To ty mnie połknęłaś?!

Dziś jest rocznica urodzin mojego Syna. W sobotę, dwudziestego piątego lipca o godzinie 12-ej min. 55 urodził się nasz chłopczyk. Waga 3500 g., długość (wzrost) 54 cm. 10 punktów w skali Apgar. To był najcudowniejszy prezent od Boga w przeddzień moich imienin i na resztę mojego życia.

Od tamtego dnia minęło  -dziesiąt lat, ileś tysięcy dni, ileś setek tysięcy godzin i miliony minut. Czas płynie nieubłaganie. W każdej minucie, godzinie, każdego dnia coś się w naszym życiu dzieje, a nasz mózg niezauważalnie dla nas wszytko „notuje”. Są wydarzenia, które wywarły na nas tak duże wrażenie, że choć mijają lata, wciąż o nich pamiętamy na bieżąco, i takie, które śpią sobie zakopane gdzieś głęboko w zakamarkach naszego mózgu, po to, żeby się obudzić pod wpływem jakiegoś impulsu.

Dzień dzisiejszy jest dla mnie dniem wspomnień. Chwil radosnych, i nie tylko……..

Ponieważ ostatnio smutków mi nie brakuje, postanowiłam ze wspomnień o moim synu wybrać jedno z tych pogodnych……

Moje dziecko miało wtedy około pięciu lat, i było jeszcze jedynakiem. Pewnego dnia, w trakcie zabawy, nagle zadał mi pytanie -” mamo, a skąd ja się wziąłem na tym świecie?” Na chwilę mnie przytkało, ale ponieważ uważałam, że nie będę dziecku opowiadać głupot o bocianach i kapuście, więc mu odpowiedziałam, że zanim przyszedł na świat, był u mamusi w brzuszku. Mój syn zaniemówił. Otworzył szeroko swoje wielkie brązowe oczęta i zdumiony krzyknął – „to ty mnie połknęłaś??!!!„. No nie – odpowiedziałam – i czekam co będzie dalej….. Na szczęście z kolei zainteresował się jak on się tam zmieścił, co on w tym brzuszku jadł, jak siusiał i robił kupkę….. Ja już nie pamiętam jak wybrnęłam z tej serii pytań, ale był usatysfakcjonowany. I na koniec oczywiście padło pytanie, jak on się z tego brzuszka mamy wydostał. Tu już (na szczęście dla mnie) nie miałam problemu z odpowiedzią. Powiedziałam mu (zgodnie z prawdą), że w szpitalu pan doktor rozciął mi brzuch i go wyjął.

Za rok, gdy urodziła mu się siostrzyczka, to po moim powrocie ze szpitala poprosił, żebym mu pokazała brzuch. Świeża blizna po drugiej „cesarce” utwierdziła go w przekonaniu, że mama nie kłamała.

I tak, udało mi się przebrnąć szczęśliwie przez pierwszą lekcję uświadamiania mojego pierworodnego, co przecież nigdy nie jest łatwe, gdy kłopotliwe pytania zadaje rozgarnięty kilkulatek. Wiedzą o tym chyba wszyscy rodzice 🙂

Reklamy

Żegnaj Mikusiu

Odeszła na zawsze moja ukochana psinka. Jest mi tak strasznie ciężko. Nie mogę się pozbierać. Nie umiem się zupełnie odnaleźć w nowej sytuacji. Chodzę po mieszkaniu i wydaje mi się, że słyszę jak za mną idzie. Oglądam się, żeby jej nie nadepnąć, a za mną  pustka. Daję kotom jeść, i stawiam kocią miskę wysoko, żeby nie dosięgnęła do ich karmy, jak to miała w zwyczaju. Kładę się do łóżka, zamykam oczy i wydaje mi się, że słyszę jak się mości w swoim koszu, żeby zaraz z niego wyjść i przydreptać do mnie po to, żebym ją wzięła do siebie. Wyciągam nogi w łóżku omijając miejsce w którym zawsze śpi spała, żeby jej niechcący nie zepchnąć. Obudziłam się dziś rano i pierwsza myśl to, że trzeba wstawać, bo z psinką na spacer. W ciągu dnia łapię się na myśli, czy już nie pora na kolejny spacer. Ona wciąż jest gdzieś blisko mnie.

Kocham wszystkie moje zwierzaki, ale ona miała szczególne miejsce w moim sercu. I tak już zostanie na zawsze.

Żegnaj Mikusiu. Usnęłaś tutaj na zawsze, ale wierzę, że obudziłaś się w psim raju, gdzie nie ma chorób i ogromnego cierpienia jakie było twoim udziałem w ostatnich godzinach twojego życia.

 

 

Zapachy, kolory i smaki mojego dzieciństwa – część 2

Szum topoli i spanie na sianie.

W poprzednim poście opisałam mój pierwszy pobyt na wsi u krewnych mojego taty. Tym razem ciąg dalszy wspomnień.

Jak napisałam poprzednio, po raz pierwszy pojechałam na wieś, gdy miałam cztery lata. Odtąd, każdego roku latem tata zawoził mnie ze starszą siostrą do cioci i dziadków na co najmniej miesiąc wakacji . Uwielbiałam te letnie pobyty na wsi. Ciocia miała dwójkę dzieci w wieku zbliżonym do nas, plus przyjeżdżał jeszcze z innego miasta nasz kuzynek, więc towarzystwa nam nie brakowało. Tak z perspektywy czasu, to myślę, że ciocia była kobietą o złotym sercu i anielskiej cierpliwości, że godziła się na ten spęd dzieciaków w porze największego nasilenia prac polowych. Na szczęście byli dziadkowie, którzy nas trochę pilnowali, choć i tak większość czasu chodziliśmy samopas wymyślając coraz to nowe zabawy. Oto niektóre z nich.

My, dziewczynki lubiłyśmy np. wdrapywać się na mur z kamienia odgradzający gospodarstwo cioci od sąsiadów, żeby bawić się położonymi tam poza zasięgiem dzieci kolorowymi szkiełkami z potłuczonych fajansowych talerzy i kubków, oraz kolorowych butelek. Bardzo podobały nam się te szkiełka, bo były na nich fragmenty motywów kwiatowych. Ciocia nie pozwalała nam tam wchodzić, w obawie że się pokaleczymy, ale i tak robiłyśmy to w tajemnicy przed nią. Naśladując nasze mamy robiłyśmy w takich maciupeńkich buteleczkach po lekarstwach „przetwory” z różnych ziaren i płatków polnych kwiatów. Chłopcy usiłowali dostać się do jaskółczych gniazd uwitych pod strzechami budynków gospodarczych i na drzewach. Do repertuaru zabaw w gronie mieszanym należały bitwy na  zielone kulki zebrane z krzaków ziemniaków, czy zawody, kto złapie więcej chrząszczy do butelki. Myśmy się nigdy nie nudzili, choć nie przypominam sobie żadnych zabawek.

Dużo czasu spędzaliśmy nad pobliską rzeczką. Chodziliśmy tam sami, bo była wąska i płyciutka. Przejrzysta jak szkło woda płynęła leniwie mieniąc się w słońcu. Dno zalegał żółciutki czysty piasek. Taplaliśmy się godzinami, a w najpłytszym miejscu budowaliśmy baseniki dla maleńkich srebrnych rybek, których mnóstwo pływało w wodzie. Robiło się okrągły wał z piasku wystający nad wodę zostawiając małą przerwę, którą rybki wpływały do środka. Wtedy zamykało się wejście, i rybki zostawały uwięzione w baseniku. Nie rozumieliśmy tylko, dlaczego wkrótce po zamknięciu zaczynały pływać do góry brzuszkami. A one po prostu umierały dusząc się w nagrzanej płyciźnie. Po wymoczeniu się w wodzie, aż skóra dłoni i stóp przypominała stare, pomarszczone jabłko zalegaliśmy przy brzegu na białym, ciepłym piasku obserwując płynące po niebie obłoki i wyobrażając sobie co one sobą przedstawiają. Ptaki, zwierzęta, potwory z bajek. A temu wszystkiemu towarzyszył nieustanny szum topoli rosnących nad rzeką. To były cudne, niezapomniane chwile.

Na same żniwa, lub kolejne sianokosy, przyjeżdżali rodzice moi i kuzyna żeby pomóc wujostwu i dziadkom. Gdy nadszedł czas zwózki siana, lub snopów z wyschniętym zbożem, to nas, dzieciaków nie mogła ominąć frajda przejechania się na szczycie drabiniastego wozu załadowanego zbiorami.

Plony zwiezione do stodoły. Po jednej stronie niemal pod dach złożone zboże czekające na młócenie, a po drugiej równie wysoko świeżutkie, pachnące siano, na które czekałyśmy my, dzieciaki żeby móc na nim spać. Cóż to była za radocha. Najpierw po odgarnięciu przygotowanych przez ciocię posłań, do późne nocy harce, hulanki, swawole. Zmęczeni rozrabianiem i odurzeni cudownym zapachem usypialiśmy zakopani po szyję w sianie nie dbając o koce i poduszki. Zaraz po przebudzeniu znów szaleństwo z sianem w roli głównej, dopóki ciocia nie zawołała nas na śniadanie.

Tych nocek na sianie nie było dużo, bo wraz z ukończeniem największego nawału letnich prac polowych wracaliśmy z rodzicami do miasta. Do małego domku z małym podwórkiem. Do miejsca, gdzie nie było słychać szumu drzew i śpiewu ptaków. Za to non stop z zakładu, który był po sąsiedzku dochodził huk traków, które 24 godziny na dobę rozdrabniały ogromne bloki kamienne na grys i na mączkę skalną. Biały pył wdzierał się do domu pokrywając wszystko. Wciskał się do oczu, nosa i gardła podrażniając błony śluzowe. Wszystko w okolicy było nim pokryte. Nieliczne drzewa, domy i trawa.

Cdn.

 

 

Zapachy, kolory i smaki mojego dzieciństwa – część 1

 Maki, chabry i kąkole.

Każdy z nas ma w życiu takie chwile, że wystarczy ulotny zapach, kolor, czy dźwięk i otwiera się skrzynia ze wspomnieniami, a na jej dnie te najdawniejsze – z wczesnego dzieciństwa. Wracają zapomniane chwile i obrazy. Chciałoby się cofnąć czas, znów mieć kilka lat, i znaleźć się w miejscu, które kojarzy nam się z oazą szczęśliwości i beztroski.

U mnie na osiedlu znów koszenie traw. O ile w maju uczuciem dominującym była irytacja spowodowana rykiem kosiarek, to tym razem jakoś lepiej znoszę ten hałas – prawie go nie słyszę. Za to upajam się aromatem świeżo skoszonej trawy i siana. Może dlatego, że jest lipiec, środek lata. A to, jak co roku o tej porze budzi we mnie wspomnienia o szczęśliwym, beztroskim dzieciństwie i wakacjach spędzanych u cioci i dziadków na wsi.

Pamiętam, kiedy pierwszy raz tata zawiózł mnie i moje rodzeństwo w swoje rodzinne strony. Miałam cztery lata z małym haczykiem, i to, co wtedy zobaczyłam było tak inne od znanego mi do tej pory obrazu mojego rodzinnego domu wraz z otoczeniem, że chłonęłam nowy dla mnie świat całą sobą. Jako małe dziecko którym byłam, nie rozpatrywałam niczego w kategoriach stare – nowe, prymitywne – nowoczesne, tylko zachłystywałam się bajkowością otoczenia w którym  pierwszy raz się znalazłam. Bajkowy był las, w który weszliśmy zaraz po wyjściu z pociągu, bo nigdy nie widziałam tak dużo wielkich drzew na raz w jednym miejscu, które w dodatku zamiast liści miały igły. Wydawało mi się, że szliśmy i szliśmy bez końca, a tu nic, tylko drzewa. Gdy wyszliśmy wreszcie z lasu, zaczęło się coś, jak podwórko przy moim domu w mieście, ale ogromne, bez końca. No i bez płotu, za to porośnięte takimi żółtymi trawami wielkimi jak ja. Zaraz weszliśmy zresztą na wąską ścieżkę między te trawy. Szliśmy po zielonym, mięciutkim dywanie upstrzonym gdzieniegdzie różowymi łebkami kwiatów koniczyny. Nad nami było błękitne niebo, a po obu stronach złote ściany, spoza których nic nie było widać. Kiedy poruszał je wiatr, pośród nich raz, po raz  mrugały do nas czerwone, niebieskie i ciemno-różowe kwiatuszki.  Na ten widok, obie z moją o rok starszą siostrą puściłyśmy się pędem żeby je zerwać gniotąc przy okazji jak najwięcej żółtej trawy. Oberwało nam się od taty. Wytłumaczył nam, że to nie jest żadna trawa, tylko zboże, i nie wolno go deptać, bo z niego będzie mąka na chleb. Przy okazji dowiedziałyśmy się, jak nazywają się kwiatki, które tam rosły. To były maki, chabry i kąkole. Nie rozumiałam tylko dlaczego tata mówił na nie chwasty. Tata powiedział nam również, że to ogroooomne podwórko bez płotów nazywa się pole.

Bolały mnie już nóżki, gdy doszliśmy do wsi. Wieś też wyglądała inaczej, niż moja ulica w mieście. Wzdłuż białej drogi wysypanej drobnym żwirkiem stały tylko po jednej stronie domy podobne do siebie, ale inne niż w mieście. Te, prawie wszystkie były białe z niebieskim odcieniem jak pościel u mnie w domu. Tylko nie takie czyste. No i dachy. Grube, z cieniutkich patyczków. Potem, gdy byłam trochę starsza, dowiedziałam się, że te domy są pomalowane wapnem z dodatkiem farbki, a dachy, to słomiana strzecha. W momencie jednak, gdy pierwszy raz zobaczyłam obraz tej wsi, nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Było bajkowo i już.

W końcu dotarliśmy do domu cioci. Podwórko niby podobne do mojego, z płotem, a  jednak było inaczej. Bo na tym podwórku stały trzy domy. Jeden normalny, z drzwiami i oknami, drugi, naprzeciwko nie miał okien, tylko wielkie, wielkie drzwi (stodoła), a trzeci z boku, miał malutkie okienka, i drzwi takie trochę większe niż do domu (obora). Przed tym trzecim domem, było dziwne „błoto” o dziwnym zapachu, który wtedy nie kojarzył mi się ze smrodem gnojownika. Po prostu pachniało inaczej i już. Gdy odpoczęliśmy trochę, ciocia oprowadziła nas, dzieci po gospodarstwie, i dowiedziałam się, że w oborze mieszkają zwierzęta. Konia  widziałam już w mieście, ale krowy i owce zobaczyłam pierwszy raz w życiu.

Nie pamiętam, ile czasu spędziliśmy wtedy na wsi. Pamiętam za to, że tak mi się tam podobało, że nie chciałam wracać do domu. Gdy już jednak wysiedliśmy z pociągu w mieście i zobaczyłam mamę, to rzuciłam się do niej, i nie chciałam jej puścić. Do dziś pamiętam, że była ubrana w czerwony sweterek w czarne grochy. Wydawała mi się ładniejsza, i na pewno była chudsza niż przed naszym wyjazdem. Że ładniejsza? Jednak nie widziałam jej jakiś czas i tęskniłam za nią. A dlaczego chudsza? To się okazało jak przyszliśmy do domu. Na środku pokoju stał wózek dziecinny, a w nim nasz nowo narodzony braciszek.

Cdn.

 

Tusz kreślarski jako eyeliner?

Zainspirował mnie wpis Caffe (Make up Caffe – 04.07) traktujący o makijażu i malowaniu się. Myślę, że nie będzie mi miała za złe, jeśli wniosę do tego tematu mój wątek. A właściwie wspomnienie, jak to było w czasach mojej młodości.

Była druga połowa lat sześćdziesiątych ub. wieku. Miałam -naście lat i poszłam do szkoły średniej (budowlanka). Do tej pory w kwestii malowania się zielona jak szczypiorek na wiosnę, zobaczyłam że niektóre moje koleżanki podkreślają swoją urodę dyskretną kreseczką i cieniem na powiece. Postanowiłam spróbować i ja. Nie przyszło mi do głowy, żeby je zapytać czym one się malują (mama się nie malowała, więc nie miałam pojęcia o kosmetykach), użyłam więc do zrobienia kresek na powiekach tuszu kreślarskiego. Efekt oczywiście był odwrotny od zamierzonego. Powieki zaczęły mnie piec, oczy szczypać bo tusz dostał się do worka spojówkowego, musiałam więc szybciutko umyć twarz i na jakiś czas minęła mi chęć na malowanie się.

Ponownie zaczęłam eksperymentować z makijażem jak zaczęłam chodzić z chłopakiem. Wiadomo – chciałam się podobać. To chyba naturalne. Nie pamiętam, skąd czerpałam wiedzę jak to robić, ale pewnie z gazetek dla dziewcząt. Arsenał środków nie był bogaty, ale wystarczyło. Trochę pudru, cień na powieki, tusz do rzęs, no i obowiązkowo bardzo modne w tamtym czasie kreski. Z czasem doszedł pod puder fluid.

Lubiłam się malować przez całe moje czynne życie zawodowe, choć oczywiście trendy się zmieniały. Kreski z czasem odeszły w zapomnienie, by powrócić do łask w ostatnich latach. Niestety, już ich nie zastosuję bo one dodają urody, gdy są idealnie równe na gładkiej skórze powiek, a z wiekiem wiadomo….. Jaskrawe cienie do powiek (niebieskie i zielone – w dodatku perłowe) ustąpiły miejsca całej gamie stonowanych odcieni dopasowanych do koloru oczu i karnacji skóry. Z korzyścią zresztą. Dzisiejsze makijaże pomimo wielowarstwowości są bardziej naturalne. Zresztą, co tu dużo gadać. Czy to dziś, czy kiedyś, w makijażu ważny jest umiar, żeby nie zamienić twarzy w maskę.

Wracając do mojego makijażu. Zawsze malowałam się sama. Raz tylko zdecydowałam o profesjonalnym „malunku” u kosmetyczki z okazji ślubu córki. Wiadomo –  jako matka panny młodej chciałam się prezentować jak najkorzystniej. Umówiona na godzinę, w dniu ślubu mojego dziecka pognałam do gabinetu w nadziei, że będę pięknie wyglądać, coby dziecko było ze mnie dumne. Pani (umówmy się wizażystka) znęcała się nade mną dwie godziny. Już nie pamiętam ile warstw podkładów, fluidów, pudrów i innych kolorowych kosmetyków nałożyła mi na buzię. Pamiętam tylko, że bałam się odezwać (i w ogóle zrobić użytku z mięśni twarzy) z obawy, że jak mi to wszystko nie odpadnie jak tynk od ściany, to na pewno spłynie. I prawie spłynęło. Gdy wracałam do domu, był silny wiatr. Moje oczy zawsze łzawiące na wietrze, tym razem dodatkowo podrażnione kosmetykami zaczęły produkować strumienie łez. W domu spojrzałam w lustro i oniemiałam. W moim kunsztownym, kosztownym makijażu łzy wyżłobiły na policzkach głębokie koleiny aż do czystej skóry. A do ślubu została godzina. Naprawiałam te szkody we własnym zakresie. Ostatecznie ponoć wyglądałam ładnie, ale ja byłam rozczarowana nieprofesjonalizmem profesjonalnej ponoć makijażystki.

Dziś maluję się rzadko, bo tylko na spotkania rodzinne, czy towarzyskie. Bardzo dyskretnie zresztą, bo tylko odrobinę pudru, troszkę cienia na powieki i tusz do rzęs. No i błyszczyk na usta zamiast szminki. Przychodzi taki czas, że nadmiar kosmetyków na buzi wcale nie odmładza i nie dodaje urody, a wręcz przeciwnie. Widuję znajome panie, których buzia, pod wpływem zbierającego się w zagłębieniach zmarszczek pudru wygląda znacznie starzej, niż gdyby były nie umalowane. Choć z drugiej strony jestem pełna uznania dla nich, że im się chce. Choćby tylko na zakupy, czy na spacer z psem.

————————————————————————————————————————————-

Poniżej. Zdjęcia modelek z żurnalu mody z 1966 r. Prawda, że ładne? Mimo że w porównaniu z dzisiejszymi czasami wizażyści dysponowali nieporównywalnie skromniejszymi środkami niż dzisiaj.


 

 

I na koniec moje zdjęcie ślubne. Makijaż wykonany osobiście z nieodzowną w tamtych czasach kreską na powiekach.

Powtórka z rozrywki, czyli znów urodziny

Tym razem mojej Najmłodszej Wnuczki. Gwiazdeczka w tych dniach skończyła siedem latek i znów babcia musiała stanąć na wysokości zadania, bo mała zastrzegła sobie, że tort musi być ładniejszy od tego zrobionego dla Najstarszej. Nie wiem, czy jest ładniejszy. Jest inny, i najważniejsze że został przez jubilatkę zaakceptowany

Moja zabawa z dekoracją tortów w stylu angielskim zaczęła się rok temu w związku z szóstymi urodzinami naszej rodzinnej Misski. Wtedy mała poprosiła, żeby na torcie były koniki i króliki. Nie chciałam, żeby były to plastikowe figurki (czy inne zabawki), zaczęłam więc szukać w necie, z czego jadalnego można by było zrobić te zwierzątka. I tak natrafiłam na setki stron pokazujących cuda, jakie można zrobić z plastycznej masy cukrowej. Postanowiłam spróbować i ja. W końcu nie święci garnki lepią. Nieprawdaż? Początki nie były łatwe. Pierwsza masa mi nie wyszła, i wylądowała w koszu. Druga była całkiem, całkiem, ale nie poradziłam sobie z uformowaniem przestrzennych zwierzątek. Zrobiłam więc płaskie, ale dziecko i tak było wniebowzięte. Efekt poniżej.

Pa, pa pa…… i tak to się zaczęło……. Spodobała mi zabawa z tą formą dekorowania tortów, a ponieważ jednocześnie zyskała uznanie moich najbliższych i znajomych, postanowiłam zgłębić tajniki tej metody i uczę się. Wydaje mi się, że czynię postępy. To ciągle amatorszczyzna, i daleko mi do mistrzów, ale w przyszłości? Kto wie. Jak już się porządnie naumiem, to może zamienię dorabianie szyciem (które już mi kompletnie zbrzydło) na robienie okolicznościowych tortów. Najbliższy pokaz, czy czynię postępy będzie w sierpniu, bo wtedy będą urodziny Średniej Wnuczki.

W dniu moich urodzin

Kwiaty od moich najbliższych

Wczoraj były moje n-te urodziny. Ponieważ wiedziałam, że moi milusińscy wybierają się do mnie, więc zaprosiłam ich na obiadek co by ich mieć w kupie o tej samej porze. Już w piątek wieczorem, sądząc naiwnie, że w niedzielę będzie chłodniej, wyciągnęłam z zamrażalnika i przełożyłam do chłodziarki kaczkę żeby się spokojnie rozmroziła. Chciałam ją upiec nadziewaną jabłkami na niedzielny obiad.

No więc wczoraj wstałam odpowiednio wcześnie, żeby nie zaniedbując spacerów z psinką wyrobić się z przygotowaniem obiadu na zapowiedzianą godzinę. Bo kaczka to nie wszystko. Jeszcze pierwsze danie, dodatki do kaczki, no i placek z truskawkami. Zdecydowałam, że tortu nie będzie, bo i tak na dniach będę robić tort na siódme urodziny Najmłodszej Wnuczki. Mała już sobie zastrzegła, że musi być piękniejszy niż ten Najstarszej („Jak ten czas leci” – 30.04), więc przede mną nie lada wyzwanie. Już obmyślam dekorację.

Ale wracając do tematu. Żeby się wyrobić na czas, uwijałam się jak w ukropie. Dosłownie, i w przenośni. No bo tak. Na dworze temperatura (termometr na północy – czyli w cieniu) dość szybko poszybowała w górę do 32 st. C, a u mnie, w mojej mikroskopijnej kuchni, to było chyba z pięćdziesiąt. Kilka godzin pracy wszystkich palników kuchenki plus piekarnik zrobiły swoje. Istny przedsionek piekła i raju w jednym. Piekła, bo gorąco jak diabli. Razem z moimi potrawami równolegle ja przypiekałam się (dwukrotny bezpośredni kontakt z nagrzanym piekarnikiem), odparowywałam ( pot lał mi się nie powiem gdzie) i dusiłam w sosie własnym. Raj, bo zapachy i aromaty przygotowywanych potraw. Wytrzymywałam w tej kuchni tylko z myślą o zadowoleniu moich bliskich. I warto było. Wyrobiłam się na czas. Jedzonko wszystkim smakowało. Placek (tym razem bez zakalca 🙂 ) poszedł w całości. Do tego drinki z mojej naleweczki wiśniowej (rocznik 2013), no i lody dla ochłody. Było cudownie. Na luzie. Bez pośpiechu. Kilka godzin pogaduch o wszystkim i o niczym. Lubię te nasze spotkania, bo choć widujemy się bardzo często, ale zawsze w biegu, przelotnie, no i na co dzień nigdy w pełnym gronie. Zmęczenie upalnym dniem i przygotowaniami, na czas pobytu miłych gości ulotniły się jak para.

Za to, jak już wszyscy się rozeszli, padłam jak kawka postrzelona śrutem i przespałam dopóki moja psinka nie upomniała się o kolejny spacer.

Krótkie migawki z mojego okna w kuchni

Są osoby które uwielbiają godzinami przesiadywać przy oknie i obserwować życie toczące się na zewnątrz. Zwłaszcza jak się mieszka na parterze, to pole widzenia jest duże. Jest potem o czym pogadać ze znajomą spotkaną na osiedlu. O Kowalskiej, co to za stara na mini (i ten czerwony podgolony łeb – pani(!) kto to widział w tym wieku!!!). Czy o tej Małej Czarnej z parteru. Żeby pani widziała jakim samochodem dziś ją gość podrzucił! I to nie pierwszy raz. Ciekawe kto to był? A ludzie mówią, że ona tych gości to zmienia jak rękawiczki i że nie za darmo……….

Ja mieszkam na czwartym piętrze, ale też mam okazję zaobserwować co nieco z życia na zewnątrz . Kuchnia wąziutka. Okno w krótkiej ścianie, a pod oknem blat roboczy na którym przygotowuje się posiłki. Chcąc nie chcąc więc krojąc, siekając, mieszając, itp. zerkam przez okno.

Dziś robiłam kruche ciasto na szarlotkę i gdy minęło ryzyko utraty palców na pierwszym etapie (posiekanie nożem masła z mąką), już na kolejnym, czyli przy zagniataniu mogłam sobie zerkać za okno. Południe. Zupa na gazie, okno lekko uchylone bo gorąco, więc słychać co nieco.

Mały brzdąc pod blokiem wrzeszczy wniebogłosy. Pomyślałam, że upadł i zrobiło mi się go żal. Za chwilę słyszę męski głos pytający co się stało. Okazało się, że chciał tylko na ręce do mamy. Krzyk cichnie, więc chyba dopiął swego.

Cisza nie trwa długo. Tym razem sąsiad z następnej klatki tubalnym głosem opowiada koledze o ich wspólnym znajomym i co o nim myśli. Mężczyźni to nieźli plotkarze. Przynajmniej niektórzy.

Naprzeciwko, po drugiej strony ulicy podchodzi do śmietnika bezdomny. Wspina się do okienka wsypowego i nurkuje do pojemnika ze śmieciami. Z mojego okna widać tylko śmiesznie dyndające nogi. Po chwili wynurza się z torbą pełną śmieci. Przekopał jej zawartość i znalazł spory kawałek kiełbasy który od razu zaczął wcinać. Trochę zgłupiałam na ten widok. Pojadł i poszedł.

Skrajem parkingu idą ostrożnie dwa kotki. Idą od samochodu do samochodu zaglądając pod każdy. Ciekawe czego szukają? Nagle rozległ się jazgot i szczekanie psa. Kotki błyskawicznie zanurkowały pod najbliższy pojazd żeby przeczekać zagrożenie.

Skończyłam zagniatać ciasto na szarlotkę i do lodówki go, żeby się schłodziło. Odchodzę od blatu i tym samym od okna. Czas na inne zajęcia. Wrócę w porze szykowania kolacji, ale to już na króciutko.

Szarlotka udała się doskonale, choć pod koniec zaliczyłam małą wtopę. Po wyjęciu z piekarnika jeszcze gorącą postanowiłam posypać cukrem pudrem. No i posypałam……….. mąką ziemniaczaną. Pomyliły mi się pudełka. Kapnęłam się w ostatniej chwili gdy polizałam „upudrzony” palec. Zaczęłam główkować jak tę mąkę zamienić na cukier. Zdmuchnąć się nie dało bo brzegi blaszki za wysokie. Zmieść tym bardziej. Wpadłam na pomysł, że zrobię to odkurzaczem. Oczywiście koniec rury umyłam i zabezpieczyłam folią. Pierwsze podejście fatalne. Rura wessała nie tylko mąkę, ale i kawałek ciasta. Dopiero jak zmniejszyłam siłę ssania i ustawiłam rurę prawie poziomo to udało się tę mąkę zebrać. Po posypaniu grubo cukrem pudrem nawet nie było czuć że zostało jej tam jeszcze odrobinkę.

Ostatni etap przygody z szarlotką, to pół godziny spędzone w łazience na myciu odkurzacza i jego części zafajdanych mąką ziemniaczaną.

Dziś Dzień Matki

 

Nie wiem jak wyrazić słowami to, co dziś czuję. Moja Mama odeszła do Krainy Wiecznej Szczęśliwości 12 lat temu. To sporo czasu, a czasami wydaje mi się jakby to było wczoraj. Często o Niej myślę, ale w dniu dzisiejszym szczególnie dużo. I od rana chodzi za mną „Pieśń o matce” w pięknym wykonaniu Mieczysława Fogga.

O Matce pieśń, to pieśń przez łzy, to pieśń bez słów
To cały świat, dziecinnych lat, wskrzeszonych znów
To Matko sny, że jesteś znów tak blisko
Jak wówczas gdy klęczałaś nad kołyską
Za serce twe i świętość warg i dobroć rąk
Jak śpiewać pieśń u twoich nóg bym cicho kląkł
I wybrałbym najświętsze z wszystkich słów i rzekłbym: Matko
I zmilkłbym znów o tobie pieśń, to pieśń bez słów

Przychodzą w życiu dni powodzi,
Gdy wszystko zdradza nas i zawodzi
Gdy pociąg szczęścia w dal odchodzi
Gdy wraca zło do wiary twierdz
Gdy grunt usuwa się jak kładka
Jest wtedy ktoś kto trwa do ostatka
Ktoś, kto nie umie zdradzić- Matka
I serce jej, najczystsze z serc

O Matce pieśń, to pieśń przez łzy, to pieśń bez słów
To cały świat, dziecinnych lat, wskrzeszonych znów
To Matko sny, że jesteś znów tak blisko
Jak wówczas gdy klęczałaś nad kołyską
Za serce twe i świętość warg i dobroć rąk
Jak śpiewać pieśń u twoich nóg bym cicho kląkł
I wybrałbym najświętsze z wszystkich słów i rzekłbym: Matko
I zmilkłbym znów o tobie pieśń, to pieśń bez słów.

Pozwoliłam sobie zamieścić tekst „Pieśni o matce”, a gdyby ktoś chciał posłuchać jak pięknie, z uczuciem wykonuje ją M. Fogg to zapraszam poniżej

 

 

 

Nic na siłę

Takie piękne chmury i ani kropli deszczu.

Zastanawiałam się ostatnio nad sensem codziennego pisania notek (według blogerzy radzą – ukłon w stronę Caffe). Argument o nabraniu nawyku otwierania komputera nie przemawia do mnie, bo go (niestety) mam. Zajrzeć do kompa, nie oznacza jednocześnie chęci napisania czegokolwiek. Widzę jednak sens w codziennym pisaniu. Przynajmniej w moim przypadku. Niekoniecznie żeby zaraz do publikacji. Ot, wprawki w tworzeniu fabuły i zdań. Pozwoliło by mi to być może na sprawniejsze opanowanie umiejętności przetwarzania haosu myślowego na słowo pisane, i tym samym skróciło czas tworzenia.

Wiśta wio, łatwo powiedzieć. Gorzej z realizacją. Systematyka w działaniu nigdy nie była moją mocną stroną. Najlepiej wychodzą mi zrywy (i to te w ostatniej chwili). Akurat w przypadku pisania bloga jest to wada, bo tu się liczy systematyczność publikacji wpisów jeśli chce się mieć choćby najmniejsze grono stałych „zaglądaczy”. Przekonałam się o tym w ubiegłym tygodniu, kiedy to ze względu na stan zdrowia nie miałam nawet siły, ani ochoty podnieść klapę od laptopa. Żeby nie mieć zbyt dużej przerwy między postami, skorzystałam z chwilowej poprawy samopoczucia i wrzuciłam tekst napisany kiedyś tam………

A propos mojego zdrowia. Kiedy w okresie „wysypu” grypy wszyscy wokół mnie chorowali, i ja przechwalałam się jaka to jestem odporna i nic się mnie nie ima, to teraz jakieś wredne bydlę (wirus) upomniało się o mnie. Przyatakował w ub. niedzielę. Ból mięśni, kości, temperatura, nudności, zawroty głowy. Zaaplikowałam odpowiednie prochy, ale je olał.

Noc ciężka, więc zdecydowałam w poniedziałek rano, że pójdę do lekarza. Zadzwoniłam do przychodni coby się zarejestrować, a tu nie nie ma lekko. Pani z rejestracji mówi mi, że nic z tego. Proponuje następnego dnia. Przekimałam cały dzień, a nazajutrz już nie poszłam, bo mi się troszkę polepszyło. Tak mi się przynajmniej wydawało z rana. Znów przespałam cały dzień, a w środę doszłam do wniosku, że teraz, to ja mam już z górki (brak gorączki) i nie będę się wygłupiać z lekarzami. Zostało osłabienie i kaszel, ale na ten drugi, aplikuję sobie naleweczkę z bazi sosnowych. Od środy tak mniej więcej co godzinę, lub dwie, łyczek z gwinta. Zostało jeszcze pół butelki, więc jak pokaże się dno, to powinnam być zdrowa jak ryba. Do następnego razu. Bo złapałam się na tym, że ja tak mam co kilka miesięcy, tylko jak mi już przejdzie, już o tym nie pamiętam. To chyba nawet dobrze?