Powtórka z rozrywki, czyli znów urodziny

Tym razem mojej Najmłodszej Wnuczki. Gwiazdeczka w tych dniach skończyła siedem latek i znów babcia musiała stanąć na wysokości zadania, bo mała zastrzegła sobie, że tort musi być ładniejszy od tego zrobionego dla Najstarszej. Nie wiem, czy jest ładniejszy. Jest inny, i najważniejsze że został przez jubilatkę zaakceptowany

Moja zabawa z dekoracją tortów w stylu angielskim zaczęła się rok temu w związku z szóstymi urodzinami naszej rodzinnej Misski. Wtedy mała poprosiła, żeby na torcie były koniki i króliki. Nie chciałam, żeby były to plastikowe figurki (czy inne zabawki), zaczęłam więc szukać w necie, z czego jadalnego można by było zrobić te zwierzątka. I tak natrafiłam na setki stron pokazujących cuda, jakie można zrobić z plastycznej masy cukrowej. Postanowiłam spróbować i ja. W końcu nie święci garnki lepią. Nieprawdaż? Początki nie były łatwe. Pierwsza masa mi nie wyszła, i wylądowała w koszu. Druga była całkiem, całkiem, ale nie poradziłam sobie z uformowaniem przestrzennych zwierzątek. Zrobiłam więc płaskie, ale dziecko i tak było wniebowzięte. Efekt poniżej.

Pa, pa pa…… i tak to się zaczęło……. Spodobała mi zabawa z tą formą dekorowania tortów, a ponieważ jednocześnie zyskała uznanie moich najbliższych i znajomych, postanowiłam zgłębić tajniki tej metody i uczę się. Wydaje mi się, że czynię postępy. To ciągle amatorszczyzna, i daleko mi do mistrzów, ale w przyszłości? Kto wie. Jak już się porządnie naumiem, to może zamienię dorabianie szyciem (które już mi kompletnie zbrzydło) na robienie okolicznościowych tortów. Najbliższy pokaz, czy czynię postępy będzie w sierpniu, bo wtedy będą urodziny Średniej Wnuczki.

Reklamy

W dniu moich urodzin

Kwiaty od moich najbliższych

Wczoraj były moje n-te urodziny. Ponieważ wiedziałam, że moi milusińscy wybierają się do mnie, więc zaprosiłam ich na obiadek co by ich mieć w kupie o tej samej porze. Już w piątek wieczorem, sądząc naiwnie, że w niedzielę będzie chłodniej, wyciągnęłam z zamrażalnika i przełożyłam do chłodziarki kaczkę żeby się spokojnie rozmroziła. Chciałam ją upiec nadziewaną jabłkami na niedzielny obiad.

No więc wczoraj wstałam odpowiednio wcześnie, żeby nie zaniedbując spacerów z psinką wyrobić się z przygotowaniem obiadu na zapowiedzianą godzinę. Bo kaczka to nie wszystko. Jeszcze pierwsze danie, dodatki do kaczki, no i placek z truskawkami. Zdecydowałam, że tortu nie będzie, bo i tak na dniach będę robić tort na siódme urodziny Najmłodszej Wnuczki. Mała już sobie zastrzegła, że musi być piękniejszy niż ten Najstarszej („Jak ten czas leci” – 30.04), więc przede mną nie lada wyzwanie. Już obmyślam dekorację.

Ale wracając do tematu. Żeby się wyrobić na czas, uwijałam się jak w ukropie. Dosłownie, i w przenośni. No bo tak. Na dworze temperatura (termometr na północy – czyli w cieniu) dość szybko poszybowała w górę do 32 st. C, a u mnie, w mojej mikroskopijnej kuchni, to było chyba z pięćdziesiąt. Kilka godzin pracy wszystkich palników kuchenki plus piekarnik zrobiły swoje. Istny przedsionek piekła i raju w jednym. Piekła, bo gorąco jak diabli. Razem z moimi potrawami równolegle ja przypiekałam się (dwukrotny bezpośredni kontakt z nagrzanym piekarnikiem), odparowywałam ( pot lał mi się nie powiem gdzie) i dusiłam w sosie własnym. Raj, bo zapachy i aromaty przygotowywanych potraw. Wytrzymywałam w tej kuchni tylko z myślą o zadowoleniu moich bliskich. I warto było. Wyrobiłam się na czas. Jedzonko wszystkim smakowało. Placek (tym razem bez zakalca 🙂 ) poszedł w całości. Do tego drinki z mojej naleweczki wiśniowej (rocznik 2013), no i lody dla ochłody. Było cudownie. Na luzie. Bez pośpiechu. Kilka godzin pogaduch o wszystkim i o niczym. Lubię te nasze spotkania, bo choć widujemy się bardzo często, ale zawsze w biegu, przelotnie, no i na co dzień nigdy w pełnym gronie. Zmęczenie upalnym dniem i przygotowaniami, na czas pobytu miłych gości ulotniły się jak para.

Za to, jak już wszyscy się rozeszli, padłam jak kawka postrzelona śrutem i przespałam dopóki moja psinka nie upomniała się o kolejny spacer.

Krótkie migawki z mojego okna w kuchni

Są osoby które uwielbiają godzinami przesiadywać przy oknie i obserwować życie toczące się na zewnątrz. Zwłaszcza jak się mieszka na parterze, to pole widzenia jest duże. Jest potem o czym pogadać ze znajomą spotkaną na osiedlu. O Kowalskiej, co to za stara na mini (i ten czerwony podgolony łeb – pani(!) kto to widział w tym wieku!!!). Czy o tej Małej Czarnej z parteru. Żeby pani widziała jakim samochodem dziś ją gość podrzucił! I to nie pierwszy raz. Ciekawe kto to był? A ludzie mówią, że ona tych gości to zmienia jak rękawiczki i że nie za darmo……….

Ja mieszkam na czwartym piętrze, ale też mam okazję zaobserwować co nieco z życia na zewnątrz . Kuchnia wąziutka. Okno w krótkiej ścianie, a pod oknem blat roboczy na którym przygotowuje się posiłki. Chcąc nie chcąc więc krojąc, siekając, mieszając, itp. zerkam przez okno.

Dziś robiłam kruche ciasto na szarlotkę i gdy minęło ryzyko utraty palców na pierwszym etapie (posiekanie nożem masła z mąką), już na kolejnym, czyli przy zagniataniu mogłam sobie zerkać za okno. Południe. Zupa na gazie, okno lekko uchylone bo gorąco, więc słychać co nieco.

Mały brzdąc pod blokiem wrzeszczy wniebogłosy. Pomyślałam, że upadł i zrobiło mi się go żal. Za chwilę słyszę męski głos pytający co się stało. Okazało się, że chciał tylko na ręce do mamy. Krzyk cichnie, więc chyba dopiął swego.

Cisza nie trwa długo. Tym razem sąsiad z następnej klatki tubalnym głosem opowiada koledze o ich wspólnym znajomym i co o nim myśli. Mężczyźni to nieźli plotkarze. Przynajmniej niektórzy.

Naprzeciwko, po drugiej strony ulicy podchodzi do śmietnika bezdomny. Wspina się do okienka wsypowego i nurkuje do pojemnika ze śmieciami. Z mojego okna widać tylko śmiesznie dyndające nogi. Po chwili wynurza się z torbą pełną śmieci. Przekopał jej zawartość i znalazł spory kawałek kiełbasy który od razu zaczął wcinać. Trochę zgłupiałam na ten widok. Pojadł i poszedł.

Skrajem parkingu idą ostrożnie dwa kotki. Idą od samochodu do samochodu zaglądając pod każdy. Ciekawe czego szukają? Nagle rozległ się jazgot i szczekanie psa. Kotki błyskawicznie zanurkowały pod najbliższy pojazd żeby przeczekać zagrożenie.

Skończyłam zagniatać ciasto na szarlotkę i do lodówki go, żeby się schłodziło. Odchodzę od blatu i tym samym od okna. Czas na inne zajęcia. Wrócę w porze szykowania kolacji, ale to już na króciutko.

Szarlotka udała się doskonale, choć pod koniec zaliczyłam małą wtopę. Po wyjęciu z piekarnika jeszcze gorącą postanowiłam posypać cukrem pudrem. No i posypałam……….. mąką ziemniaczaną. Pomyliły mi się pudełka. Kapnęłam się w ostatniej chwili gdy polizałam „upudrzony” palec. Zaczęłam główkować jak tę mąkę zamienić na cukier. Zdmuchnąć się nie dało bo brzegi blaszki za wysokie. Zmieść tym bardziej. Wpadłam na pomysł, że zrobię to odkurzaczem. Oczywiście koniec rury umyłam i zabezpieczyłam folią. Pierwsze podejście fatalne. Rura wessała nie tylko mąkę, ale i kawałek ciasta. Dopiero jak zmniejszyłam siłę ssania i ustawiłam rurę prawie poziomo to udało się tę mąkę zebrać. Po posypaniu grubo cukrem pudrem nawet nie było czuć że zostało jej tam jeszcze odrobinkę.

Ostatni etap przygody z szarlotką, to pół godziny spędzone w łazience na myciu odkurzacza i jego części zafajdanych mąką ziemniaczaną.

Dziś Dzień Matki

 

Nie wiem jak wyrazić słowami to, co dziś czuję. Moja Mama odeszła do Krainy Wiecznej Szczęśliwości 12 lat temu. To sporo czasu, a czasami wydaje mi się jakby to było wczoraj. Często o Niej myślę, ale w dniu dzisiejszym szczególnie dużo. I od rana chodzi za mną „Pieśń o matce” w pięknym wykonaniu Mieczysława Fogga.

O Matce pieśń, to pieśń przez łzy, to pieśń bez słów
To cały świat, dziecinnych lat, wskrzeszonych znów
To Matko sny, że jesteś znów tak blisko
Jak wówczas gdy klęczałaś nad kołyską
Za serce twe i świętość warg i dobroć rąk
Jak śpiewać pieśń u twoich nóg bym cicho kląkł
I wybrałbym najświętsze z wszystkich słów i rzekłbym: Matko
I zmilkłbym znów o tobie pieśń, to pieśń bez słów

Przychodzą w życiu dni powodzi,
Gdy wszystko zdradza nas i zawodzi
Gdy pociąg szczęścia w dal odchodzi
Gdy wraca zło do wiary twierdz
Gdy grunt usuwa się jak kładka
Jest wtedy ktoś kto trwa do ostatka
Ktoś, kto nie umie zdradzić- Matka
I serce jej, najczystsze z serc

O Matce pieśń, to pieśń przez łzy, to pieśń bez słów
To cały świat, dziecinnych lat, wskrzeszonych znów
To Matko sny, że jesteś znów tak blisko
Jak wówczas gdy klęczałaś nad kołyską
Za serce twe i świętość warg i dobroć rąk
Jak śpiewać pieśń u twoich nóg bym cicho kląkł
I wybrałbym najświętsze z wszystkich słów i rzekłbym: Matko
I zmilkłbym znów o tobie pieśń, to pieśń bez słów.

Pozwoliłam sobie zamieścić tekst „Pieśni o matce”, a gdyby ktoś chciał posłuchać jak pięknie, z uczuciem wykonuje ją M. Fogg to zapraszam poniżej

 

 

 

Nic na siłę

Takie piękne chmury i ani kropli deszczu.

Zastanawiałam się ostatnio nad sensem codziennego pisania notek (według blogerzy radzą – ukłon w stronę Caffe). Argument o nabraniu nawyku otwierania komputera nie przemawia do mnie, bo go (niestety) mam. Zajrzeć do kompa, nie oznacza jednocześnie chęci napisania czegokolwiek. Widzę jednak sens w codziennym pisaniu. Przynajmniej w moim przypadku. Niekoniecznie żeby zaraz do publikacji. Ot, wprawki w tworzeniu fabuły i zdań. Pozwoliło by mi to być może na sprawniejsze opanowanie umiejętności przetwarzania haosu myślowego na słowo pisane, i tym samym skróciło czas tworzenia.

Wiśta wio, łatwo powiedzieć. Gorzej z realizacją. Systematyka w działaniu nigdy nie była moją mocną stroną. Najlepiej wychodzą mi zrywy (i to te w ostatniej chwili). Akurat w przypadku pisania bloga jest to wada, bo tu się liczy systematyczność publikacji wpisów jeśli chce się mieć choćby najmniejsze grono stałych „zaglądaczy”. Przekonałam się o tym w ubiegłym tygodniu, kiedy to ze względu na stan zdrowia nie miałam nawet siły, ani ochoty podnieść klapę od laptopa. Żeby nie mieć zbyt dużej przerwy między postami, skorzystałam z chwilowej poprawy samopoczucia i wrzuciłam tekst napisany kiedyś tam………

A propos mojego zdrowia. Kiedy w okresie „wysypu” grypy wszyscy wokół mnie chorowali, i ja przechwalałam się jaka to jestem odporna i nic się mnie nie ima, to teraz jakieś wredne bydlę (wirus) upomniało się o mnie. Przyatakował w ub. niedzielę. Ból mięśni, kości, temperatura, nudności, zawroty głowy. Zaaplikowałam odpowiednie prochy, ale je olał.

Noc ciężka, więc zdecydowałam w poniedziałek rano, że pójdę do lekarza. Zadzwoniłam do przychodni coby się zarejestrować, a tu nie nie ma lekko. Pani z rejestracji mówi mi, że nic z tego. Proponuje następnego dnia. Przekimałam cały dzień, a nazajutrz już nie poszłam, bo mi się troszkę polepszyło. Tak mi się przynajmniej wydawało z rana. Znów przespałam cały dzień, a w środę doszłam do wniosku, że teraz, to ja mam już z górki (brak gorączki) i nie będę się wygłupiać z lekarzami. Zostało osłabienie i kaszel, ale na ten drugi, aplikuję sobie naleweczkę z bazi sosnowych. Od środy tak mniej więcej co godzinę, lub dwie, łyczek z gwinta. Zostało jeszcze pół butelki, więc jak pokaże się dno, to powinnam być zdrowa jak ryba. Do następnego razu. Bo złapałam się na tym, że ja tak mam co kilka miesięcy, tylko jak mi już przejdzie, już o tym nie pamiętam. To chyba nawet dobrze?

 

Bałaganiara

Bałaganiara to ja. Taka się urodziłam i nic na to nie poradzę. Wierzcie mi. To jest naprawdę cecha wrodzona. Tak mam od zawsze. Jak daleko sięga moja pamięć, czyli od wczesnego dzieciństwa. Mama pedantka. Siostra wręcz chorobliwa pedantka (wszystko w idealnym porządeczku). A ja się mamusi pod tym względem nie udałam. W dzieciństwie nieźle obrywałam od mamy (od siostry zresztą też) za to, że wolałam czytać książki zamiast układać rzeczy w szafach, szafkach i szafeczkach.

Gdy obie z siostrą wyszłyśmy z domu, to przynajmniej ją miałam z głowy bo zamieszkała daleko. Mama nadal usiłowała mnie „wychowywać” choć założyłam własną rodzinę i miałam własny dom. Miała mnie pod ręką bo mieszkałyśmy w jednym mieście. Bywało, że przychodziła niespodziewanie, a ja słysząc w drzwiach jej „dzień dobry” łapałam co było najbliżej (ścierkę czy szczotkę) i z tym rekwizytem biegłam się z nią przywitać. Żeby widziała że właśnie sprzątam. Mamcia po przywitaniu się ze mną zaczynała lustrację od kuchni. Jeśli w zlewie było choć jedno nie umyte naczynie (a zawsze było) – to się zaczynało. Reprymenda to delikatnie powiedziane. Leciały w moją stronę gromy co ona myśli o mnie jako gospodyni.

Oj długo się jej bałam. Prawie do trzydziestki. Aż nastąpił we mnie przełom. Stwierdziłam że dosyć tego. A było to tak. Mama pomagała mi wychowywać córkę do trzeciego roku życia. Bardzo byłam jej za to wdzięczna. Ja mogłam pracować, a jak wracałam do domu, czekał na mnie ugotowany obiad.

Jednego dnia, gdy wróciłam z pracy i zjadłam obiad, moja trzyletnia córeczka poprosiła mnie żebym jej poczytała. Wyniosłam naczynia do kuchni, wróciłam do pokoju, wzięłam małą na kolana i sięgnęłam po książeczkę. I się zaczęło….. Mama na mnie naskoczyła w niewybrednych słowach co o mnie myśli………. gary w zlewie a ja się z dzieckiem bawię. Nie wytrzymałam. Coś we mnie pękło. Teraz to ja zaczęłam jej wygarniać. Wykrzyczałam żeby przestała mnie wreszcie wychowywać. Jestem dorosła, mam rodzinę i jak mnie do tej pory nie wychowała to niech sobie daruje. Niech mi pozwoli żyć po mojemu. Gary ze zlewu nie uciekną a dziś dziecko jest ważniejsze. Dla mamy to był szok. Popłakała się i obrażona zaraz wyszła. Nie odzywała się dwa tygodnie. Potem przyszła jak gdyby nigdy nic. Weszła od razu do pokoju i poprosiła o herbatę. Nie wracałyśmy do draki sprzed…..

To był przełom. Już nigdy więcej nie zwróciła mi uwagi na mój sposób prowadzenia domu choć pewnie w duchu cierpiała na widok  moich porządków. Pedanci nie są tolerancyjni i potrafią być upierdliwi dla najbliższego otoczenia. A bałaganiarze? Wydaje mi się, że są znacznie bardziej wyrozumiali. Ja na pewno. Mając świadomość swoich wad (jedną z nich jest moje bałaganiarstwo) staram się rozumieć innych.

Ktoś powie – co za wygodnicka postawa. Nie chce jej się sprzątać to zwala, że wada wrodzona. To nie tak. Ja się staram, ale mi nie wychodzi. Bałaganiarz ma to do siebie, że zostawia różne rzeczy w różnych miejscach w sposób niekontrowany. Ot, odkładam bluzkę na krzesło (kubek do zlewu) i wychodzę do drugiego pomieszczenia z myślą że zaraz wrócę i sprzątnę. Tylko jak wracam, to ja już tej bluzki nie zauważam. Dopiero jak się nazbiera różnych rzeczy w różnych miejscach, to stwierdzam że czas na porządki. Składam, układam, odkładam na swoje miejsce i na krótko jest cacy. A potem znowu……. I co ja mam ze sobą zrobić? Próbowałam się zmienić na modłę i podobieństwo mamy i siostry. Nic z tego. Na krótką metę tak. Na dłuższą nie da rady. Wykończyłabym się psychicznie. Wiem to z autopsji……..

Żyję więc sobie we własnym rytmie (raz bajzel – raz porządek) i tak mi już zostanie do końca mych dni. Najważniejsze że pozbyłam się kompleksu na tym tle. Znajomi którzy mnie odwiedzają twierdzą, że chyba jednak mam kompleks bo nie jest tak źle. No cóż. Ja wciąż pamiętam lekcje mamy.

Szkoda że nigdy nie miała okazji wpaść do mnie jak akurat byłam na etapie chwilowej pedanterii. Może by mnie choć raz pochwaliła?

Jak ten czas leci!!!

                           Dzisiejsza jubilatka dwadzieścia pięć lat temu i jej tort.

W ubiegłym tygodniu moja Najstarsza Wnuczka obchodziła dwudziestą piątą rocznicę urodzin. Żeby uczcić tę jakże ważną w jej życiu datę, babcia, czyli ja zorganizowała w ostatnią niedzielę małe, rodzinne przyjątko. Był troszkę bardziej uroczysty obiadek, no i tort urodzinowy, który pochwalę się nieskromnie zrobiłam sama.

Jak ująć w słowa te dwadzieścia pięć lat, które minęły jak jedna chwilka? Gdy goście wyszli, sięgnęłam do albumu ze zdjęciami. Wróciły wspomnienia. Młodzi mieszkali u nas, więc to do nas zawitała wprost ze szpitala maciupeńka istotka okutana w kocyk z którego widać tylko główkę z ciemnymi włoskami. Na pierwsze oględziny maleńkiego ciałka zbiegła się cała rodzina. Czyż jest coś bardziej rozczulającego, jak zobaczyć po raz pierwszy od wielu lat łapki wielkości płatka róży, i niewiele większe stópki?

Kiedy kobieta pierwszy raz zostaje matką, jej życie zmienia się radykalnie. Od momentu, gdy dziecko pojawi się na świecie, oprócz wielkiej miłości, do końca będzie jej towarzyszyć wielkie poczucie odpowiedzialności związane z opieką i wychowaniem potomka. Uczucie radości, gdy dziecko dobrze, zdrowo się rozwija przeplatać się będzie ze strachem i smutkiem, gdy coś pójdzie nie tak. Choroba, czy problemy wychowawcze.

A jak to jest zostać po raz pierwszy babcią? Babcia można powiedzieć,  ma „z górki”. Ma już za sobą bagaż doświadczeń opiekuńczo – wychowawczych, i gdy dowiaduje się, że jej dorosłe dziecko będzie miało dziecko to nic, tylko się cieszyć. Bo całe odium odpowiedzialności za całokształt spada na rodziców, a rolą babci jest tylko kochać.  Tak było ze mną przynajmniej. Pokochałam moją pierwszą „Kruszynkę” od pierwszego wejrzenia. Cieszyłam się, że młodzi mieszkają u nas, bo miałam ją na co dzień. Mogłam każdego dnia obserwować jak rośnie, nabiera ciałka, tworzą się kolejne wałeczki na rączkach i nóżkach. Pierwsze, uważne, świadome spojrzenie. Pierwsze dźwięki (gruchanie) wydobywające się z gardełka. Pierwszy ząbek. Z tym ząbkowaniem, to nawet ja nie dawałam rady bezstresowo, słysząc zza ściany jak maleństwo marudzi i płacze. Radość, gdy mała po raz pierwszy samodzielnie usiadła i jeszcze większa, gdy po raz pierwszy samodzielnie ruszyła przed siebie z chwiejącą się pupcią i szeroko rozłożonymi dla równowagi łapkami. Załapałam się jeszcze na pierwsze słowa, bo gdy młodzi wyprowadzali się na własne „M”, mała miała dziewiętnaście miesięcy. Jakie puste wydawało się z początku mieszkanie bez szczebiotki plątającej się pod nogami.

Na szczęście młodzi mieszkali w tym samym mieście, więc mieliśmy bieżący kontakt i nadal mogłam obserwować kolejne postępy fizycznego i emocjonalnego rozwoju mojej pierwszej wnuczki. Nic się nie zmieniło, gdy umarł jej tata (mój syn), a synowa ponownie wyszła za mąż. Byłam świadkiem najważniejszych wydarzeń w jej życiu. Pierwszej komunii, bierzmowania. Śledziłam etapy zmagań z edukacją szkolną. Skromnie mogę powiedzieć, że miałam jakiś tam mały wpływ na wybór kierunku studiów. Dziś, jak dobrze pójdzie, za dwa miesiące będzie bronić pracę magisterską. Wyrosła na atrakcyjną, a przy tym mądrą i inteligentną kobietę. Jestem z niej bardzo dumna.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Trzynaście chudych lat.

              „Teraz ci ciężko, ale kiedyś się podniesiesz, zobaczysz. Może musiało się tak stać? Mówią, że człowiek sam kieruje swoim losem, ale to nie do końca prawda. Czasem ten los prowadzi nas bezdrożami bez naszej woli, przeczołga przez życie, rzuca kłody pod nogi, doświadcza okrutnie, jakby wystawiał człowieka na próbę i sprawdzał, ile jeszcze może znieść. Coś o tym wiem. – Pokiwała głową.”

Powyższy fragment, to cytat z książki, którą ostatnio przeczytałam pt. „Wyspy szczęśliwe” Wioletty Sawickiej. Tymi słowami stara, mądra kobieta pocieszała główną bohaterkę, której dotychczasowe życie legło w gruzach na skutek oszukańczych machinacji osoby wydawałoby się najbliższej, czyli jej męża. Fabuła jest fikcją literacką, ale stara kobieta – Marta która mówi te słowa jest postacią z krwi i kości, a to, co ją w życiu spotkało wydarzyło się naprawdę. Dla niej, żeby poznać jej losy, warto po tę książkę sięgnąć. To Marcie dedykowała autorka tę książkę, i ją uznałabym za równoległą do głównej bohaterki postać. Potworny koszmar, jaki przeżyła w ostatnich dniach wojny, kalectwo z tym związane i ciężkie nie do opisania lata młodości, gdy musiała się borykać z brakiem akceptacji otoczenia z powodu swojej ułomności nie odebrały jej pogody ducha, wiary w ludzi, i chęci niesienia pomocy innym. Miała szczęście, że w odpowiednim momencie życia pojawił się na jej drodze człowiek – lekarz, który nie tylko postawił ją fizycznie na nogi (w tym przypadku protezy), ale „uleczył” również śmiertelnie chorą duszę.

———————————————————————————————————————————-

Wracając do zamieszczonego na początku cytatu. Jak prawdziwe są to słowa przyzna każdy, kto borykał się z przeciwnościami losu. Chyba nie ma na świecie człowieka, który nie doświadczyłby w swoim życiu całej gamy wydarzeń pozytywnych i negatywnych, choć amplituda tych wydarzeń u każdego będzie przebiegać inaczej. Jedni mają szczęście przejść przez życie w miarę łagodnie, z drobnymi potknięciami. Życie innych, to ciąg katastrof i niepowodzeń z małymi tylko przerwami względnego spokoju. Do których ja bym się zaliczyła? Do 1996 r. do tych pierwszych. Potem, przez kolejnych trzynaście lat pełnych klęsk i niepowodzeń, strachu, rozpaczy, bólu, wstydu, upokorzeń – do drugich. Nie byłam w tym czasie bierna. Walczyłam, ale los raz, po raz rzucał mną o glebę, a gdy usiłowałam się podnieść, to dokładał solidnym kopem.

Ta czarna „trzynastka” zaczęła się na początku 1996 r. od wypadku samochodowego córki. Samochód co prawda poszedł do kasacji, ale ponieważ córka wyszła z niego cało, więc powiedziałabym, że to było ostrzeżenie ze strony losu. Tylko, gdyby nie to, że po nim ruszyła lawina. Trzy tygodnie później umarł mój syn. Za trzy miesiące po nim ojciec (rak). W marcu 1997 r. okazało się, że mama jest chora na raka. Na szczęście szybko wdrożone leczenie pozwoliło opanować chorobę. Od 1996 roku moja dotychczas nieźle prosperująca firma (jedyne nasze źródło utrzymania) zaczęła podupadać. Wykruszali się kontrahenci, malały obroty. Zyski odeszły w siną dal – pojawiły się straty. Wiedziałam gdzie jest pies pogrzebany (nieuczciwa konkurencja) i nic nie mogłam z tym zrobić. Żeby trochę podreperować finanse, postanowiłam sprzedać swój samochód i kupić coś tańszego (musiałam mieć środek lokomocji). I tu los pokazał na co go stać. Ponieważ ogłoszenia w prasie okazały się nieskuteczne, zdecydowałam, że pojadę na giełdę. Za pierwszym razem w przeddzień, rozchorowałam się i nic z tego nie wyszło. Na kilka dni przed drugim podejściem miałam wypadek. Gość zajechał mi drogę i uderzyłam w niego. Mnie nic się nie stało, ale samochód dość mocno ucierpiał. Facet szedł w zaparte, że to nie jego wina, ale zanim ostatecznie przegrał sprawę i mogłam ubiegać się o odszkodowanie minęło kilka miesięcy i samochód grubo stracił na wartości. Bo był powypadkowy i już o rok starszy. A firma miała się coraz gorzej. Trzecie podejście na giełdę. Przed wyjazdem wyszłam z psem na spacer i skręciłam nogę. Tym razem nie odpuściłam. Poprosiłam brata żeby mnie zawiózł i wreszcie sprzedałam ten nieszczęsny samochód. Część pieniędzy władowałam w firmę, a za resztę niedrogie używane auto. Długo się nim nie nacieszyłam. Ukradli mi go spod bloku po trzech tygodniach w nocy. Następnego dnia miałam jechać do t.u. ubezpieczyć go na AC. Kilka tysięcy poszło się bujać. Zresztą co tu dużo gadać. Wszystkie pieniądze poszły się bujać, bo próby ratowania firmy wszelkimi sposobami nie powiodły się, i w 2000 roku musiałam ją zlikwidować. Zostały długi, a w związku z tym sądy, wyroki, komornicy i egzekutorzy skarbowi którzy zaczęli mnie wkrótce regularnie nachodzić. Oni grzecznie (trzeba przyznać) czekali, bo wiedzieli, że i tak mnie dopadną jak będę miała stałe źródło dochodu. Miałam na głowie jeszcze jedną firmę, która mnie nie podała do sądu, bo się z nimi ułożyłam, że będę ich spłacać w określonych ratach w wyznaczonych terminach. Na tej umowie najbardziej mi zależało, bo terminowe wywiązanie się oznaczało umorzenie części zobowiązań. Żeby jej dotrzymać, wynajęliśmy w naszym trzypokojowym mieszkaniu dwa pokoje studentom.

Jak już wcześniej wspominałam, firma była naszym jedynym źródłem utrzymania, więc  gdy ją straciliśmy, zaczął się etap poszukiwania pracy. Bezskutecznie. Kto na początku lat dwutysięcznych, gdy bezrobocie sięgało kilkunastu procent chciałby zatrudnić „dziadków” po pięćdziesiątce? Trafiały się jakieś drobne fuchy na umowę zlecenie, dodatkowo ja szyłam, a mąż chałturzył u sąsiadów, ale to była kropla w morzu potrzeb. Brakowało na czynsz i inne opłaty. Spółdzielnia monitowała i straszyła sądem, a PGE i PGNiG odcięciem prądu i gazu. Do tych dwóch ostatnich kapało się po parę groszy żeby widzieli dobre chęci i odpuścili. Długi firmowe nie malały, a prywatne rosły. Miałam szansę wyjechać do pracy za granicę, ale mama dostała zawału i musiałam zostać żeby się nią zająć. Jak trafiła mi się okazja na pracę w kraju, to przed zatrudnieniem tak fatalnie złamałam lewą rękę w nadgarstku (jestem mańkutem), że składali mi ją pod narkozą. Potem sześć tygodni gipsu. Po zdjęciu gipsu okazało się, że dopadło mnie, (a właściwie moją rękę) paskudne choróbsko o wdzięcznej nazwie zespół Sudecka. Groziła mi martwa dłoń. O szyciu mogłam zapomnieć. Rehabilitacja trwała rok.

W dwutysięcznym czwartym roku przeszłam na wcześniejszą emeryturę i wtedy wkroczył komornik. Zostawało mi niewiele, ale stały grosz cieszył, a długów ubywało. Nadal żyliśmy nad wyraz skromnie, ale już nie planowałam wyjazdu za pracą, bo mama coraz bardziej podupadała na zdrowiu. Byłam jej potrzebna na co dzień. Odeszła w 2006 r. Na temat kłopotów, jakie miałam ze strony rodziny (zwłaszcza siostry) w związku z formą pochówku napisałam parę słów w poście pt. „Moja siostra katoliczka” – 01.05.2011r

Po koniec 2006 r. mąż przeszedł na emeryturę. Przybyło pieniędzy. Nadal żyliśmy bardzo skromnie, ale przyśpieszyłam spłatę długów. Miałam świadomość, że przed nimi nie ucieknę i nie chciałam żeby wisiały nade mną do końca życia. W połowie 2008 roku, szok i niedowierzanie – mąż jest chory na raka. Lekarze dawali mu kilka miesięcy życia. Walczyliśmy w nadziei, że uda się pokonać chorobę. Teraz, gdy zaczynaliśmy wychodzić na prostą i mogliśmy spokojnie dalej żyć? To nie mogło tak się skończyć. W grudniu spłaciłam resztki długów. Dziewiątego marca następnego roku umarł mąż. Jego śmierć, jak każdego członka rodziny była traumą. Jednocześnie jego śmierć zakończyła serię złych zdarzeń jakie działy się w moim życiu przez kolejnych trzynaście lat. Tak, jakby los zdecydował, że wystarczająco mi dokopał i może sobie odpuścić.

Przez ostatnich dziewięć lat moje życie płynie tak spokojnie. Wszystko układa się pomyślnie. Zdrowie, relacje w rodzinie i z otoczeniem, finanse. Z tymi ostatnimi, to może szału nie ma, ale w końcu jakoś sobie radzę. Jest dobrze. Chciało by się powiedzieć chwilo trwaj wiecznie.

 

 

 

 

 

Moi malutcy towarzysze codzienności

 

                                              Ta biała chmura to bąbelki z filtra

Było już o moich kotach, o psince, to dziś kolej na rybki.

Akwarium zostało mi w spadku po mężu. Mąż hodował sobie rybki, a mnie to wcale nie interesowało. Gdy odszedł, nie wiedziałam co z tym fantem zrobić. Nie miałam go komu dać, a jednocześnie nie wyobrażałam sobie, że mogę ot, tak po prostu wyrzucić te maleńkie stworzenia np. do wc. Postanowiłam więc, że się nimi zajmę dopóki nie znajdę chętnego.

Z czasem nauczyłam się jak je pielęgnować i tak się do nich przywiązałam, że już nie wyobrażam sobie pokoju bez tego szklanego zbiorniczka z kolorowymi istotkami w środku. Lubię obserwować jak płynnie, z wdziękiem ganiają się w wodzie i jak na wyścigi podpływają pod powierzchnię wody po świeżo sypniętą karmę.

Przez wszystkie lata, od kiedy prowadzę to akwarium, przewinęły się przez nie różne gatunki rybek. Miałam więc okazję obserwować jak różne mają zwyczaje, zachowania i charaktery. Tak. Charaktery też. Jedne mają naturę awanturniczą, inne spolegliwą. Przyjaźnią się i nie lubią. Są towarzyskie lub wolą samotność.

Jakiś czas temu zaskoczyły mnie swoim zachowaniem mieczyki. Oprócz innych rybek z całej gromadki mieczyków zostały mi wtedy tylko trzy – dwie samiczki i samiec. Samiec był słaby i siedział tylko przy dnie. Szykował się do odejścia. Pewnego ranka wrzuciłam im jak zwykle karmę i obserwowałam jak zabierają się do jedzenia. Samiczki podpłynęły do góry i nie zaczęły jeść, tylko obie zanurkowały do swojego towarzysza i poszturchując delikatnie zaczęły go wyraźnie namawiać, żeby wypłynął z nimi do góry. Niestety. Bez skutku. Zostały z nim jeszcze chwilę zanim odpłynęły.

Wzruszyłam się na ten widok. Czym się kierowały? Instynktem? A może jednak było to coś więcej? My, ludzie odmawiamy zwierzętom posiadania uczuć, ale tak w gruncie rzeczy, to co my możemy wiedzieć jakimi rodzajami emocji obdarzyła natura (Bóg?) inne żywe istoty. Bo dziś już udowodniono,że rośliny też mają uczucia. Jedne lubią swoje towarzystwo, a inne przeciwnie. Czują strach i ból.

Więc jak to jest? Wygląda na to, że wszystkie formy życia posiadają jakąś świadomość, i wcale do tego nie jest potrzebny mózg.

Czy wierzyć w cudy?

 Co to są cudy. 
  1. Wg Wikipedii są to niewyjaśnione i niezbadane zjawiska, nie do pojęcia dla rozumu ludzkiego.
  2. W religii katolickiej cud oznacza wydarzenie nieprawdopodobne, wywołane z intencji Boga i zakładające Jego zaangażowanie.
Jak się tak zaczęłam zastanawiać nad tymi dwiema definicjami,
to doszłam do wniosku, że obie mają punkt zbieżny. A jest nim pierwszy cud jakim było powstanie Wszechświata.
Wg nauki, nasz Wszechświat powstał w wyniku Wielkiego Wybuchu – a zdaniem niedawno zmarłego naukowca astrofizyka i kosmologa Stephena Hawkinga przed Wielkim Wybuchem nie było nic. Skoro coś powstało z niczego, to czy to nie cud?
Wg Biblii wyraźnie stoi, że to Bóg stworzył Świat i też przedtem nic nie było, więc to był pierwszy cud uczyniony przez Boga.
Idąc dalej tym tropem, to co prawda naukowcy wiedzą już, jak po Wybuchu powstały gwiazdy, planety, księżyce i całe galaktyki, wiedzą z jakich pierwiastków są zbudowane i jak działa ten cały „kosmiczny kram”, ale nie wiedzą skąd wzięło się na ziemi życie. Istnieje wiele teorii co do jego początków, ale tak do końca to nic nie wiadomo. I czy to nie cud, że w ogóle powstało ze wszystkimi jego formami akurat tu, na tej jedynej planecie w całym układzie słonecznym? A może to Bóg maczał w tym swe Boskie palce?
Z wszelkich form życia na ziemi niewątpliwie największym cudem natury (a może Boga?) jest człowiek z jego najlepiej rozwiniętym mózgiem i zdolnością do  koncepcyjnego myślenia oraz tworzenia skomplikowanych dzieł  na własny użytek. Nie jest to jednak cud doskonały, bo byłby równy Bogu. Bóg dając człowiekowi zdolności poznawcze postawił granicę, której nigdy nie przekroczymy. Na ogół nie wtrąca się do nas, ale od czasu do czasu interweniuje ze znanych tylko sobie powodów i jeśli nie rozumiemy dlaczego tak się dzieje, to nazywamy to cudem.
Czasami czytamy, lub słyszymy o nagłym, niezrozumiałym powrocie do zdrowia śmiertelnie chorego człowieka, który zdaniem lekarzy z racji zaawansowania choroby nie miał prawa przeżyć. Przeżywamy szok i niedowierzanie na wieść o katastrofie lotniczej w której ginie sto kilkadziesiąt osób, a jedna wychodzi żywa. Nie rozumiemy jak to możliwe. I w jednym i w drugi przypadku można mówić o cudzie. To Bóg zdecydował że mają żyć dalej, bo takie miał wobec nich plany.
Opowiem jeszcze o dwóch przypadkach, które wydarzyły się w moim życiu, z których pierwszy nazwę cudem, a drugi…….. chyba też.
-Pierwszy, to był wypadek samochodowy mojej córki. Był mroźny styczniowy dzień 1996 r. Późnym popołudniem córka poprosiła mnie, żebym jej udostępniła samochód, bo chciała skoczyć do koleżanki po jakieś notatki. Zgodziłam się, ale poprosiłam żeby szybko wracała bo będę się denerwować. Obiecała, że tak zrobi. Po dwóch godzinach czekania byłam już na nią mocno zła i obiecałam sobie, że jak wróci, to dostanie niezły wycisk. Nagle zadzwonił telefon i pan przedstawiając się, że dzwoni z policji prosił żebym przyjechała (tu podał adres) bo córka miała wypadek. To było ok. kilometra od naszego domu, więc pognałam pieszo. Dotarłam na miejsce i na widok tego, co zobaczyłam nogi się pode mną ugięły. Samochód był zawinięty jak rogalik na słupie oświetleniowym. Słup stał w miejscu fotela kierowcy, a zmiażdżony fotel zepchnięty na siedzenie pasażera. Córki nie było. Powiedzieli mi tylko, że żyje i została odwieziona do szpitala. Nie uwierzyłam im. Pojechałam do szpitala i miotałam się po izbie przyjęć wyobrażając sobie najgorsze. Chciałam ją zobaczyć i nie mogłam, bo ponoć była w tym czasie badana. Wreszcie przywieźli ją. Była przytomna – jej pierwsze słowa to było „przepraszam mamo”. A ja byłam wniebowzięta. Moje dziecko żyło i miało się nie najgorzej. Miała lekkie wstrząśnienie mózgu i trochę lekkich zadrapań. Uratował ją brak zapiętych pasów. Gdy samochód uderzył w słup drzwiami od strony kierowcy, siła uderzenia wyrzuciła ją na siedzenie obok, a potem chyba wypadła przez prawe drzwi. Gdyby miała zapięte pasy, słup by ją zmiażdżył. To był naprawdę cud.
-Drugie zdarzenie miało miejsce w 2006 r. W tym roku zmarła moja Mama. W kilka miesięcy później, w listopadzie był dzień imienin Mamy. Postanowiłam w tym dniu jechać na cmentarz. Kupiłam piękną czerwoną żywą różę i pognałam na przystanek MPK. Było lekko po południu, więc obliczyłam, że choć ze względu na odległość to wyprawa na dwie godziny, to powinnam się wyrobić przed zmrokiem. Nie wzięłam pod uwagę, że pogoda i komunikacja miejska popsuje mi szyki. Zaczął padać śnieg i nagle okazało się, że co drugi autobus wypada z rozkładu. Miałam dwie przesiadki i dzięki tym dwom zbiegom okoliczności, gdy dojechałam na ostatni przystanek przed cmentarzem zaczęło się ściemniać. Wysiadłam z autobusu. Śnieg sypał gruby i gęsty jakby się chmura oberwała. Byłam sama na drodze w tym białym tumanie. Tak mi się wydawało, bo nagle ni stąd, ni zowąd obok mnie zjawił się mężczyzna. Zapytał dokąd idę. Zaczęłam się bać, więc powiedziałam że do tego najbliższego domu, co są światła w oknach. Mężczyzna chciał mnie wziąć za rękę i wtedy zaczęła ogarniać mnie panika. Nagle poczułam, że oprócz nas dwojga, jeszcze ktoś tam jest. Nie widziałam tej osoby, ale czułam jej obecność i płynący od niej przekaz:”nie bój się-jesteś bezpieczna”. Mężczyzna wycofał się. Pozostał gdzieś z tyłu, a ja nie oglądając się (mimo wszystko tlił się we mnie niepokój) poszłam w kierunku cmentarza. Gdy przekroczyłam bramę, byłam już całkowicie spokojna. Nie bałam się, choć o tej porze byłam jedyną śmiertelniczką przemierzającą oświetlone alejki pokryte białym puchem. Dotarłam na miejsce, położyłam różę, postałam chwilę i zawróciłam po własnych śladach. Po powrocie do domu długo zastanawiałam się nad tym, co mnie spotkało i kim był mój niewidzialny Anioł Stróż. Za dwa tygodnie pojechałam już odpowiednio wcześnie, czyli w biały dzień (żeby nie prowokować losu). Zima odpuściła. Śnieg stopniał. Na grobowcu leżała czerwona róża (ta sama) piękna i świeża jakby przed chwilą ścięta z krzaka.