Trzynaście chudych lat.

              „Teraz ci ciężko, ale kiedyś się podniesiesz, zobaczysz. Może musiało się tak stać? Mówią, że człowiek sam kieruje swoim losem, ale to nie do końca prawda. Czasem ten los prowadzi nas bezdrożami bez naszej woli, przeczołga przez życie, rzuca kłody pod nogi, doświadcza okrutnie, jakby wystawiał człowieka na próbę i sprawdzał, ile jeszcze może znieść. Coś o tym wiem. – Pokiwała głową.”

Powyższy fragment, to cytat z książki, którą ostatnio przeczytałam pt. „Wyspy szczęśliwe” Wioletty Sawickiej. Tymi słowami stara, mądra kobieta pocieszała główną bohaterkę, której dotychczasowe życie legło w gruzach na skutek oszukańczych machinacji osoby wydawałoby się najbliższej, czyli jej męża. Fabuła jest fikcją literacką, ale stara kobieta – Marta która mówi te słowa jest postacią z krwi i kości, a to, co ją w życiu spotkało wydarzyło się naprawdę. Dla niej, żeby poznać jej losy, warto po tę książkę sięgnąć. To Marcie dedykowała autorka tę książkę, i ją uznałabym za równoległą do głównej bohaterki postać. Potworny koszmar, jaki przeżyła w ostatnich dniach wojny, kalectwo z tym związane i ciężkie nie do opisania lata młodości, gdy musiała się borykać z brakiem akceptacji otoczenia z powodu swojej ułomności nie odebrały jej pogody ducha, wiary w ludzi, i chęci niesienia pomocy innym. Miała szczęście, że w odpowiednim momencie życia pojawił się na jej drodze człowiek – lekarz, który nie tylko postawił ją fizycznie na nogi (w tym przypadku protezy), ale „uleczył” również śmiertelnie chorą duszę.

———————————————————————————————————————————-

Wracając do zamieszczonego na początku cytatu. Jak prawdziwe są to słowa przyzna każdy, kto borykał się z przeciwnościami losu. Chyba nie ma na świecie człowieka, który nie doświadczyłby w swoim życiu całej gamy wydarzeń pozytywnych i negatywnych, choć amplituda tych wydarzeń u każdego będzie przebiegać inaczej. Jedni mają szczęście przejść przez życie w miarę łagodnie, z drobnymi potknięciami. Życie innych, to ciąg katastrof i niepowodzeń z małymi tylko przerwami względnego spokoju. Do których ja bym się zaliczyła? Do 1996 r. do tych pierwszych. Potem, przez kolejnych trzynaście lat pełnych klęsk i niepowodzeń, strachu, rozpaczy, bólu, wstydu, upokorzeń – do drugich. Nie byłam w tym czasie bierna. Walczyłam, ale los raz, po raz rzucał mną o glebę, a gdy usiłowałam się podnieść, to dokładał solidnym kopem.

Ta czarna „trzynastka” zaczęła się na początku 1996 r. od wypadku samochodowego córki. Samochód co prawda poszedł do kasacji, ale ponieważ córka wyszła z niego cało, więc powiedziałabym, że to było ostrzeżenie ze strony losu. Tylko, gdyby nie to, że po nim ruszyła lawina. Trzy tygodnie później umarł mój syn. Za trzy miesiące po nim ojciec (rak). W marcu 1997 r. okazało się, że mama jest chora na raka. Na szczęście szybko wdrożone leczenie pozwoliło opanować chorobę. Od 1996 roku moja dotychczas nieźle prosperująca firma (jedyne nasze źródło utrzymania) zaczęła podupadać. Wykruszali się kontrahenci, malały obroty. Zyski odeszły w siną dal – pojawiły się straty. Wiedziałam gdzie jest pies pogrzebany (nieuczciwa konkurencja) i nic nie mogłam z tym zrobić. Żeby trochę podreperować finanse, postanowiłam sprzedać swój samochód i kupić coś tańszego (musiałam mieć środek lokomocji). I tu los pokazał na co go stać. Ponieważ ogłoszenia w prasie okazały się nieskuteczne, zdecydowałam, że pojadę na giełdę. Za pierwszym razem w przeddzień, rozchorowałam się i nic z tego nie wyszło. Na kilka dni przed drugim podejściem miałam wypadek. Gość zajechał mi drogę i uderzyłam w niego. Mnie nic się nie stało, ale samochód dość mocno ucierpiał. Facet szedł w zaparte, że to nie jego wina, ale zanim ostatecznie przegrał sprawę i mogłam ubiegać się o odszkodowanie minęło kilka miesięcy i samochód grubo stracił na wartości. Bo był powypadkowy i już o rok starszy. A firma miała się coraz gorzej. Trzecie podejście na giełdę. Przed wyjazdem wyszłam z psem na spacer i skręciłam nogę. Tym razem nie odpuściłam. Poprosiłam brata żeby mnie zawiózł i wreszcie sprzedałam ten nieszczęsny samochód. Część pieniędzy władowałam w firmę, a za resztę niedrogie używane auto. Długo się nim nie nacieszyłam. Ukradli mi go spod bloku po trzech tygodniach w nocy. Następnego dnia miałam jechać do t.u. ubezpieczyć go na AC. Kilka tysięcy poszło się bujać. Zresztą co tu dużo gadać. Wszystkie pieniądze poszły się bujać, bo próby ratowania firmy wszelkimi sposobami nie powiodły się, i w 2000 roku musiałam ją zlikwidować. Zostały długi, a w związku z tym sądy, wyroki, komornicy i egzekutorzy skarbowi którzy zaczęli mnie wkrótce regularnie nachodzić. Oni grzecznie (trzeba przyznać) czekali, bo wiedzieli, że i tak mnie dopadną jak będę miała stałe źródło dochodu. Miałam na głowie jeszcze jedną firmę, która mnie nie podała do sądu, bo się z nimi ułożyłam, że będę ich spłacać w określonych ratach w wyznaczonych terminach. Na tej umowie najbardziej mi zależało, bo terminowe wywiązanie się oznaczało umorzenie części zobowiązań. Żeby jej dotrzymać, wynajęliśmy w naszym trzypokojowym mieszkaniu dwa pokoje studentom.

Jak już wcześniej wspominałam, firma była naszym jedynym źródłem utrzymania, więc  gdy ją straciliśmy, zaczął się etap poszukiwania pracy. Bezskutecznie. Kto na początku lat dwutysięcznych, gdy bezrobocie sięgało kilkunastu procent chciałby zatrudnić „dziadków” po pięćdziesiątce? Trafiały się jakieś drobne fuchy na umowę zlecenie, dodatkowo ja szyłam, a mąż chałturzył u sąsiadów, ale to była kropla w morzu potrzeb. Brakowało na czynsz i inne opłaty. Spółdzielnia monitowała i straszyła sądem, a PGE i PGNiG odcięciem prądu i gazu. Do tych dwóch ostatnich kapało się po parę groszy żeby widzieli dobre chęci i odpuścili. Długi firmowe nie malały, a prywatne rosły. Miałam szansę wyjechać do pracy za granicę, ale mama dostała zawału i musiałam zostać żeby się nią zająć. Jak trafiła mi się okazja na pracę w kraju, to przed zatrudnieniem tak fatalnie złamałam lewą rękę w nadgarstku (jestem mańkutem), że składali mi ją pod narkozą. Potem sześć tygodni gipsu. Po zdjęciu gipsu okazało się, że dopadło mnie, (a właściwie moją rękę) paskudne choróbsko o wdzięcznej nazwie zespół Sudecka. Groziła mi martwa dłoń. O szyciu mogłam zapomnieć. Rehabilitacja trwała rok.

W dwutysięcznym czwartym roku przeszłam na wcześniejszą emeryturę i wtedy wkroczył komornik. Zostawało mi niewiele, ale stały grosz cieszył, a długów ubywało. Nadal żyliśmy nad wyraz skromnie, ale już nie planowałam wyjazdu za pracą, bo mama coraz bardziej podupadała na zdrowiu. Byłam jej potrzebna na co dzień. Odeszła w 2006 r. Na temat kłopotów, jakie miałam ze strony rodziny (zwłaszcza siostry) w związku z formą pochówku napisałam parę słów w poście pt. „Moja siostra katoliczka” – 01.05.2011r

Po koniec 2006 r. mąż przeszedł na emeryturę. Przybyło pieniędzy. Nadal żyliśmy bardzo skromnie, ale przyśpieszyłam spłatę długów. Miałam świadomość, że przed nimi nie ucieknę i nie chciałam żeby wisiały nade mną do końca życia. W połowie 2008 roku, szok i niedowierzanie – mąż jest chory na raka. Lekarze dawali mu kilka miesięcy życia. Walczyliśmy w nadziei, że uda się pokonać chorobę. Teraz, gdy zaczynaliśmy wychodzić na prostą i mogliśmy spokojnie dalej żyć? To nie mogło tak się skończyć. W grudniu spłaciłam resztki długów. Dziewiątego marca następnego roku umarł mąż. Jego śmierć, jak każdego członka rodziny była traumą. Jednocześnie jego śmierć zakończyła serię złych zdarzeń jakie działy się w moim życiu przez kolejnych trzynaście lat. Tak, jakby los zdecydował, że wystarczająco mi dokopał i może sobie odpuścić.

Przez ostatnich dziewięć lat moje życie płynie tak spokojnie. Wszystko układa się pomyślnie. Zdrowie, relacje w rodzinie i z otoczeniem, finanse. Z tymi ostatnimi, to może szału nie ma, ale w końcu jakoś sobie radzę. Jest dobrze. Chciało by się powiedzieć chwilo trwaj wiecznie.

 

 

 

 

 

Reklamy

Czy wierzyć w cudy?

 Co to są cudy. 
  1. Wg Wikipedii są to niewyjaśnione i niezbadane zjawiska, nie do pojęcia dla rozumu ludzkiego.
  2. W religii katolickiej cud oznacza wydarzenie nieprawdopodobne, wywołane z intencji Boga i zakładające Jego zaangażowanie.
Jak się tak zaczęłam zastanawiać nad tymi dwiema definicjami,
to doszłam do wniosku, że obie mają punkt zbieżny. A jest nim pierwszy cud jakim było powstanie Wszechświata.
Wg nauki, nasz Wszechświat powstał w wyniku Wielkiego Wybuchu – a zdaniem niedawno zmarłego naukowca astrofizyka i kosmologa Stephena Hawkinga przed Wielkim Wybuchem nie było nic. Skoro coś powstało z niczego, to czy to nie cud?
Wg Biblii wyraźnie stoi, że to Bóg stworzył Świat i też przedtem nic nie było, więc to był pierwszy cud uczyniony przez Boga.
Idąc dalej tym tropem, to co prawda naukowcy wiedzą już, jak po Wybuchu powstały gwiazdy, planety, księżyce i całe galaktyki, wiedzą z jakich pierwiastków są zbudowane i jak działa ten cały „kosmiczny kram”, ale nie wiedzą skąd wzięło się na ziemi życie. Istnieje wiele teorii co do jego początków, ale tak do końca to nic nie wiadomo. I czy to nie cud, że w ogóle powstało ze wszystkimi jego formami akurat tu, na tej jedynej planecie w całym układzie słonecznym? A może to Bóg maczał w tym swe Boskie palce?
Z wszelkich form życia na ziemi niewątpliwie największym cudem natury (a może Boga?) jest człowiek z jego najlepiej rozwiniętym mózgiem i zdolnością do  koncepcyjnego myślenia oraz tworzenia skomplikowanych dzieł  na własny użytek. Nie jest to jednak cud doskonały, bo byłby równy Bogu. Bóg dając człowiekowi zdolności poznawcze postawił granicę, której nigdy nie przekroczymy. Na ogół nie wtrąca się do nas, ale od czasu do czasu interweniuje ze znanych tylko sobie powodów i jeśli nie rozumiemy dlaczego tak się dzieje, to nazywamy to cudem.
Czasami czytamy, lub słyszymy o nagłym, niezrozumiałym powrocie do zdrowia śmiertelnie chorego człowieka, który zdaniem lekarzy z racji zaawansowania choroby nie miał prawa przeżyć. Przeżywamy szok i niedowierzanie na wieść o katastrofie lotniczej w której ginie sto kilkadziesiąt osób, a jedna wychodzi żywa. Nie rozumiemy jak to możliwe. I w jednym i w drugi przypadku można mówić o cudzie. To Bóg zdecydował że mają żyć dalej, bo takie miał wobec nich plany.
Opowiem jeszcze o dwóch przypadkach, które wydarzyły się w moim życiu, z których pierwszy nazwę cudem, a drugi…….. chyba też.
-Pierwszy, to był wypadek samochodowy mojej córki. Był mroźny styczniowy dzień 1996 r. Późnym popołudniem córka poprosiła mnie, żebym jej udostępniła samochód, bo chciała skoczyć do koleżanki po jakieś notatki. Zgodziłam się, ale poprosiłam żeby szybko wracała bo będę się denerwować. Obiecała, że tak zrobi. Po dwóch godzinach czekania byłam już na nią mocno zła i obiecałam sobie, że jak wróci, to dostanie niezły wycisk. Nagle zadzwonił telefon i pan przedstawiając się, że dzwoni z policji prosił żebym przyjechała (tu podał adres) bo córka miała wypadek. To było ok. kilometra od naszego domu, więc pognałam pieszo. Dotarłam na miejsce i na widok tego, co zobaczyłam nogi się pode mną ugięły. Samochód był zawinięty jak rogalik na słupie oświetleniowym. Słup stał w miejscu fotela kierowcy, a zmiażdżony fotel zepchnięty na siedzenie pasażera. Córki nie było. Powiedzieli mi tylko, że żyje i została odwieziona do szpitala. Nie uwierzyłam im. Pojechałam do szpitala i miotałam się po izbie przyjęć wyobrażając sobie najgorsze. Chciałam ją zobaczyć i nie mogłam, bo ponoć była w tym czasie badana. Wreszcie przywieźli ją. Była przytomna – jej pierwsze słowa to było „przepraszam mamo”. A ja byłam wniebowzięta. Moje dziecko żyło i miało się nie najgorzej. Miała lekkie wstrząśnienie mózgu i trochę lekkich zadrapań. Uratował ją brak zapiętych pasów. Gdy samochód uderzył w słup drzwiami od strony kierowcy, siła uderzenia wyrzuciła ją na siedzenie obok, a potem chyba wypadła przez prawe drzwi. Gdyby miała zapięte pasy, słup by ją zmiażdżył. To był naprawdę cud.
-Drugie zdarzenie miało miejsce w 2006 r. W tym roku zmarła moja Mama. W kilka miesięcy później, w listopadzie był dzień imienin Mamy. Postanowiłam w tym dniu jechać na cmentarz. Kupiłam piękną czerwoną żywą różę i pognałam na przystanek MPK. Było lekko po południu, więc obliczyłam, że choć ze względu na odległość to wyprawa na dwie godziny, to powinnam się wyrobić przed zmrokiem. Nie wzięłam pod uwagę, że pogoda i komunikacja miejska popsuje mi szyki. Zaczął padać śnieg i nagle okazało się, że co drugi autobus wypada z rozkładu. Miałam dwie przesiadki i dzięki tym dwom zbiegom okoliczności, gdy dojechałam na ostatni przystanek przed cmentarzem zaczęło się ściemniać. Wysiadłam z autobusu. Śnieg sypał gruby i gęsty jakby się chmura oberwała. Byłam sama na drodze w tym białym tumanie. Tak mi się wydawało, bo nagle ni stąd, ni zowąd obok mnie zjawił się mężczyzna. Zapytał dokąd idę. Zaczęłam się bać, więc powiedziałam że do tego najbliższego domu, co są światła w oknach. Mężczyzna chciał mnie wziąć za rękę i wtedy zaczęła ogarniać mnie panika. Nagle poczułam, że oprócz nas dwojga, jeszcze ktoś tam jest. Nie widziałam tej osoby, ale czułam jej obecność i płynący od niej przekaz:”nie bój się-jesteś bezpieczna”. Mężczyzna wycofał się. Pozostał gdzieś z tyłu, a ja nie oglądając się (mimo wszystko tlił się we mnie niepokój) poszłam w kierunku cmentarza. Gdy przekroczyłam bramę, byłam już całkowicie spokojna. Nie bałam się, choć o tej porze byłam jedyną śmiertelniczką przemierzającą oświetlone alejki pokryte białym puchem. Dotarłam na miejsce, położyłam różę, postałam chwilę i zawróciłam po własnych śladach. Po powrocie do domu długo zastanawiałam się nad tym, co mnie spotkało i kim był mój niewidzialny Anioł Stróż. Za dwa tygodnie pojechałam już odpowiednio wcześnie, czyli w biały dzień (żeby nie prowokować losu). Zima odpuściła. Śnieg stopniał. Na grobowcu leżała czerwona róża (ta sama) piękna i świeża jakby przed chwilą ścięta z krzaka.

Dzisiejszy świat

                Byłam u znajomej, której urodziła się pierwsza wnusia. Malutka ma już trzy miesiące, więc świeżo upieczona babcia uznała, że pora pochwalić się dzidzią. Cudowne, słodkie maleństwo. Jej córa skarżyła się, że nic nie może w domu zrobić, taka jest zapracowana przy dziecku. Bo pranie, prasowanie, kupki, zupki ………itd. itp.

Moja najmłodsza wnuczka skończy w tym roku siedem lat, ale pamiętam, że córka również skarżyła się na totalny brak czasu na wszystko, z powodu opieki nad maciupeństwem.

A przecież w porównaniu do moich czasów dzisiejsze młode mamy dysponują środkami o jakich mnie się nie śniło. To raptem jedno pokolenie, a jak dużo się zmieniło. Na plus oczywiście. Miałam okazję obserwować na bieżąco jakimi środkami dysponuje moja córka w związku z macierzyństwem. Doskonałe warunki lokalowe z pełnym wyposażeniem w sprzęt ułatwiający prowadzenie domu. A wyprawka? Full wypas. Te stosy pampersów, ślicznych maluśkich ciuszków. Te środki do pielęgnacji. Chusteczki nawilżane do buzi i do pupci, maści, kremy, aerozole których nazw nie sposób zapamiętać. Różne rodzaje smoczków i lekkich buteleczek do karmienia. Dziś chyba żadna mama nie wyobraża sobie opieki nad maleństwem bez tego całego arsenału.

  A jaka oszczędność czasu! Dzięki temu, może dużo więcej czasu poświęcić bezpośredniemu kontaktowi ze swoim maluszkiem.

A teraz jak to było gdy ja po raz pierwszy zostałam mamą w latach siedemdziesiątych ub. wieku.  

Gdy urodziłam synka, przez pierwsze cztery miesiące mieszkaliśmy jako młoda rodzina w domku bez żadnych wygód. Ot – dwa przechodnie pokoiki z kuchnią. Piec na węgiel donoszony z komórki z zewnątrz. Wodę nosiło się wiadrami ze studzienki jakieś 200 m od domu. Za kanalizację robiła wygódka z tyłu za domem, a nocą wiaderko w sieni. O pampersach, to mi się nawet nie śniło. Królowała tetra w ilości 40 sztuk i flanela. Na początku dziennie „szło” jakieś 30 sztuk. Żeby więc nie brakowało, jak się uzbierało kilkanaście sztuk (użyte moczyły się w wiaderku z płatkami mydlanymi) trzeba było je uprać w pralce wirnikowej i wygotować w kotle na kuchni węglowej. Na to pranie, to ja musiałam sobie często gęsto sama nanosić wody, no bo mąż był w pracy. Tak średnio dziennie osiem wiader wody. Byłam po „cesarce” i co z tego. A potem jak wyschło,to trzeba było to wszystko uprasować. Pieluchy, kaftaniki z batystu i flaneli. Paskudne, rozwleczone po pierwszym praniu śpioszki. Ale cóż. Nie było wyboru. I tak dzień po dniu. Mój synek zbuntował się po dwóch miesiącach i postanowił, że on cyca więcej do buzi nie weźmie. Na szczęście niedługo potem przeprowadziliśmy się do mieszkania „z wygodami” (woda, gaz, kanalizacja), bo zaczął się etap wielokrotnego w ciągu dnia przygotowywania mleka w proszku. Rozcieranie w kubku z wodą, gotowanie, schładzanie ciężkich szklanych butelek. W smoczkach robiło się dziurki własnoręcznie rozgrzaną igłą. Między posiłkami trzeba było dziecko przepajać rumiankiem i koperkiem ( nie przypominam sobie torebek ekspresowych). W miarę, jak dziecko rosło, poszerzał się asortyment dań. Kaszka manna, która złośliwie lubiła przywierać do dna garnuszka.Raz taka świeżo ugotowana kaszka przywarła do mojego nadgarstka. Ojjjjj…. bolało. Całą noc chodziłam  po mieszkaniu jak zwierzę w klatce. Dania obiadowe w postaci zupek jarzynowych przyrządzanych własnoręcznie i przecieranych przez nylonowe sitko. Tu z kolei wkładka mięsna z cielęcinki, czy kurczaczka uparcie odmawiała przejścia przez oczka tegoż. Nie miałam miksera i nie przypominam sobie, żeby taki sprzęt w tamtych czasach był. Kisielki z owoców, budynie na żółtkach – wszystko przygotowywane na bieżąco w domu. To musiało trwać. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. Dania obiadowe w postaci zupek jarzynowych przyrządzanych własnoręcznie i przecieranych przez nylonowe sitko. Tu z kolei wkładka mięsna z cielęcinki, czy kurczaczka uparcie odmawiała przejścia przez oczka tegoż. Nie miałam miksera i nie przypominam sobie, żeby taki sprzęt w tamtych czasach był. Kisielki z owoców, budynie na żółtkach – wszystko przygotowywane na bieżąco w domu. To musiało trwać. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. Dania obiadowe w postaci zupek jarzynowych przyrządzanych własnoręcznie i przecieranych przez nylonowe sitko. Tu z kolei wkładka mięsna z cielęcinki, czy kurczaczka uparcie odmawiała przejścia przez oczka tegoż. Nie miałam miksera i nie przypominam sobie, żeby taki sprzęt w tamtych czasach był. Kisielki z owoców, budynie na żółtkach – wszystko przygotowywane na bieżąco w domu. To musiało trwać. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. 

Mój synek nieraz biedny krzyczał wniebogłosy, gdy ja szarpałam się między praniem, sprzątaniem i gotowaniem dla niego. Faktem jest, że przez pierwsze miesiące życia płakał bardzo dużo. W dzień i w nocy. Chodziłam z nim do pediatry a ona nic nie stwierdzała. Mówiła, że niektóre dzieci są takie krzykliwe i już. Ładna mi pociecha. Absurdem były również niektóre propagowane w tamtych czasach teorie dotyczące opieki nad niemowlęciem. Pierwsza, to karmić dziecko co trzy godziny, a w międzyczasie tylko przepajać (nie karmić w nocy).  Druga – nie nosić niemowlęcia na rękach, bo się przyzwyczai i nie pozwoli się z tych rąk zdjąć. Ma leżeć w łóżeczku i już. A ja głupia, młoda, nafaszerowana teorią z „mądrych” książek (pierwsze dziecko) w dobrej wierze starałam się tych zasad przestrzegać. Dziecko na tym cierpiało. Nie oznacza to,że w ogóle go nie nosiłam, ale na pewno nie tyle, ile potrzebował.

Zmądrzałam, gdy sześć lat później urodziłam córkę. Pomna doświadczeń i błędów popełnionych w opiece nad pierworodnym, odrzuciłam książkowe mądrości i zaufałam instynktowi.  Mała była spokojniejsza i chowała mi się lepiej. 

Wracając do syna, gdy już był starszym dzieckiem, a potem nastolatkiem, nieraz zastanawiałam się, czy jego nerwowość, nadpobudliwość i ogromnie pragnienie akceptacji to nie był efekt  „zimnego wychowu” w pierwszym okresie jego życia.

Dzisiejszy świat, ze wszystkimi ułatwieniami i udogodnieniami jakie oferuje młodym rodzicom współczesne życie, (plus zwrot o 180 stopni w podejściu do potrzeb fizycznych i emocjonalnych dziecka) sprzyjają temu, żeby maleńki człowiek od pierwszego dnia rósł w poczuciu bezpieczeństwa i miłości, na okazywanie których to uczuć –  choć bardzo kochałam – często brakowało mi czasu.    

Rocznica

Dziś jest rocznica śmierci mojego Syna. Mijają 22 lata od momentu gdy dowiedziałam się że nie żyje. Choć myślę o Nim bardzo często, dzień 5-go lutego jest dla mnie dniem szczególnym. Wracają do mnie obrazy tamtych chwil i widzę wszystko jakby to było wczoraj. Ból, rozpacz i niedowierzanie że to się stało. Wydawało mi się to niemożliwe. Mój świat się zawalił. Nie miałam siły żeby Go zobaczyć w dniu śmierci. Nie płakałam. Córka mówiła że wyłam choć tego nie pamiętam. A potem przyszły nie przespane noce. Zapalone światło (bałam się ciemności). Leżałam z otwartymi oczami i patrzyłam jak wiatr lekko porusza firanką w uchylonym oknie. Wydawało mi się że to Syn przychodzi do mnie z tym wiatrem. Pewnej nocy poczułam jak pogłaskał mnie po włosach. W tamtym strasznym dla mnie czasie moje zmysły były tak wyostrzone, że odbierały jakieś dodatkowe bodźce nieuchwytne do tej pory. W porze nocnej, w cichym z pozoru mieszkaniu atakowały moje uszy jakieś dodatkowe dźwięki – skrzypienie, szelesty, szmery……….

Przez pierwsze dwa tygodnie funkcjonowałam jak automat. Starałam się trzymać. A potem przyszło totalne załamanie. Płacz nie do opanowania. Musiałam skorzystać z porady psychiatry. Diagnoza – depresja. Leczyłam się z mizernym skutkiem przez trzy lata. Wciąż dręczyło mnie pytanie „dlaczego”. Dlaczego moje dziecko musiało odejść tak młodo? Dlaczego mnie to spotkało?

Choć wcześniej nie korzystałam z porad żadnych wróżek i innych jasnowidzących, tym razem udałam się do znanego w moim regionie tarocisty. Powiedział mi, że mój Syn musiał odejść, bo jego czas tu na ziemi się skończył. Tyle Mu było pisane. Powiedział mi jeszcze, że w poprzednim wcieleniu (on wierzy w reinkarnację – ja też) musiałam popełnić bardzo ciężki grzech, bo nie ma większej kary dla rodziców niż pochować własne dziecko.

Dziwna to była wizyta, ale mi pomogła. Skoro Bóg tak chciał to musiałam się pogodzić z jego wyrokiem. Od tej pory zaczęłam wracać do zdrowia bez leków psychotropowych.

Dziś dziękuję Bogu że mi dał Syna na czas mu tutaj przeznaczony, choć gdzieś tam w głębi serca tli się leciutki żal dlaczego na tak krótko bo tylko niespełna 25 lat.

Create your website at WordPress.com
Zacznij