Żegnaj Mikusiu

Odeszła na zawsze moja ukochana psinka. Jest mi tak strasznie ciężko. Nie mogę się pozbierać. Nie umiem się zupełnie odnaleźć w nowej sytuacji. Chodzę po mieszkaniu i wydaje mi się, że słyszę jak za mną idzie. Oglądam się, żeby jej nie nadepnąć, a za mną  pustka. Daję kotom jeść, i stawiam kocią miskę wysoko, żeby nie dosięgnęła do ich karmy, jak to miała w zwyczaju. Kładę się do łóżka, zamykam oczy i wydaje mi się, że słyszę jak się mości w swoim koszu, żeby zaraz z niego wyjść i przydreptać do mnie po to, żebym ją wzięła do siebie. Wyciągam nogi w łóżku omijając miejsce w którym zawsze śpi spała, żeby jej niechcący nie zepchnąć. Obudziłam się dziś rano i pierwsza myśl to, że trzeba wstawać, bo z psinką na spacer. W ciągu dnia łapię się na myśli, czy już nie pora na kolejny spacer. Ona wciąż jest gdzieś blisko mnie.

Kocham wszystkie moje zwierzaki, ale ona miała szczególne miejsce w moim sercu. I tak już zostanie na zawsze.

Żegnaj Mikusiu. Usnęłaś tutaj na zawsze, ale wierzę, że obudziłaś się w psim raju, gdzie nie ma chorób i ogromnego cierpienia jakie było twoim udziałem w ostatnich godzinach twojego życia.

 

 

Reklamy

Tusz kreślarski jako eyeliner?

Zainspirował mnie wpis Caffe (Make up Caffe – 04.07) traktujący o makijażu i malowaniu się. Myślę, że nie będzie mi miała za złe, jeśli wniosę do tego tematu mój wątek. A właściwie wspomnienie, jak to było w czasach mojej młodości.

Była druga połowa lat sześćdziesiątych ub. wieku. Miałam -naście lat i poszłam do szkoły średniej (budowlanka). Do tej pory w kwestii malowania się zielona jak szczypiorek na wiosnę, zobaczyłam że niektóre moje koleżanki podkreślają swoją urodę dyskretną kreseczką i cieniem na powiece. Postanowiłam spróbować i ja. Nie przyszło mi do głowy, żeby je zapytać czym one się malują (mama się nie malowała, więc nie miałam pojęcia o kosmetykach), użyłam więc do zrobienia kresek na powiekach tuszu kreślarskiego. Efekt oczywiście był odwrotny od zamierzonego. Powieki zaczęły mnie piec, oczy szczypać bo tusz dostał się do worka spojówkowego, musiałam więc szybciutko umyć twarz i na jakiś czas minęła mi chęć na malowanie się.

Ponownie zaczęłam eksperymentować z makijażem jak zaczęłam chodzić z chłopakiem. Wiadomo – chciałam się podobać. To chyba naturalne. Nie pamiętam, skąd czerpałam wiedzę jak to robić, ale pewnie z gazetek dla dziewcząt. Arsenał środków nie był bogaty, ale wystarczyło. Trochę pudru, cień na powieki, tusz do rzęs, no i obowiązkowo bardzo modne w tamtym czasie kreski. Z czasem doszedł pod puder fluid.

Lubiłam się malować przez całe moje czynne życie zawodowe, choć oczywiście trendy się zmieniały. Kreski z czasem odeszły w zapomnienie, by powrócić do łask w ostatnich latach. Niestety, już ich nie zastosuję bo one dodają urody, gdy są idealnie równe na gładkiej skórze powiek, a z wiekiem wiadomo….. Jaskrawe cienie do powiek (niebieskie i zielone – w dodatku perłowe) ustąpiły miejsca całej gamie stonowanych odcieni dopasowanych do koloru oczu i karnacji skóry. Z korzyścią zresztą. Dzisiejsze makijaże pomimo wielowarstwowości są bardziej naturalne. Zresztą, co tu dużo gadać. Czy to dziś, czy kiedyś, w makijażu ważny jest umiar, żeby nie zamienić twarzy w maskę.

Wracając do mojego makijażu. Zawsze malowałam się sama. Raz tylko zdecydowałam o profesjonalnym „malunku” u kosmetyczki z okazji ślubu córki. Wiadomo –  jako matka panny młodej chciałam się prezentować jak najkorzystniej. Umówiona na godzinę, w dniu ślubu mojego dziecka pognałam do gabinetu w nadziei, że będę pięknie wyglądać, coby dziecko było ze mnie dumne. Pani (umówmy się wizażystka) znęcała się nade mną dwie godziny. Już nie pamiętam ile warstw podkładów, fluidów, pudrów i innych kolorowych kosmetyków nałożyła mi na buzię. Pamiętam tylko, że bałam się odezwać (i w ogóle zrobić użytku z mięśni twarzy) z obawy, że jak mi to wszystko nie odpadnie jak tynk od ściany, to na pewno spłynie. I prawie spłynęło. Gdy wracałam do domu, był silny wiatr. Moje oczy zawsze łzawiące na wietrze, tym razem dodatkowo podrażnione kosmetykami zaczęły produkować strumienie łez. W domu spojrzałam w lustro i oniemiałam. W moim kunsztownym, kosztownym makijażu łzy wyżłobiły na policzkach głębokie koleiny aż do czystej skóry. A do ślubu została godzina. Naprawiałam te szkody we własnym zakresie. Ostatecznie ponoć wyglądałam ładnie, ale ja byłam rozczarowana nieprofesjonalizmem profesjonalnej ponoć makijażystki.

Dziś maluję się rzadko, bo tylko na spotkania rodzinne, czy towarzyskie. Bardzo dyskretnie zresztą, bo tylko odrobinę pudru, troszkę cienia na powieki i tusz do rzęs. No i błyszczyk na usta zamiast szminki. Przychodzi taki czas, że nadmiar kosmetyków na buzi wcale nie odmładza i nie dodaje urody, a wręcz przeciwnie. Widuję znajome panie, których buzia, pod wpływem zbierającego się w zagłębieniach zmarszczek pudru wygląda znacznie starzej, niż gdyby były nie umalowane. Choć z drugiej strony jestem pełna uznania dla nich, że im się chce. Choćby tylko na zakupy, czy na spacer z psem.

————————————————————————————————————————————-

Poniżej. Zdjęcia modelek z żurnalu mody z 1966 r. Prawda, że ładne? Mimo że w porównaniu z dzisiejszymi czasami wizażyści dysponowali nieporównywalnie skromniejszymi środkami niż dzisiaj.


 

 

I na koniec moje zdjęcie ślubne. Makijaż wykonany osobiście z nieodzowną w tamtych czasach kreską na powiekach.

Geny, czy kremy?

Niewiele jest chyba kobiet którym nie zależy na wyglądzie. Dba się szczególnie o buzię, bo to ona będąc wciąż na widoku decyduje o tym na ile lat nas oceniają. Cała reszta zakryta przez trzy czwarte roku jakoś tak mniej spędza nam sen z powiek.  Choć nie oznacza to, że jest całkiem zaniedbana. Dbamy przede wszystkim żeby ciało było czyste. Dodatkowo najwyżej jakiś balsam nawilżający. Znam też panie, którym właśnie pielęgnacja ciała każe spędzać w łazience co najmniej dwie godziny rano (i drugie tyle wieczorem), no bo jeszcze po podstawowych ablucjach trzeba wetrzeć w skórę kremy pojędrniające, na rozstępy, na cellulit, tudzież podnoszące to i owo. Też kiedyś do nich należałam, ale mi przeszło. Doszłam do wniosku, że szkoda mojego czasu i pieniędzy na te wszystkie specyfiki, bo jedynie stan mięśni decyduje o tym, czy ciało jest jędrne, czy sflaczałe, a tu to już tylko gimnastyka.

Przeważająca większość z nas stara się jednak w miarę sił i środków spowolnić skutki upływającego czasu pojawiające się na twarzy w postaci zmarszczek i grawitacji. Nie mówię tu o paniach (niektórych panów też to dotyczy) które dzięki chirurgii plastycznej liczą na to, że będą wiecznie młode. Przeciętna kobieta kupuje więc kremy i maseczki nawilżające, półtłuste, tłuste, pojędrniające, liftingujące, pod oczy, na twarz, na szyję i dekolt. Na noc i na dzień. Na opakowaniach tych kremów (i masek) producenci chwalą się składem i działaniem (95% kobiet zauważyło znaczną poprawę).Do tych przeciętnych należę i ja. Kupuję więc i stosuję. Jeden się kończy – idę po kolejny. Inny, bo poprzedni coś mało skuteczny. Bo gdy kończy się opakowanie stwierdzam, że coś mi tych zmarszczek nie ubyło i myślę sobie że widocznie należę do tych 5% kobiet na który akurat ten cud kosmetyki nie zadziałał. I tak za każdym razem.

Zastanawiałam się kiedyś, czy gdybym zrezygnowała ze stosowania tych mazideł to czy rzeczywiście moja twarz starzałaby się szybciej. Nie będę eksperymentować. Bo jeśli tak? Ponoć nie wyglądam na swoje lata. Miło łechce kobiecą próżność gdy ci tak mówią. Zasługa to kremów, czy genów?

 

Striptiz u ortpopedy

Bardzo nie lubię chodzić do lekarzy. Zawsze wydaje mi się, że moje ewentualne dolegliwości są zbyt mało poważne, żeby zawracać swoją osobą głowę pani doktor. Nawet jak kaszlę i mam gorączkę 39 st., to gdy czekam pod drzwiami gabinetu na wizytę, kaszel mija, a gorączka spada. No i mam dylemat – iść, czy sobie odpuścić skoro mi się polepszyło. Na szczęście dla mnie, nie mam żadnych przewlekłych schorzeń, więc jeśli już chwilowo – przejściowo coś mi się przydarzy, próbuję na początku pomóc sobie sama.

Tak było i tym razem. Kilka miesięcy temu zaczęła boleć mnie prawa ręka (a właściwie przedramię). Nie powiem, żebym się specjalnie przejęła. Myślałam że  może ją sforsowałam, i nawet tego nie zauważyłam. Poboli i przestanie. Mija tydzień, drugi, a ona nie przestaje, i w dodatku coraz trudniej mi nią poruszać w pełnym zakresie. Jeszcze mnie nie oświeciło, że może by tak do przychodni, tylko zaczęłam ją traktować wszelakimi mazidłami rozgrzewającymi.

Wydawało się, że tok rozumowania i leczenia prawidłowy, bo ból przycichł, a tu okazało się, że on się tylko przyczaił, żeby wrócić ze wzmożoną siłą. Szczególnie odczułam to w ferworze przedświątecznych przygotowań. Gdy zapominając się, próbowałam zbyt intensywnie machać ręką w różnych kierunkach, to przeszywający ból stawiał mnie do pionu.

Po Świętach zdecydowałam więc, że czas zwrócić się o poradę do „rodzinnej”. Na szczęście pani doktor nawet mnie nie oglądała (bo pod gabinetem ból minął), tylko od razu dała skierowanie do specjalisty, czyli ortopedy.

Dwa miesiące oczekiwania na wizytę, to chyba nie tak długo. Może dlatego, że załapałam się do rezydenta. Pomyślałam sobie, że może to nawet lepiej, bo gość jeszcze nie popadł w rutynę, to będzie się bardziej starał. Dopiero pod gabinetem, widząc ten tłum oczekujących (ze mną włącznie) do pokazania panu przyszłemu specjaliście swoich obolałych kręgosłupów, kolan, nadgarstków, itd. itp. przekonałam się, że choćby nawet bardzo chciał, to w ciągu dwóch godzin nie da rady każdym przypadkiem indywidualnie się przejąć zająć. No więc w moim przypadku: wizyta w gabinecie – 2 minuty. Potem kierunek – rentgen barku i kręgosłupa. Powtórnie w gabinecie – 2 minuty. Rzut oka pana doktora na zdjęcie. Brak diagnozy. Skierowanie na ekg barku. Termin za dwa tygodnie. Kolejna wizyta u specjalisty z wynikiem ekg za miesiąc.

A ręka boli. Sama sobie jestem winna. Nie mam prawa narzekać. Od mojej pierwszej wizyty u rodzinnej, do drugiej u ortopedy, to raptem niecałe trzy miesiące, więc tempo niemal ekspresowe. Ekspres jeszcze przyspieszył, bo wizytę zaplanowaną na 04.07 udało się przełożyć na 20.06. Pognałam więc jak na skrzydłach do pana prawie-specjalisty i w oczekiwaniu na swoją kolej cichutko przycupnęłam na krzesełku z książką w ręku w nadziei, że nadrobię zaległości w lekturze. Niestety nie dało się. Jeden pan oczekujący postanowił nie marnować czasu i pod drzwiami gabinetu głośno przez telefon sterował swoją firmą. Udało mi się go grzecznie zagaić między szóstym, a siódmym połączeniem pytając, czy ma świadomość, że może przeszkadzać lekarzowi. Obruszył się, ale  poszedł na hol, skąd dochodziły już tylko nikłe fragmenty prowadzonych rozmów.

Obok mnie, jedna pani drugiej pani opowiadała, że ona to już jest u trzeciego ortopedy w tej przychodni. „Bo wie pani – ten najbardziej uznany, to już tylko za biurka przyjmuje. Dupy do pacjenta nie ruszy. Poszłam do drugiego. Też sława. Mówię mu, że mnie kolano boli. No to on mówi żeby pokazać. Ja zdejmuję spodnie, a on jak nie wrzaśnie: co mi tu pani striptiz robi. Nogawkę do góry poproszę. A nogawki się nie dało, bo za wąska. Przyszłam więc do tego. Może będzie bardziej ludzki”. Uśmiałam się w duchu. Może gdyby pani miała dwadzieścia lat, to może by panu doktorowi nie przeszkadzały te zjeżdżające w dół spodnie celem pokazania kolana. A opowiadająca słusznej tuszy i w słusznym wieku, no to nie był zainteresowany. Swoją parą kaloszy, to z kolanem wybrała bym się chyba jednak w spódnicy.

Wreszcie przyszła moja kolej. Jest diagnoza. Zapalenie kaletek maziowych w barku. Zastrzyk i skierowanie na rehabilitację. Już jest trochę lepiej. Mam dylemat. Bo najbliższe terminy na rehabilitację w ramach NFZ-u to około trzech miesięcy czekania. Odpłatnie – od ręki. Czekać, czy płacić (płakać) i z marszu kontynuować leczenie. Tym razem chyba pofatyguję się do rodzinnej z zapytaniem co będzie dla mnie lepsze.

 

Dziś baba idzie do lekarza….. ortopedy

Mam nadzieję, że nie będę miała perypetii, jak baba z poniższego wierszyka, który koleżanka przysłała mi mejlem jako utwór anonimowy jakiś czas temu.

Znalezione obrazy dla zapytania rysunki satyryczne baba do lekarza

Starość  jest wtedy, gdy koszt świeczek przekracza wartość tortu

………………………………………………………

Wiersz na czasie dla obecnych klientów NFZ

Przyszła baba do lekarza, (to się ciągle jeszcze zdarza) i radośnie błyska okiem, (zapisała się przed rokiem). 

Tu ją strzyka, tam ją boli. W strasznej baba jest niedoli. Lekarz spojrzał na nią ostro. -Proszę lewatywę siostro.Najpierw jednak trochę gadki: Płaci baba w ZUS-ie składki?Na nic ustne zapewnienie, ma przy sobie zaświadczenie?

Ma, lecz lekarz nie lebiega, pyta czy gdzieś nie zalega?Nie zalega, ale zamęt…. a czy płaci abonament?

Płaci, no to Pani chwała. A na kogo głosowała?Czy posiada oszczędności? Członkiem jest solidarności?

Czy się z rządu linią zgadza? I czy męża swego zdradza?Słucha Tuska, czy Rydzyka? Czy wypluwa, czy połyka?

Czy dorabia coś na boku? Czy ma konto na Facebooku?Czy ktoś w domu jest na rencie? Czy ma długi w Providencie?

Gdzie związuje koniec z końcem? W Lidlu, Tesco czy Biedronce?Czy bank przejmie po niej mienie? Czy ma teczkę w IPN-ie

Czy sejmowych baśni słucha? Pies przy budzie- bez łańcucha?Doktor pisał coś na boku. Kazał przyjść jej za pół roku.

Zgłosić się na konsultację. Dziś zaś wziął gratyfikację. Babę wysłał do apteki. Niech kupuje paraleki.

Jakby co, to prosektoria tańsze są niż sanatoria.

Baba chociaż ledwie żywa, to ogólnie jest szczęśliwa.Lecz w tym bajzlu pełnym bzdetów, w nowy limit NFZ-tu

Weszła już więc bez radości, i na konto leków…….. pości!

Morał jest wynikiem draństwa : Jeśli nie chcesz zostać „skórą”, miast obciążać budżet państwa, umrzyj przed emeryturą!!!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Krótkie migawki z mojego okna w kuchni

Są osoby które uwielbiają godzinami przesiadywać przy oknie i obserwować życie toczące się na zewnątrz. Zwłaszcza jak się mieszka na parterze, to pole widzenia jest duże. Jest potem o czym pogadać ze znajomą spotkaną na osiedlu. O Kowalskiej, co to za stara na mini (i ten czerwony podgolony łeb – pani(!) kto to widział w tym wieku!!!). Czy o tej Małej Czarnej z parteru. Żeby pani widziała jakim samochodem dziś ją gość podrzucił! I to nie pierwszy raz. Ciekawe kto to był? A ludzie mówią, że ona tych gości to zmienia jak rękawiczki i że nie za darmo……….

Ja mieszkam na czwartym piętrze, ale też mam okazję zaobserwować co nieco z życia na zewnątrz . Kuchnia wąziutka. Okno w krótkiej ścianie, a pod oknem blat roboczy na którym przygotowuje się posiłki. Chcąc nie chcąc więc krojąc, siekając, mieszając, itp. zerkam przez okno.

Dziś robiłam kruche ciasto na szarlotkę i gdy minęło ryzyko utraty palców na pierwszym etapie (posiekanie nożem masła z mąką), już na kolejnym, czyli przy zagniataniu mogłam sobie zerkać za okno. Południe. Zupa na gazie, okno lekko uchylone bo gorąco, więc słychać co nieco.

Mały brzdąc pod blokiem wrzeszczy wniebogłosy. Pomyślałam, że upadł i zrobiło mi się go żal. Za chwilę słyszę męski głos pytający co się stało. Okazało się, że chciał tylko na ręce do mamy. Krzyk cichnie, więc chyba dopiął swego.

Cisza nie trwa długo. Tym razem sąsiad z następnej klatki tubalnym głosem opowiada koledze o ich wspólnym znajomym i co o nim myśli. Mężczyźni to nieźli plotkarze. Przynajmniej niektórzy.

Naprzeciwko, po drugiej strony ulicy podchodzi do śmietnika bezdomny. Wspina się do okienka wsypowego i nurkuje do pojemnika ze śmieciami. Z mojego okna widać tylko śmiesznie dyndające nogi. Po chwili wynurza się z torbą pełną śmieci. Przekopał jej zawartość i znalazł spory kawałek kiełbasy który od razu zaczął wcinać. Trochę zgłupiałam na ten widok. Pojadł i poszedł.

Skrajem parkingu idą ostrożnie dwa kotki. Idą od samochodu do samochodu zaglądając pod każdy. Ciekawe czego szukają? Nagle rozległ się jazgot i szczekanie psa. Kotki błyskawicznie zanurkowały pod najbliższy pojazd żeby przeczekać zagrożenie.

Skończyłam zagniatać ciasto na szarlotkę i do lodówki go, żeby się schłodziło. Odchodzę od blatu i tym samym od okna. Czas na inne zajęcia. Wrócę w porze szykowania kolacji, ale to już na króciutko.

Szarlotka udała się doskonale, choć pod koniec zaliczyłam małą wtopę. Po wyjęciu z piekarnika jeszcze gorącą postanowiłam posypać cukrem pudrem. No i posypałam……….. mąką ziemniaczaną. Pomyliły mi się pudełka. Kapnęłam się w ostatniej chwili gdy polizałam „upudrzony” palec. Zaczęłam główkować jak tę mąkę zamienić na cukier. Zdmuchnąć się nie dało bo brzegi blaszki za wysokie. Zmieść tym bardziej. Wpadłam na pomysł, że zrobię to odkurzaczem. Oczywiście koniec rury umyłam i zabezpieczyłam folią. Pierwsze podejście fatalne. Rura wessała nie tylko mąkę, ale i kawałek ciasta. Dopiero jak zmniejszyłam siłę ssania i ustawiłam rurę prawie poziomo to udało się tę mąkę zebrać. Po posypaniu grubo cukrem pudrem nawet nie było czuć że zostało jej tam jeszcze odrobinkę.

Ostatni etap przygody z szarlotką, to pół godziny spędzone w łazience na myciu odkurzacza i jego części zafajdanych mąką ziemniaczaną.

Maj to śpiew ptaków i ryk wiertarki

Maj……., maj……., maj…….

O maju można w nieskończoność. Bo to najcudowniejszy miesiąc z dwunastu w roku.

Maj….. wczesne wschody słońca i późne zachody. Wreszcie ciepło bez większych wahań temperatury. 25 stopni w dzień i 10 w nocy, to dla mnie ideał. Nie za dużo, nie za mało, a w sam raz. Tylko w maju powietrze jest tak przeźroczyste jak w żadnym innym miesiącu, i rześkie jak łyk wody źródlanej.

Maj, to śpiew ptaków szczególnie nad ranem, co jest jednym z przywilejów mieszkania na obrzeżach miasta. W centrum tego nie mają.

Maj, to feeria barw i zapachów. Najwięcej pachnących drzew i krzewów kwitnie w maju. Dopiero przekwitł bez i akacja, a już rozwija się jaśmin i dzika róża.

Maj, to sama przyjemność zażywania częstych spacerów z psinką. Dużo zdrowego ruchu, aromatoterapia i inhalacja zarazem. Czegóż więcej chcieć.

 

 

Maj, to tęcza na niebie po deszczu, i piękne zachody słońca z chmurami jak pianka jagodowo-truskawkowa. I choć te zjawiska przyrody występują przecież przez cały rok, to szczególnie w maju wzbudzają mój zachwyt swoją świeżością i intensywnością barw.

Maj, to miesiąc miłości, więc nikogo nie dziwią tulące się do siebie pary młodych ludzi. No…….. nie do końca. Trochę się zdziwiłam, jak zobaczyłam w samo południe parkę na ławeczce w centrum osiedla w pozycji niemal horyzontalnej i w dodatku ona na nim.  Ech, chyba nie nadążam.

I żyło by mi tutaj sielsko-anielsko, gdyby nie parę dodatkowych odgłosów, które psują ten idylliczny obrazek, przypominających mi codziennie, że mieszkam na osiedlu składającym się z kilkudziesięciu bloków zamieszkałym przez kilka tysięcy ludzi. Ludzi o różnych potrzebach, zwyczajach i upodobaniach.

Do potrzeb należy niewątpliwie remont mieszkania. Gdy nadchodzi maj, co najmniej kilku właścicieli mieszkań niemal w tym samym czasie zaczyna kucie, rycie, wyburzanie i przestawianie ścianek w swoich lokalach (w moim bloku aktualnie dwóch). Od miesiąca codziennie od rana do wieczora niesie się łomot, stukot i wycie wiertarek udarowych. Ja nawet nie mam im za złe tych odgłosów, bo to naturalne działania w trakcie remontu, ale moje uszy i mózg buntują się przeciw temu ciągłemu hałasowi i nic na to nie poradzę, że nie gustują w tego typu dźwiękach.

Późnym popołudniem milkną huki, i przez kilka godzin cieszę się ciszą. Tak mniej więcej do dwudziestej. Bo o tej porze zwabione ciepłym wieczorem zbiera się na ławeczce przed moim blokiem towarzystwo wzajemnej adoracji, czyli panowie spragnieni łyku świeżego powietrza i nie tylko. Siedzą sobie, gadają, głosy mają tubalne i donośne. W miarę upływu czasu jest coraz głośniej (to pewnie to świeże powietrze), a w dyskusji coraz więcej „przecinków”.

Ściemnia się, i panowie idą do domów. Chwila ciszy, i nagle rozlega się przeraźliwy dziewczęcy pisk, a potem śmiech. To następni amatorzy świeżego majowego powietrza tym razem pod osłoną nocy zjawili się na pobliskim placu zabaw dla dzieci. To, sądząc po głosach, młodzi ludzie płci obojga w wieku wczesno-młodzieżowym. Przychodzą dość często gdy już się całkowicie ściemni i ćwiczą nawiązywanie pierwszych relacji damsko-męskich. Dziewczyny śmieją się przeraźliwie i piszczą. Chłopcy bardzo zadowoleni z siebie rechoczą głosami świadczącymi o mutacji. Tak ok. 23-ej zaczynam się zastanawiać: co na to rodzice tych dzieciaków, że ich jeszcze o tej porze nie ma w domu. Czy ze mną jest coś nie tak?

Było o potrzebach, o zwyczajach, to jeszcze o upodobaniach. Jest w bloku obok, młody człowiek (chyba- młody, młoda?) – wielki miłośnik disco-polo. Uwielbia słuchać tej muzyki w otwartym oknie z głośnikami włączonymi na full. Potrafi maglować jeden i ten sam utwór w nieskończoność przez długi, dłuuugi czas. Mam pecha. Nie lubię tego rodzaju muzyki, a jeśli w dodatku wysłuchuję tego samego n-ty raz, to momentami żałuję, że nie jestem głucha.

No to sobie ponarzekałam. Przyzwyczaję się, bo przecież tak jest co roku. Te dodatkowe odgłosy dopiero się zaczęły i będą mi towarzyszyć z różnym nasileniem do jesieni. To są przecież normalne oznaki tętniącego życiem osiedla.

Kurczę, a jednak na te pół roku (od maja do października) najchętniej wyniosła bym się na wieś, gdzieś pod las, gdzie ciszę zakłóca tylko szum drzew i śpiew ptaków.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ch…wa Pani Domu, czyli wrzuć na luz

Szukając dziś w internecie zupełnie czego innego, natknęłam się na artykuł o fanpejdżu (tak było napisane) Chu…ej Pani Domu, czyli jak nie być dobrą gospodynią.

Dopiero co popełniłam tekścik o moich problemach z utrzymaniem porządku w mieszkaniu, a tu czytam dzisiaj, że ten problem ma całkiem pokaźna rzesza Polek. Ponad siedemset tysięcy osób lubiących tę stronę, to sporo. Wpadłam tam nawet na chwilę i szybciutko przeleciałam co ciekawsze wpisy i zdjęcia, żeby mieć obraz sytuacji, boć wiadomo,że do artykułu wybiera się te najbardziej „smakowite kąski”. W sumie spoko strona, choć zdecydowanie dla młodych.  Nie podobają mi się wulgaryzmy (z tytułowym włącznie), ale cóż – różnica pokoleń. Fajne jest to, że ludzie akceptują siebie takimi jacy są i podchodzą do swoich wpadek z humorem i na luzie. W końcu nie każdy musi i chce być Perfekcyjną Panią Domu.

 

Nic na siłę

Takie piękne chmury i ani kropli deszczu.

Zastanawiałam się ostatnio nad sensem codziennego pisania notek (według blogerzy radzą – ukłon w stronę Caffe). Argument o nabraniu nawyku otwierania komputera nie przemawia do mnie, bo go (niestety) mam. Zajrzeć do kompa, nie oznacza jednocześnie chęci napisania czegokolwiek. Widzę jednak sens w codziennym pisaniu. Przynajmniej w moim przypadku. Niekoniecznie żeby zaraz do publikacji. Ot, wprawki w tworzeniu fabuły i zdań. Pozwoliło by mi to być może na sprawniejsze opanowanie umiejętności przetwarzania haosu myślowego na słowo pisane, i tym samym skróciło czas tworzenia.

Wiśta wio, łatwo powiedzieć. Gorzej z realizacją. Systematyka w działaniu nigdy nie była moją mocną stroną. Najlepiej wychodzą mi zrywy (i to te w ostatniej chwili). Akurat w przypadku pisania bloga jest to wada, bo tu się liczy systematyczność publikacji wpisów jeśli chce się mieć choćby najmniejsze grono stałych „zaglądaczy”. Przekonałam się o tym w ubiegłym tygodniu, kiedy to ze względu na stan zdrowia nie miałam nawet siły, ani ochoty podnieść klapę od laptopa. Żeby nie mieć zbyt dużej przerwy między postami, skorzystałam z chwilowej poprawy samopoczucia i wrzuciłam tekst napisany kiedyś tam………

A propos mojego zdrowia. Kiedy w okresie „wysypu” grypy wszyscy wokół mnie chorowali, i ja przechwalałam się jaka to jestem odporna i nic się mnie nie ima, to teraz jakieś wredne bydlę (wirus) upomniało się o mnie. Przyatakował w ub. niedzielę. Ból mięśni, kości, temperatura, nudności, zawroty głowy. Zaaplikowałam odpowiednie prochy, ale je olał.

Noc ciężka, więc zdecydowałam w poniedziałek rano, że pójdę do lekarza. Zadzwoniłam do przychodni coby się zarejestrować, a tu nie nie ma lekko. Pani z rejestracji mówi mi, że nic z tego. Proponuje następnego dnia. Przekimałam cały dzień, a nazajutrz już nie poszłam, bo mi się troszkę polepszyło. Tak mi się przynajmniej wydawało z rana. Znów przespałam cały dzień, a w środę doszłam do wniosku, że teraz, to ja mam już z górki (brak gorączki) i nie będę się wygłupiać z lekarzami. Zostało osłabienie i kaszel, ale na ten drugi, aplikuję sobie naleweczkę z bazi sosnowych. Od środy tak mniej więcej co godzinę, lub dwie, łyczek z gwinta. Zostało jeszcze pół butelki, więc jak pokaże się dno, to powinnam być zdrowa jak ryba. Do następnego razu. Bo złapałam się na tym, że ja tak mam co kilka miesięcy, tylko jak mi już przejdzie, już o tym nie pamiętam. To chyba nawet dobrze?