Bałaganiara

Bałaganiara to ja. Taka się urodziłam i nic na to nie poradzę. Wierzcie mi. To jest naprawdę cecha wrodzona. Tak mam od zawsze. Jak daleko sięga moja pamięć, czyli od wczesnego dzieciństwa. Mama pedantka. Siostra wręcz chorobliwa pedantka (wszystko w idealnym porządeczku). A ja się mamusi pod tym względem nie udałam. W dzieciństwie nieźle obrywałam od mamy (od siostry zresztą też) za to, że wolałam czytać książki zamiast układać rzeczy w szafach, szafkach i szafeczkach.

Gdy obie z siostrą wyszłyśmy z domu, to przynajmniej ją miałam z głowy bo zamieszkała daleko. Mama nadal usiłowała mnie „wychowywać” choć założyłam własną rodzinę i miałam własny dom. Miała mnie pod ręką bo mieszkałyśmy w jednym mieście. Bywało, że przychodziła niespodziewanie, a ja słysząc w drzwiach jej „dzień dobry” łapałam co było najbliżej (ścierkę czy szczotkę) i z tym rekwizytem biegłam się z nią przywitać. Żeby widziała że właśnie sprzątam. Mamcia po przywitaniu się ze mną zaczynała lustrację od kuchni. Jeśli w zlewie było choć jedno nie umyte naczynie (a zawsze było) – to się zaczynało. Reprymenda to delikatnie powiedziane. Leciały w moją stronę gromy co ona myśli o mnie jako gospodyni.

Oj długo się jej bałam. Prawie do trzydziestki. Aż nastąpił we mnie przełom. Stwierdziłam że dosyć tego. A było to tak. Mama pomagała mi wychowywać córkę do trzeciego roku życia. Bardzo byłam jej za to wdzięczna. Ja mogłam pracować, a jak wracałam do domu, czekał na mnie ugotowany obiad.

Jednego dnia, gdy wróciłam z pracy i zjadłam obiad, moja trzyletnia córeczka poprosiła mnie żebym jej poczytała. Wyniosłam naczynia do kuchni, wróciłam do pokoju, wzięłam małą na kolana i sięgnęłam po książeczkę. I się zaczęło….. Mama na mnie naskoczyła w niewybrednych słowach co o mnie myśli………. gary w zlewie a ja się z dzieckiem bawię. Nie wytrzymałam. Coś we mnie pękło. Teraz to ja zaczęłam jej wygarniać. Wykrzyczałam żeby przestała mnie wreszcie wychowywać. Jestem dorosła, mam rodzinę i jak mnie do tej pory nie wychowała to niech sobie daruje. Niech mi pozwoli żyć po mojemu. Gary ze zlewu nie uciekną a dziś dziecko jest ważniejsze. Dla mamy to był szok. Popłakała się i obrażona zaraz wyszła. Nie odzywała się dwa tygodnie. Potem przyszła jak gdyby nigdy nic. Weszła od razu do pokoju i poprosiła o herbatę. Nie wracałyśmy do draki sprzed…..

To był przełom. Już nigdy więcej nie zwróciła mi uwagi na mój sposób prowadzenia domu choć pewnie w duchu cierpiała na widok  moich porządków. Pedanci nie są tolerancyjni i potrafią być upierdliwi dla najbliższego otoczenia. A bałaganiarze? Wydaje mi się, że są znacznie bardziej wyrozumiali. Ja na pewno. Mając świadomość swoich wad (jedną z nich jest moje bałaganiarstwo) staram się rozumieć innych.

Ktoś powie – co za wygodnicka postawa. Nie chce jej się sprzątać to zwala, że wada wrodzona. To nie tak. Ja się staram, ale mi nie wychodzi. Bałaganiarz ma to do siebie, że zostawia różne rzeczy w różnych miejscach w sposób niekontrowany. Ot, odkładam bluzkę na krzesło (kubek do zlewu) i wychodzę do drugiego pomieszczenia z myślą że zaraz wrócę i sprzątnę. Tylko jak wracam, to ja już tej bluzki nie zauważam. Dopiero jak się nazbiera różnych rzeczy w różnych miejscach, to stwierdzam że czas na porządki. Składam, układam, odkładam na swoje miejsce i na krótko jest cacy. A potem znowu……. I co ja mam ze sobą zrobić? Próbowałam się zmienić na modłę i podobieństwo mamy i siostry. Nic z tego. Na krótką metę tak. Na dłuższą nie da rady. Wykończyłabym się psychicznie. Wiem to z autopsji……..

Żyję więc sobie we własnym rytmie (raz bajzel – raz porządek) i tak mi już zostanie do końca mych dni. Najważniejsze że pozbyłam się kompleksu na tym tle. Znajomi którzy mnie odwiedzają twierdzą, że chyba jednak mam kompleks bo nie jest tak źle. No cóż. Ja wciąż pamiętam lekcje mamy.

Szkoda że nigdy nie miała okazji wpaść do mnie jak akurat byłam na etapie chwilowej pedanterii. Może by mnie choć raz pochwaliła?

Jak ten czas leci!!!

                           Dzisiejsza jubilatka dwadzieścia pięć lat temu i jej tort.

W ubiegłym tygodniu moja Najstarsza Wnuczka obchodziła dwudziestą piątą rocznicę urodzin. Żeby uczcić tę jakże ważną w jej życiu datę, babcia, czyli ja zorganizowała w ostatnią niedzielę małe, rodzinne przyjątko. Był troszkę bardziej uroczysty obiadek, no i tort urodzinowy, który pochwalę się nieskromnie zrobiłam sama.

Jak ująć w słowa te dwadzieścia pięć lat, które minęły jak jedna chwilka? Gdy goście wyszli, sięgnęłam do albumu ze zdjęciami. Wróciły wspomnienia. Młodzi mieszkali u nas, więc to do nas zawitała wprost ze szpitala maciupeńka istotka okutana w kocyk z którego widać tylko główkę z ciemnymi włoskami. Na pierwsze oględziny maleńkiego ciałka zbiegła się cała rodzina. Czyż jest coś bardziej rozczulającego, jak zobaczyć po raz pierwszy od wielu lat łapki wielkości płatka róży, i niewiele większe stópki?

Kiedy kobieta pierwszy raz zostaje matką, jej życie zmienia się radykalnie. Od momentu, gdy dziecko pojawi się na świecie, oprócz wielkiej miłości, do końca będzie jej towarzyszyć wielkie poczucie odpowiedzialności związane z opieką i wychowaniem potomka. Uczucie radości, gdy dziecko dobrze, zdrowo się rozwija przeplatać się będzie ze strachem i smutkiem, gdy coś pójdzie nie tak. Choroba, czy problemy wychowawcze.

A jak to jest zostać po raz pierwszy babcią? Babcia można powiedzieć,  ma „z górki”. Ma już za sobą bagaż doświadczeń opiekuńczo – wychowawczych, i gdy dowiaduje się, że jej dorosłe dziecko będzie miało dziecko to nic, tylko się cieszyć. Bo całe odium odpowiedzialności za całokształt spada na rodziców, a rolą babci jest tylko kochać.  Tak było ze mną przynajmniej. Pokochałam moją pierwszą „Kruszynkę” od pierwszego wejrzenia. Cieszyłam się, że młodzi mieszkają u nas, bo miałam ją na co dzień. Mogłam każdego dnia obserwować jak rośnie, nabiera ciałka, tworzą się kolejne wałeczki na rączkach i nóżkach. Pierwsze, uważne, świadome spojrzenie. Pierwsze dźwięki (gruchanie) wydobywające się z gardełka. Pierwszy ząbek. Z tym ząbkowaniem, to nawet ja nie dawałam rady bezstresowo, słysząc zza ściany jak maleństwo marudzi i płacze. Radość, gdy mała po raz pierwszy samodzielnie usiadła i jeszcze większa, gdy po raz pierwszy samodzielnie ruszyła przed siebie z chwiejącą się pupcią i szeroko rozłożonymi dla równowagi łapkami. Załapałam się jeszcze na pierwsze słowa, bo gdy młodzi wyprowadzali się na własne „M”, mała miała dziewiętnaście miesięcy. Jakie puste wydawało się z początku mieszkanie bez szczebiotki plątającej się pod nogami.

Na szczęście młodzi mieszkali w tym samym mieście, więc mieliśmy bieżący kontakt i nadal mogłam obserwować kolejne postępy fizycznego i emocjonalnego rozwoju mojej pierwszej wnuczki. Nic się nie zmieniło, gdy umarł jej tata (mój syn), a synowa ponownie wyszła za mąż. Byłam świadkiem najważniejszych wydarzeń w jej życiu. Pierwszej komunii, bierzmowania. Śledziłam etapy zmagań z edukacją szkolną. Skromnie mogę powiedzieć, że miałam jakiś tam mały wpływ na wybór kierunku studiów. Dziś, jak dobrze pójdzie, za dwa miesiące będzie bronić pracę magisterską. Wyrosła na atrakcyjną, a przy tym mądrą i inteligentną kobietę. Jestem z niej bardzo dumna.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Trzynaście chudych lat.

              „Teraz ci ciężko, ale kiedyś się podniesiesz, zobaczysz. Może musiało się tak stać? Mówią, że człowiek sam kieruje swoim losem, ale to nie do końca prawda. Czasem ten los prowadzi nas bezdrożami bez naszej woli, przeczołga przez życie, rzuca kłody pod nogi, doświadcza okrutnie, jakby wystawiał człowieka na próbę i sprawdzał, ile jeszcze może znieść. Coś o tym wiem. – Pokiwała głową.”

Powyższy fragment, to cytat z książki, którą ostatnio przeczytałam pt. „Wyspy szczęśliwe” Wioletty Sawickiej. Tymi słowami stara, mądra kobieta pocieszała główną bohaterkę, której dotychczasowe życie legło w gruzach na skutek oszukańczych machinacji osoby wydawałoby się najbliższej, czyli jej męża. Fabuła jest fikcją literacką, ale stara kobieta – Marta która mówi te słowa jest postacią z krwi i kości, a to, co ją w życiu spotkało wydarzyło się naprawdę. Dla niej, żeby poznać jej losy, warto po tę książkę sięgnąć. To Marcie dedykowała autorka tę książkę, i ją uznałabym za równoległą do głównej bohaterki postać. Potworny koszmar, jaki przeżyła w ostatnich dniach wojny, kalectwo z tym związane i ciężkie nie do opisania lata młodości, gdy musiała się borykać z brakiem akceptacji otoczenia z powodu swojej ułomności nie odebrały jej pogody ducha, wiary w ludzi, i chęci niesienia pomocy innym. Miała szczęście, że w odpowiednim momencie życia pojawił się na jej drodze człowiek – lekarz, który nie tylko postawił ją fizycznie na nogi (w tym przypadku protezy), ale „uleczył” również śmiertelnie chorą duszę.

———————————————————————————————————————————-

Wracając do zamieszczonego na początku cytatu. Jak prawdziwe są to słowa przyzna każdy, kto borykał się z przeciwnościami losu. Chyba nie ma na świecie człowieka, który nie doświadczyłby w swoim życiu całej gamy wydarzeń pozytywnych i negatywnych, choć amplituda tych wydarzeń u każdego będzie przebiegać inaczej. Jedni mają szczęście przejść przez życie w miarę łagodnie, z drobnymi potknięciami. Życie innych, to ciąg katastrof i niepowodzeń z małymi tylko przerwami względnego spokoju. Do których ja bym się zaliczyła? Do 1996 r. do tych pierwszych. Potem, przez kolejnych trzynaście lat pełnych klęsk i niepowodzeń, strachu, rozpaczy, bólu, wstydu, upokorzeń – do drugich. Nie byłam w tym czasie bierna. Walczyłam, ale los raz, po raz rzucał mną o glebę, a gdy usiłowałam się podnieść, to dokładał solidnym kopem.

Ta czarna „trzynastka” zaczęła się na początku 1996 r. od wypadku samochodowego córki. Samochód co prawda poszedł do kasacji, ale ponieważ córka wyszła z niego cało, więc powiedziałabym, że to było ostrzeżenie ze strony losu. Tylko, gdyby nie to, że po nim ruszyła lawina. Trzy tygodnie później umarł mój syn. Za trzy miesiące po nim ojciec (rak). W marcu 1997 r. okazało się, że mama jest chora na raka. Na szczęście szybko wdrożone leczenie pozwoliło opanować chorobę. Od 1996 roku moja dotychczas nieźle prosperująca firma (jedyne nasze źródło utrzymania) zaczęła podupadać. Wykruszali się kontrahenci, malały obroty. Zyski odeszły w siną dal – pojawiły się straty. Wiedziałam gdzie jest pies pogrzebany (nieuczciwa konkurencja) i nic nie mogłam z tym zrobić. Żeby trochę podreperować finanse, postanowiłam sprzedać swój samochód i kupić coś tańszego (musiałam mieć środek lokomocji). I tu los pokazał na co go stać. Ponieważ ogłoszenia w prasie okazały się nieskuteczne, zdecydowałam, że pojadę na giełdę. Za pierwszym razem w przeddzień, rozchorowałam się i nic z tego nie wyszło. Na kilka dni przed drugim podejściem miałam wypadek. Gość zajechał mi drogę i uderzyłam w niego. Mnie nic się nie stało, ale samochód dość mocno ucierpiał. Facet szedł w zaparte, że to nie jego wina, ale zanim ostatecznie przegrał sprawę i mogłam ubiegać się o odszkodowanie minęło kilka miesięcy i samochód grubo stracił na wartości. Bo był powypadkowy i już o rok starszy. A firma miała się coraz gorzej. Trzecie podejście na giełdę. Przed wyjazdem wyszłam z psem na spacer i skręciłam nogę. Tym razem nie odpuściłam. Poprosiłam brata żeby mnie zawiózł i wreszcie sprzedałam ten nieszczęsny samochód. Część pieniędzy władowałam w firmę, a za resztę niedrogie używane auto. Długo się nim nie nacieszyłam. Ukradli mi go spod bloku po trzech tygodniach w nocy. Następnego dnia miałam jechać do t.u. ubezpieczyć go na AC. Kilka tysięcy poszło się bujać. Zresztą co tu dużo gadać. Wszystkie pieniądze poszły się bujać, bo próby ratowania firmy wszelkimi sposobami nie powiodły się, i w 2000 roku musiałam ją zlikwidować. Zostały długi, a w związku z tym sądy, wyroki, komornicy i egzekutorzy skarbowi którzy zaczęli mnie wkrótce regularnie nachodzić. Oni grzecznie (trzeba przyznać) czekali, bo wiedzieli, że i tak mnie dopadną jak będę miała stałe źródło dochodu. Miałam na głowie jeszcze jedną firmę, która mnie nie podała do sądu, bo się z nimi ułożyłam, że będę ich spłacać w określonych ratach w wyznaczonych terminach. Na tej umowie najbardziej mi zależało, bo terminowe wywiązanie się oznaczało umorzenie części zobowiązań. Żeby jej dotrzymać, wynajęliśmy w naszym trzypokojowym mieszkaniu dwa pokoje studentom.

Jak już wcześniej wspominałam, firma była naszym jedynym źródłem utrzymania, więc  gdy ją straciliśmy, zaczął się etap poszukiwania pracy. Bezskutecznie. Kto na początku lat dwutysięcznych, gdy bezrobocie sięgało kilkunastu procent chciałby zatrudnić „dziadków” po pięćdziesiątce? Trafiały się jakieś drobne fuchy na umowę zlecenie, dodatkowo ja szyłam, a mąż chałturzył u sąsiadów, ale to była kropla w morzu potrzeb. Brakowało na czynsz i inne opłaty. Spółdzielnia monitowała i straszyła sądem, a PGE i PGNiG odcięciem prądu i gazu. Do tych dwóch ostatnich kapało się po parę groszy żeby widzieli dobre chęci i odpuścili. Długi firmowe nie malały, a prywatne rosły. Miałam szansę wyjechać do pracy za granicę, ale mama dostała zawału i musiałam zostać żeby się nią zająć. Jak trafiła mi się okazja na pracę w kraju, to przed zatrudnieniem tak fatalnie złamałam lewą rękę w nadgarstku (jestem mańkutem), że składali mi ją pod narkozą. Potem sześć tygodni gipsu. Po zdjęciu gipsu okazało się, że dopadło mnie, (a właściwie moją rękę) paskudne choróbsko o wdzięcznej nazwie zespół Sudecka. Groziła mi martwa dłoń. O szyciu mogłam zapomnieć. Rehabilitacja trwała rok.

W dwutysięcznym czwartym roku przeszłam na wcześniejszą emeryturę i wtedy wkroczył komornik. Zostawało mi niewiele, ale stały grosz cieszył, a długów ubywało. Nadal żyliśmy nad wyraz skromnie, ale już nie planowałam wyjazdu za pracą, bo mama coraz bardziej podupadała na zdrowiu. Byłam jej potrzebna na co dzień. Odeszła w 2006 r. Na temat kłopotów, jakie miałam ze strony rodziny (zwłaszcza siostry) w związku z formą pochówku napisałam parę słów w poście pt. „Moja siostra katoliczka” – 01.05.2011r

Po koniec 2006 r. mąż przeszedł na emeryturę. Przybyło pieniędzy. Nadal żyliśmy bardzo skromnie, ale przyśpieszyłam spłatę długów. Miałam świadomość, że przed nimi nie ucieknę i nie chciałam żeby wisiały nade mną do końca życia. W połowie 2008 roku, szok i niedowierzanie – mąż jest chory na raka. Lekarze dawali mu kilka miesięcy życia. Walczyliśmy w nadziei, że uda się pokonać chorobę. Teraz, gdy zaczynaliśmy wychodzić na prostą i mogliśmy spokojnie dalej żyć? To nie mogło tak się skończyć. W grudniu spłaciłam resztki długów. Dziewiątego marca następnego roku umarł mąż. Jego śmierć, jak każdego członka rodziny była traumą. Jednocześnie jego śmierć zakończyła serię złych zdarzeń jakie działy się w moim życiu przez kolejnych trzynaście lat. Tak, jakby los zdecydował, że wystarczająco mi dokopał i może sobie odpuścić.

Przez ostatnich dziewięć lat moje życie płynie tak spokojnie. Wszystko układa się pomyślnie. Zdrowie, relacje w rodzinie i z otoczeniem, finanse. Z tymi ostatnimi, to może szału nie ma, ale w końcu jakoś sobie radzę. Jest dobrze. Chciało by się powiedzieć chwilo trwaj wiecznie.

 

 

 

 

 

Moi malutcy towarzysze codzienności

 

                                              Ta biała chmura to bąbelki z filtra

Było już o moich kotach, o psince, to dziś kolej na rybki.

Akwarium zostało mi w spadku po mężu. Mąż hodował sobie rybki, a mnie to wcale nie interesowało. Gdy odszedł, nie wiedziałam co z tym fantem zrobić. Nie miałam go komu dać, a jednocześnie nie wyobrażałam sobie, że mogę ot, tak po prostu wyrzucić te maleńkie stworzenia np. do wc. Postanowiłam więc, że się nimi zajmę dopóki nie znajdę chętnego.

Z czasem nauczyłam się jak je pielęgnować i tak się do nich przywiązałam, że już nie wyobrażam sobie pokoju bez tego szklanego zbiorniczka z kolorowymi istotkami w środku. Lubię obserwować jak płynnie, z wdziękiem ganiają się w wodzie i jak na wyścigi podpływają pod powierzchnię wody po świeżo sypniętą karmę.

Przez wszystkie lata, od kiedy prowadzę to akwarium, przewinęły się przez nie różne gatunki rybek. Miałam więc okazję obserwować jak różne mają zwyczaje, zachowania i charaktery. Tak. Charaktery też. Jedne mają naturę awanturniczą, inne spolegliwą. Przyjaźnią się i nie lubią. Są towarzyskie lub wolą samotność.

Jakiś czas temu zaskoczyły mnie swoim zachowaniem mieczyki. Oprócz innych rybek z całej gromadki mieczyków zostały mi wtedy tylko trzy – dwie samiczki i samiec. Samiec był słaby i siedział tylko przy dnie. Szykował się do odejścia. Pewnego ranka wrzuciłam im jak zwykle karmę i obserwowałam jak zabierają się do jedzenia. Samiczki podpłynęły do góry i nie zaczęły jeść, tylko obie zanurkowały do swojego towarzysza i poszturchując delikatnie zaczęły go wyraźnie namawiać, żeby wypłynął z nimi do góry. Niestety. Bez skutku. Zostały z nim jeszcze chwilę zanim odpłynęły.

Wzruszyłam się na ten widok. Czym się kierowały? Instynktem? A może jednak było to coś więcej? My, ludzie odmawiamy zwierzętom posiadania uczuć, ale tak w gruncie rzeczy, to co my możemy wiedzieć jakimi rodzajami emocji obdarzyła natura (Bóg?) inne żywe istoty. Bo dziś już udowodniono,że rośliny też mają uczucia. Jedne lubią swoje towarzystwo, a inne przeciwnie. Czują strach i ból.

Więc jak to jest? Wygląda na to, że wszystkie formy życia posiadają jakąś świadomość, i wcale do tego nie jest potrzebny mózg.

Czy wierzyć w cudy?

 Co to są cudy. 
  1. Wg Wikipedii są to niewyjaśnione i niezbadane zjawiska, nie do pojęcia dla rozumu ludzkiego.
  2. W religii katolickiej cud oznacza wydarzenie nieprawdopodobne, wywołane z intencji Boga i zakładające Jego zaangażowanie.
Jak się tak zaczęłam zastanawiać nad tymi dwiema definicjami,
to doszłam do wniosku, że obie mają punkt zbieżny. A jest nim pierwszy cud jakim było powstanie Wszechświata.
Wg nauki, nasz Wszechświat powstał w wyniku Wielkiego Wybuchu – a zdaniem niedawno zmarłego naukowca astrofizyka i kosmologa Stephena Hawkinga przed Wielkim Wybuchem nie było nic. Skoro coś powstało z niczego, to czy to nie cud?
Wg Biblii wyraźnie stoi, że to Bóg stworzył Świat i też przedtem nic nie było, więc to był pierwszy cud uczyniony przez Boga.
Idąc dalej tym tropem, to co prawda naukowcy wiedzą już, jak po Wybuchu powstały gwiazdy, planety, księżyce i całe galaktyki, wiedzą z jakich pierwiastków są zbudowane i jak działa ten cały „kosmiczny kram”, ale nie wiedzą skąd wzięło się na ziemi życie. Istnieje wiele teorii co do jego początków, ale tak do końca to nic nie wiadomo. I czy to nie cud, że w ogóle powstało ze wszystkimi jego formami akurat tu, na tej jedynej planecie w całym układzie słonecznym? A może to Bóg maczał w tym swe Boskie palce?
Z wszelkich form życia na ziemi niewątpliwie największym cudem natury (a może Boga?) jest człowiek z jego najlepiej rozwiniętym mózgiem i zdolnością do  koncepcyjnego myślenia oraz tworzenia skomplikowanych dzieł  na własny użytek. Nie jest to jednak cud doskonały, bo byłby równy Bogu. Bóg dając człowiekowi zdolności poznawcze postawił granicę, której nigdy nie przekroczymy. Na ogół nie wtrąca się do nas, ale od czasu do czasu interweniuje ze znanych tylko sobie powodów i jeśli nie rozumiemy dlaczego tak się dzieje, to nazywamy to cudem.
Czasami czytamy, lub słyszymy o nagłym, niezrozumiałym powrocie do zdrowia śmiertelnie chorego człowieka, który zdaniem lekarzy z racji zaawansowania choroby nie miał prawa przeżyć. Przeżywamy szok i niedowierzanie na wieść o katastrofie lotniczej w której ginie sto kilkadziesiąt osób, a jedna wychodzi żywa. Nie rozumiemy jak to możliwe. I w jednym i w drugi przypadku można mówić o cudzie. To Bóg zdecydował że mają żyć dalej, bo takie miał wobec nich plany.
Opowiem jeszcze o dwóch przypadkach, które wydarzyły się w moim życiu, z których pierwszy nazwę cudem, a drugi…….. chyba też.
-Pierwszy, to był wypadek samochodowy mojej córki. Był mroźny styczniowy dzień 1996 r. Późnym popołudniem córka poprosiła mnie, żebym jej udostępniła samochód, bo chciała skoczyć do koleżanki po jakieś notatki. Zgodziłam się, ale poprosiłam żeby szybko wracała bo będę się denerwować. Obiecała, że tak zrobi. Po dwóch godzinach czekania byłam już na nią mocno zła i obiecałam sobie, że jak wróci, to dostanie niezły wycisk. Nagle zadzwonił telefon i pan przedstawiając się, że dzwoni z policji prosił żebym przyjechała (tu podał adres) bo córka miała wypadek. To było ok. kilometra od naszego domu, więc pognałam pieszo. Dotarłam na miejsce i na widok tego, co zobaczyłam nogi się pode mną ugięły. Samochód był zawinięty jak rogalik na słupie oświetleniowym. Słup stał w miejscu fotela kierowcy, a zmiażdżony fotel zepchnięty na siedzenie pasażera. Córki nie było. Powiedzieli mi tylko, że żyje i została odwieziona do szpitala. Nie uwierzyłam im. Pojechałam do szpitala i miotałam się po izbie przyjęć wyobrażając sobie najgorsze. Chciałam ją zobaczyć i nie mogłam, bo ponoć była w tym czasie badana. Wreszcie przywieźli ją. Była przytomna – jej pierwsze słowa to było „przepraszam mamo”. A ja byłam wniebowzięta. Moje dziecko żyło i miało się nie najgorzej. Miała lekkie wstrząśnienie mózgu i trochę lekkich zadrapań. Uratował ją brak zapiętych pasów. Gdy samochód uderzył w słup drzwiami od strony kierowcy, siła uderzenia wyrzuciła ją na siedzenie obok, a potem chyba wypadła przez prawe drzwi. Gdyby miała zapięte pasy, słup by ją zmiażdżył. To był naprawdę cud.
-Drugie zdarzenie miało miejsce w 2006 r. W tym roku zmarła moja Mama. W kilka miesięcy później, w listopadzie był dzień imienin Mamy. Postanowiłam w tym dniu jechać na cmentarz. Kupiłam piękną czerwoną żywą różę i pognałam na przystanek MPK. Było lekko po południu, więc obliczyłam, że choć ze względu na odległość to wyprawa na dwie godziny, to powinnam się wyrobić przed zmrokiem. Nie wzięłam pod uwagę, że pogoda i komunikacja miejska popsuje mi szyki. Zaczął padać śnieg i nagle okazało się, że co drugi autobus wypada z rozkładu. Miałam dwie przesiadki i dzięki tym dwom zbiegom okoliczności, gdy dojechałam na ostatni przystanek przed cmentarzem zaczęło się ściemniać. Wysiadłam z autobusu. Śnieg sypał gruby i gęsty jakby się chmura oberwała. Byłam sama na drodze w tym białym tumanie. Tak mi się wydawało, bo nagle ni stąd, ni zowąd obok mnie zjawił się mężczyzna. Zapytał dokąd idę. Zaczęłam się bać, więc powiedziałam że do tego najbliższego domu, co są światła w oknach. Mężczyzna chciał mnie wziąć za rękę i wtedy zaczęła ogarniać mnie panika. Nagle poczułam, że oprócz nas dwojga, jeszcze ktoś tam jest. Nie widziałam tej osoby, ale czułam jej obecność i płynący od niej przekaz:”nie bój się-jesteś bezpieczna”. Mężczyzna wycofał się. Pozostał gdzieś z tyłu, a ja nie oglądając się (mimo wszystko tlił się we mnie niepokój) poszłam w kierunku cmentarza. Gdy przekroczyłam bramę, byłam już całkowicie spokojna. Nie bałam się, choć o tej porze byłam jedyną śmiertelniczką przemierzającą oświetlone alejki pokryte białym puchem. Dotarłam na miejsce, położyłam różę, postałam chwilę i zawróciłam po własnych śladach. Po powrocie do domu długo zastanawiałam się nad tym, co mnie spotkało i kim był mój niewidzialny Anioł Stróż. Za dwa tygodnie pojechałam już odpowiednio wcześnie, czyli w biały dzień (żeby nie prowokować losu). Zima odpuściła. Śnieg stopniał. Na grobowcu leżała czerwona róża (ta sama) piękna i świeża jakby przed chwilą ścięta z krzaka.

Wiosna tuż, tuż

                   

Dziś w nocy śniło mi się, że miałam jechać z moją psinką do weterynarza. Wsiadłam do autobusu i gdy już ruszył zorientowałam się, że psinka została na przystanku. Krzyknęłam do kierowcy żeby się zatrzymał bo muszę wysiąść, ale nie chciał i wysiadłam dopiero na następnym. Ruszyłam pędem z powrotem i nagle zobaczyłam że Mika biegnie środkiem ulicy i za chwilę przejedzie ją nadjeżdżający samochód. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam bo czułam jak coś uciska moją klatkę piersiową. Nie mogłam złapać tchu i obudziłam się. Ucisk na klatkę nie zelżał. Gdy oprzytomniałam, zorientowałam się że to Mika gramoli się na mnie przednimi łapami bo chce zejść z łóżka. Wszystko było jasne. Wstawaj pani – wychodzimy. Spojrzałam na zegarek. Czwarta nad ranem. Kurczę pieczone. Ale jak mus, to mus. Kurtka na piżamę i na dwór. Byłyśmy tylko tyle ile trzeba Z jednej strony zła o tę nocną eskapadę, a z drugiej…… troszkę mi się humor poprawił, gdy usłyszałam jak pięknie gdzieś

niedaleko śpiewa ptak. O tej porze to chyba słowik?

Wracając do psinki. To nie była pierwsza taka noc. Niestety, moja sunia w tej chwili starzeje się w przyśpieszonym tempie. Zaczął się problem z dłuższym utrzymaniem moczu. Muszę z nią wychodzić co dwie – trzy godziny. Ostatni raz niby o 23-ej, ale bez żadne gwarancji że wytrzyma do rana. Bywa, że musimy wyjść o pierwszej w nocy, czy o czwartej jak ostatnio. Mnie więc ta wiosna cieszy dodatkowo, bo nie było miło wychodzić w środku nocy na kilkunastostopniowy mróz.

Czytając ten tekst, na pewno każdy zauważy, że piszę o psie w łóżku. W dzień, to ona ma swój kosz z kocykiem, ale na noc zabieram ją do siebie. Śpi w nogach i mnie to nie przeszkadza, tylko jak chce zejść, to czołga się w stronę poduszki sygnalizując w ten sposób, że chce na podłogę.

To mój mąż nie mogąc znieść jej skomlenia, dochodzącego z podłogi, gdy kładliśmy się spać zaczął ją zabierać do nas do łóżka i tak już zostało. Nie my pierwsi.

Ponoć właściciele jamników dzielą się na tych, co śpią ze

swoimi psami i na tych, co się do tego nie przyznają.

Kończę. Zbliża się 24-ta. Wyjdę jeszcze na chwilkę z moją staruszką i liczę na to, że do rana wytrzyma.

 

Dzisiejszy świat

                Byłam u znajomej, której urodziła się pierwsza wnusia. Malutka ma już trzy miesiące, więc świeżo upieczona babcia uznała, że pora pochwalić się dzidzią. Cudowne, słodkie maleństwo. Jej córa skarżyła się, że nic nie może w domu zrobić, taka jest zapracowana przy dziecku. Bo pranie, prasowanie, kupki, zupki ………itd. itp.

Moja najmłodsza wnuczka skończy w tym roku siedem lat, ale pamiętam, że córka również skarżyła się na totalny brak czasu na wszystko, z powodu opieki nad maciupeństwem.

A przecież w porównaniu do moich czasów dzisiejsze młode mamy dysponują środkami o jakich mnie się nie śniło. To raptem jedno pokolenie, a jak dużo się zmieniło. Na plus oczywiście. Miałam okazję obserwować na bieżąco jakimi środkami dysponuje moja córka w związku z macierzyństwem. Doskonałe warunki lokalowe z pełnym wyposażeniem w sprzęt ułatwiający prowadzenie domu. A wyprawka? Full wypas. Te stosy pampersów, ślicznych maluśkich ciuszków. Te środki do pielęgnacji. Chusteczki nawilżane do buzi i do pupci, maści, kremy, aerozole których nazw nie sposób zapamiętać. Różne rodzaje smoczków i lekkich buteleczek do karmienia. Dziś chyba żadna mama nie wyobraża sobie opieki nad maleństwem bez tego całego arsenału.

  A jaka oszczędność czasu! Dzięki temu, może dużo więcej czasu poświęcić bezpośredniemu kontaktowi ze swoim maluszkiem.

A teraz jak to było gdy ja po raz pierwszy zostałam mamą w latach siedemdziesiątych ub. wieku.  

Gdy urodziłam synka, przez pierwsze cztery miesiące mieszkaliśmy jako młoda rodzina w domku bez żadnych wygód. Ot – dwa przechodnie pokoiki z kuchnią. Piec na węgiel donoszony z komórki z zewnątrz. Wodę nosiło się wiadrami ze studzienki jakieś 200 m od domu. Za kanalizację robiła wygódka z tyłu za domem, a nocą wiaderko w sieni. O pampersach, to mi się nawet nie śniło. Królowała tetra w ilości 40 sztuk i flanela. Na początku dziennie „szło” jakieś 30 sztuk. Żeby więc nie brakowało, jak się uzbierało kilkanaście sztuk (użyte moczyły się w wiaderku z płatkami mydlanymi) trzeba było je uprać w pralce wirnikowej i wygotować w kotle na kuchni węglowej. Na to pranie, to ja musiałam sobie często gęsto sama nanosić wody, no bo mąż był w pracy. Tak średnio dziennie osiem wiader wody. Byłam po „cesarce” i co z tego. A potem jak wyschło,to trzeba było to wszystko uprasować. Pieluchy, kaftaniki z batystu i flaneli. Paskudne, rozwleczone po pierwszym praniu śpioszki. Ale cóż. Nie było wyboru. I tak dzień po dniu. Mój synek zbuntował się po dwóch miesiącach i postanowił, że on cyca więcej do buzi nie weźmie. Na szczęście niedługo potem przeprowadziliśmy się do mieszkania „z wygodami” (woda, gaz, kanalizacja), bo zaczął się etap wielokrotnego w ciągu dnia przygotowywania mleka w proszku. Rozcieranie w kubku z wodą, gotowanie, schładzanie ciężkich szklanych butelek. W smoczkach robiło się dziurki własnoręcznie rozgrzaną igłą. Między posiłkami trzeba było dziecko przepajać rumiankiem i koperkiem ( nie przypominam sobie torebek ekspresowych). W miarę, jak dziecko rosło, poszerzał się asortyment dań. Kaszka manna, która złośliwie lubiła przywierać do dna garnuszka.Raz taka świeżo ugotowana kaszka przywarła do mojego nadgarstka. Ojjjjj…. bolało. Całą noc chodziłam  po mieszkaniu jak zwierzę w klatce. Dania obiadowe w postaci zupek jarzynowych przyrządzanych własnoręcznie i przecieranych przez nylonowe sitko. Tu z kolei wkładka mięsna z cielęcinki, czy kurczaczka uparcie odmawiała przejścia przez oczka tegoż. Nie miałam miksera i nie przypominam sobie, żeby taki sprzęt w tamtych czasach był. Kisielki z owoców, budynie na żółtkach – wszystko przygotowywane na bieżąco w domu. To musiało trwać. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. Dania obiadowe w postaci zupek jarzynowych przyrządzanych własnoręcznie i przecieranych przez nylonowe sitko. Tu z kolei wkładka mięsna z cielęcinki, czy kurczaczka uparcie odmawiała przejścia przez oczka tegoż. Nie miałam miksera i nie przypominam sobie, żeby taki sprzęt w tamtych czasach był. Kisielki z owoców, budynie na żółtkach – wszystko przygotowywane na bieżąco w domu. To musiało trwać. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. Dania obiadowe w postaci zupek jarzynowych przyrządzanych własnoręcznie i przecieranych przez nylonowe sitko. Tu z kolei wkładka mięsna z cielęcinki, czy kurczaczka uparcie odmawiała przejścia przez oczka tegoż. Nie miałam miksera i nie przypominam sobie, żeby taki sprzęt w tamtych czasach był. Kisielki z owoców, budynie na żółtkach – wszystko przygotowywane na bieżąco w domu. To musiało trwać. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. 

Mój synek nieraz biedny krzyczał wniebogłosy, gdy ja szarpałam się między praniem, sprzątaniem i gotowaniem dla niego. Faktem jest, że przez pierwsze miesiące życia płakał bardzo dużo. W dzień i w nocy. Chodziłam z nim do pediatry a ona nic nie stwierdzała. Mówiła, że niektóre dzieci są takie krzykliwe i już. Ładna mi pociecha. Absurdem były również niektóre propagowane w tamtych czasach teorie dotyczące opieki nad niemowlęciem. Pierwsza, to karmić dziecko co trzy godziny, a w międzyczasie tylko przepajać (nie karmić w nocy).  Druga – nie nosić niemowlęcia na rękach, bo się przyzwyczai i nie pozwoli się z tych rąk zdjąć. Ma leżeć w łóżeczku i już. A ja głupia, młoda, nafaszerowana teorią z „mądrych” książek (pierwsze dziecko) w dobrej wierze starałam się tych zasad przestrzegać. Dziecko na tym cierpiało. Nie oznacza to,że w ogóle go nie nosiłam, ale na pewno nie tyle, ile potrzebował.

Zmądrzałam, gdy sześć lat później urodziłam córkę. Pomna doświadczeń i błędów popełnionych w opiece nad pierworodnym, odrzuciłam książkowe mądrości i zaufałam instynktowi.  Mała była spokojniejsza i chowała mi się lepiej. 

Wracając do syna, gdy już był starszym dzieckiem, a potem nastolatkiem, nieraz zastanawiałam się, czy jego nerwowość, nadpobudliwość i ogromnie pragnienie akceptacji to nie był efekt  „zimnego wychowu” w pierwszym okresie jego życia.

Dzisiejszy świat, ze wszystkimi ułatwieniami i udogodnieniami jakie oferuje młodym rodzicom współczesne życie, (plus zwrot o 180 stopni w podejściu do potrzeb fizycznych i emocjonalnych dziecka) sprzyjają temu, żeby maleńki człowiek od pierwszego dnia rósł w poczuciu bezpieczeństwa i miłości, na okazywanie których to uczuć –  choć bardzo kochałam – często brakowało mi czasu.    

Figa i Stefan

Dziś Światowy Dzień Kota, a więc kocie święto. A czy koty o tym wiedzą? Szczególnie te bezpańskie, których nikt nie chce? Na moim osiedlu dawniej koty mogły mieszkać w piwnicach bloków. Były wybite w betonowych ścianach piwnic małe okienka którymi koty wchodziły do środka. Od kilku lat to się zmieniło. Okienka zamurowano, koty wyrzucono na ulicę i nawet zimą ludzie nie chcą wpuszczać kotów na klatkę schodową (bo smród i zarazki). Nie mają więc nasze osiedlowe kotki lekko. Szczególnie zimą. Im święto nie w łebku. Walczą o przetrwanie żywiąc się po śmietnikach i szukając ciepła pod samochodami które nagrzane zjechały właśnie na parking. Byle do wiosny.

            Bardzo lubię koty i strasznie mi ich żal, ale przecież wszystkich nie przygarnę do mieszkania w bloku. Mam zresztą dwa. A oto one:

Figa to dziesięcioletnia kociczka przyniesiona przez męża z piwnicy w czasach, gdy koty jeszcze tam mieszkały. Miała kilka miesięcy i bardzo chciała mieć swój dom u ludzi. Ona po prostu wybrała sobie męża na właściciela.

Bardzo wrażliwa i delikatna. Dama w każdy calu. Uwielbia robić mi psikusy chowając się w różnych dziwnych miejscach (najchętniej w którejś z szaf albo w szufladzie kanapy) i nie reaguje gdy ją szukam i nawołuję, po to żeby za jakiś czas zjawić się znienacka gdy jest pora posiłku. Latem lubi przesiadywać na balkonie w którejś z doniczek z kwiatkami.

            Stefan to pięcioletni kocurek którego przyniosła najstarsza wnuczka. Miał rok jak się u mnie zjawił. On jest niby wnuczki, ale skoro mieszka u mnie? Przesympatyczne, towarzyskie stworzenie które uwielbia mi przeszkadzać gdy akurat coś robię i nie mam dla niego czasu. Nie da się go łatwo spławić. Zaczepia łapką prosząc o pieszczotę. Lepiej więc mu ustąpić Gdy dostanie swoją porcję karesów to dopiero odpuszcza i zostawia mnie w spokoju. Uwielbia chować się do toreb podróżnych (jeśli akurat takowe są na wierzchu) i tekturowych pudeł. Bardzo chciał się zaprzyjaźnić z Figą, ale ona nigdy go nie zaakceptowała. Od czasu do czasu zdarzają się więc między nimi krótkie spięcia. Zwłaszcza Figa – gdy Stefan podejdzie za blisko wyraża swoją dezaprobatę fukając i parskając.

Była tylko jedna sytuacja, gdy Figa stanęła na wysokości zadania w obronie gatunku. W dniu w którym Stefan zjawił się u nas w domu wszyscy, czyli ja, Figa i Mika (o Mikusi było wcześniej) zebraliśmy się w pokoju żeby przywitać przybysza. Mika, z początku spokojna, nagle z wielkim ujadaniem rzuciła się na nowego kotka. I stało się coś niebywałego. Nieśmiała, wycofana Figa z sykiem wskoczyła Mikusi na grzbiet i dosłownie wyjechała na niej z pokoju………. no bo Mika zszokowana tym atakiem dała nogę. Od tej pory Mika nigdy nie zaczepiała Stefka. Żyją w zgodzie i nawet czasami się bawią.

Jest powiedzenie o wiecznie kłócących się ludziach, że „żyją jak pies z kotem”. U mnie na odwrót. Koty się „kłócą” miedzy sobą, a z psem żyją w zgodzie.

 

 

 

Mika

 

Mika to jamniczka. Dostałam ją w lutym piętnaście lat temu jako dwumiesięczne szczenię. Była tak malutka, że mieściła mi się w dłoniach. Mój pierwszy piesek odszedł dwa lata wcześniej i nie miałam w planach posiadania następnego. Gdy jednak ją zobaczyłam i w dodatku dowiedziałam się że nikt jej nie chce i musi iść do schroniska, nie wahałam się ani chwili. I tak mieszkamy sobie razem dając sobie nawzajem miłość. Jak długo jeszcze? Coraz częściej zadaję sobie to pytanie i martwię się. Bo moja psinka w tej chwili starzeje się w przyspieszonym tempie. Pogorszył jej się wzrok i słuch. Przybywa dolegliwości fizycznych. Zmieniło się jej zachowanie. Jest taka smutna. Ogonek dawniej ruchliwy i sterczący do góry jak antenka chowa teraz pod siebie jakby się ciągle czegoś bała. Zrobiła się niespokojna. Kręci się za mną po mieszkaniu (musi mnie mieć w zasięgu wzroku) i upomina się o ciągłe zainteresowanie.  Gdy wychodzę z domu, ponoć cały czas skomli i szczeka.

Dawniej spokojna na wizycie u weterynarza, teraz przy pobieraniu krwi (trzeba kontrolować stan nerek i wątroby) wydziera się wniebogłosy jak zarzynane prosię. Nie mówiąc o tym, że trudno ją wtedy unieruchomić – tyle ma siły. Pani weterynarz stwierdziła że to demencja. Zdziwiłam się. Jak to demencja? U psa? Po powrocie do domu zajrzałam do internetu i faktycznie. Pies może mieć demencję starczą tak jak człowiek. Zapada na nią ok. 50% piesków. Można powiedzieć że tylko, albo aż 50%. Że też moja psinka musiała się znaleźć w tej gorszej pięćdziesiątce. Mam więc powód do zmartwienia co będzie dalej. Świadomość, że nie tylko jej stan fizyczny ale i psychiczny będzie się pogarszał dołuje mnie. Dla mnie to nie jest tylko zwierzę. To jest towarzyszka życia i niezawodna przyjaciółka. Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie że może na zawsze zniknąć z mojego życia.

Jak ten czas zasuwa..

Wydawało by się jakby dopiero kilka dni temu zaczął się nowy rok, a tu już prawie połowa lutego. Wielkimi krokami zbliżają się ostatki. Wczoraj tłusty czwartek. Dzień obżarstwa pączkami.

Nie znam takich którzy w tym dniu nie pozwolili by sobie na zjedzenie chociaż jednego. Rekordziści potrafią wsunąć nawet kilkanaście. Co na to wątroba? Moja jednorazowo zgadza się na góra trzy sztuki. I to takie domowej roboty. Bo ja ten jeden raz w roku robię pączki sama. Mam sprawdzony przepis z takiej starej  książki o wypiekach z początku lat 70-tych ub. wieku i trzymam się go rokrocznie. Zawsze wychodzą pyszne. Puszyste, leciuteńkie, z kwaskowym nadzieniem z powideł śliwkowych o lekkim aromacie różanym. Rodzina i znajomi są zachwyceni. Te ze sklepu się do nich nie umywają. Taki domowy pączek porządnie zrobiony jest porównywalny cenowo (jeśli chodzi o produkty – nie liczę wkładu pracy) do tych ze sklepu, ale warto było poświęcić te kilka godzin, żeby usłyszeć te hymny pochwalne pod moim adresem.

Dziś byłam z moją psinką na badaniu kontrolnym wątroby. Niestety nie jest najlepiej. Wyniki są coraz gorsze. Stąd pewnie jej ostatnie zachowanie. Może to nawet nie jest nawet sugerowana przez weta demencja, tylko stres spowodowany dolegliwościami. Trudno, żeby psina wesoło merdała ogonkiem, jak ją coś w środku boli, a chodzi za mną, bo szuka pomocy. Jak ja jej mogę pomóc, poza regularnym dawkowaniem leków przepisanych przez weta?

Kurczę pieczone! Dał mi pan dzisiaj do myślenia…….. Nie ukrywam – świeczki stanęły mi w oczach. Potem zaczął mnie pocieszać, że oni z ich strony zrobią wszystko żeby psinka żyła jak najdłużej w jak najlepszej formie. Czyli ciekawe jak długo?