w mojej głowie otworzyła jakaś klapka.

             Las pachnie dzisiaj tak jak przed laty. Tylko wrażliwość emocjonalna już nie ta. Cieszę się że dzisiaj udało mi się uchwycić ten zapach, a on przywołał to urocze wspomnienie.