Gwoli wyjaśnienia

 

Dmuchawce też mają swój urok

W ubiegłym tygodniu pojawiło się na tym blogu kilka notek z datą wsteczną. Są to notki przeniesione z likwidowanego bloga na Blogspocie. Zastanawiałam się, czy je usunąć wraz z blogiem, czy przenieść tutaj. Zdecydowałam się na to drugie. Oprócz tych, które już się pojawiły, mam jeszcze w zanadrzu parę tekstów, które będę „wrzucać” na bieżąco. Do nich należy „Bałaganiara”. Mam nadzieję, że moje przemiłe czytelniczki (czytelnicy) nie będą mi mieli za złe, jeśli stwierdzą, że z danym tekstem już się zetknęły, a być może to, co kiedyś już stworzyłam zainteresuje Osoby, które nie wiedziały o istnieniu tego drugiego bloga (z mojej winy zresztą).

 

Reklamy

Jak ten czas leci!!!

                           Dzisiejsza jubilatka dwadzieścia pięć lat temu i jej tort.

W ubiegłym tygodniu moja Najstarsza Wnuczka obchodziła dwudziestą piątą rocznicę urodzin. Żeby uczcić tę jakże ważną w jej życiu datę, babcia, czyli ja zorganizowała w ostatnią niedzielę małe, rodzinne przyjątko. Był troszkę bardziej uroczysty obiadek, no i tort urodzinowy, który pochwalę się nieskromnie zrobiłam sama.

Jak ująć w słowa te dwadzieścia pięć lat, które minęły jak jedna chwilka? Gdy goście wyszli, sięgnęłam do albumu ze zdjęciami. Wróciły wspomnienia. Młodzi mieszkali u nas, więc to do nas zawitała wprost ze szpitala maciupeńka istotka okutana w kocyk z którego widać tylko główkę z ciemnymi włoskami. Na pierwsze oględziny maleńkiego ciałka zbiegła się cała rodzina. Czyż jest coś bardziej rozczulającego, jak zobaczyć po raz pierwszy od wielu lat łapki wielkości płatka róży, i niewiele większe stópki?

Kiedy kobieta pierwszy raz zostaje matką, jej życie zmienia się radykalnie. Od momentu, gdy dziecko pojawi się na świecie, oprócz wielkiej miłości, do końca będzie jej towarzyszyć wielkie poczucie odpowiedzialności związane z opieką i wychowaniem potomka. Uczucie radości, gdy dziecko dobrze, zdrowo się rozwija przeplatać się będzie ze strachem i smutkiem, gdy coś pójdzie nie tak. Choroba, czy problemy wychowawcze.

A jak to jest zostać po raz pierwszy babcią? Babcia można powiedzieć,  ma „z górki”. Ma już za sobą bagaż doświadczeń opiekuńczo – wychowawczych, i gdy dowiaduje się, że jej dorosłe dziecko będzie miało dziecko to nic, tylko się cieszyć. Bo całe odium odpowiedzialności za całokształt spada na rodziców, a rolą babci jest tylko kochać.  Tak było ze mną przynajmniej. Pokochałam moją pierwszą „Kruszynkę” od pierwszego wejrzenia. Cieszyłam się, że młodzi mieszkają u nas, bo miałam ją na co dzień. Mogłam każdego dnia obserwować jak rośnie, nabiera ciałka, tworzą się kolejne wałeczki na rączkach i nóżkach. Pierwsze, uważne, świadome spojrzenie. Pierwsze dźwięki (gruchanie) wydobywające się z gardełka. Pierwszy ząbek. Z tym ząbkowaniem, to nawet ja nie dawałam rady bezstresowo, słysząc zza ściany jak maleństwo marudzi i płacze. Radość, gdy mała po raz pierwszy samodzielnie usiadła i jeszcze większa, gdy po raz pierwszy samodzielnie ruszyła przed siebie z chwiejącą się pupcią i szeroko rozłożonymi dla równowagi łapkami. Załapałam się jeszcze na pierwsze słowa, bo gdy młodzi wyprowadzali się na własne „M”, mała miała dziewiętnaście miesięcy. Jakie puste wydawało się z początku mieszkanie bez szczebiotki plątającej się pod nogami.

Na szczęście młodzi mieszkali w tym samym mieście, więc mieliśmy bieżący kontakt i nadal mogłam obserwować kolejne postępy fizycznego i emocjonalnego rozwoju mojej pierwszej wnuczki. Nic się nie zmieniło, gdy umarł jej tata (mój syn), a synowa ponownie wyszła za mąż. Byłam świadkiem najważniejszych wydarzeń w jej życiu. Pierwszej komunii, bierzmowania. Śledziłam etapy zmagań z edukacją szkolną. Skromnie mogę powiedzieć, że miałam jakiś tam mały wpływ na wybór kierunku studiów. Dziś, jak dobrze pójdzie, za dwa miesiące będzie bronić pracę magisterską. Wyrosła na atrakcyjną, a przy tym mądrą i inteligentną kobietę. Jestem z niej bardzo dumna.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Psia dola

Dwa tygodnie temu                                                                     Dzisiaj……..

Skończył się kolejny cudowny dzień wiosny. Moje osiedle pięknieje z każdym dniem. Pokrywają się listowiem i kwieciem kolejne drzewa i krzewy. Urosła trawa kryjąc „miny” pozostawione przez pieski i ich niesubordynowanych właścicieli (ma to jeden minus – trudniej je zauważyć, a wiec łatwiej o przykrą wpadkę). U nas, jak widać na zdjęciach trawniki są jak łąki, więc można po nich chodzić bez obawy zadeptania. Bawią się więc na nich dzieci, i spacerują ludzie z pieskami. Szkoda tylko, że ci drudzy zostawiając „pamiątki” po swoich pupilach nie pamiętają o tych pierwszych.

Spacerując dziś z psinką i patrząc na trawnik usiany kwiatami mniszka lekarskiego zastanawiałam się przez chwilę, czy jak co roku nie zrobić syropu z ich kwiatów (musiałabym się wybrać na zbiory gdzieś poza osiedle), ale się rozmyśliłam. Przypomniałam sobie, że jeszcze mam kilka słoików z ubiegłego roku. Oprócz tego zostały mi syropy z kwiatów i owoców czarnego bzu i bazi sosnowych.  Acha – jeszcze mam nalewki z czarnego bzu, bazi sosnowych no i z mniszka lekarskiego. Na najbliższy sezon jesienno-zimowy powinno wystarczyć.

……………………………………………………………………………………………………………………………………………..

Psinka znów mi się pochorowała. Pogorszył się stan nerek. Jeździmy więc co drugi dzień do weterynarza na kroplówki. Wczoraj pani przywiozła do weta pieska z prawdopodobnie uszkodzonym kręgosłupem (wstępna diagnoza po zbadaniu). Przyczyna – sąsiad kopnął go tak mocno, że zwierzę przestało chodzić. I to nie było na ulicy. On wszedł na posesję tej kobiety. Dlaczego tak potraktował tego psa? Pewnie jakieś międzysąsiedzkie porachunki. Ale co mu zawiniło biedne zwierzę?

Jakiś czas temu czytałam w necie o gościu, który z zemsty na sąsiadce powiesił jej psa. Innym znów razem o idiocie (bo jak inaczej nazwać takiego zwyrodnialca) co uprał kota sąsiadki w pralce automatycznej. Za każdym razem, jak czytam, lub słyszę o takich „wyczynach” i innych formach bestialskiego traktowania zwierząt przez niektórych osobników zwanych ludźmi zastanawiam się jaka kara byłaby adekwatna do czynu jaki popełnili. Właściwie żadna. Ani wieloletnie więzienie, ani wysoka nawiązka finansowa. Oni boją się kary jako takiej, ale nie rozumieją na czym polega ich przestępstwo. Dla nich zwierzę, to nie jest czująca istota, tylko rzecz, którą można potraktować wg swojego widzi mi się. Mam humor – pogłaskam, nie mam humoru – skopię, połamię kości, wyłupię oczy. Niech ma.

I tu znów kłania się edukacja od najmłodszych lat. Po pierwsze uczyć szacunku dla innych form życia, po drugie uczulać, żeby nie było w otoczeniu tolerancji dla zła czynionego przez złych, podłych ludzi.

 

Trzynaście chudych lat.

              „Teraz ci ciężko, ale kiedyś się podniesiesz, zobaczysz. Może musiało się tak stać? Mówią, że człowiek sam kieruje swoim losem, ale to nie do końca prawda. Czasem ten los prowadzi nas bezdrożami bez naszej woli, przeczołga przez życie, rzuca kłody pod nogi, doświadcza okrutnie, jakby wystawiał człowieka na próbę i sprawdzał, ile jeszcze może znieść. Coś o tym wiem. – Pokiwała głową.”

Powyższy fragment, to cytat z książki, którą ostatnio przeczytałam pt. „Wyspy szczęśliwe” Wioletty Sawickiej. Tymi słowami stara, mądra kobieta pocieszała główną bohaterkę, której dotychczasowe życie legło w gruzach na skutek oszukańczych machinacji osoby wydawałoby się najbliższej, czyli jej męża. Fabuła jest fikcją literacką, ale stara kobieta – Marta która mówi te słowa jest postacią z krwi i kości, a to, co ją w życiu spotkało wydarzyło się naprawdę. Dla niej, żeby poznać jej losy, warto po tę książkę sięgnąć. To Marcie dedykowała autorka tę książkę, i ją uznałabym za równoległą do głównej bohaterki postać. Potworny koszmar, jaki przeżyła w ostatnich dniach wojny, kalectwo z tym związane i ciężkie nie do opisania lata młodości, gdy musiała się borykać z brakiem akceptacji otoczenia z powodu swojej ułomności nie odebrały jej pogody ducha, wiary w ludzi, i chęci niesienia pomocy innym. Miała szczęście, że w odpowiednim momencie życia pojawił się na jej drodze człowiek – lekarz, który nie tylko postawił ją fizycznie na nogi (w tym przypadku protezy), ale „uleczył” również śmiertelnie chorą duszę.

———————————————————————————————————————————-

Wracając do zamieszczonego na początku cytatu. Jak prawdziwe są to słowa przyzna każdy, kto borykał się z przeciwnościami losu. Chyba nie ma na świecie człowieka, który nie doświadczyłby w swoim życiu całej gamy wydarzeń pozytywnych i negatywnych, choć amplituda tych wydarzeń u każdego będzie przebiegać inaczej. Jedni mają szczęście przejść przez życie w miarę łagodnie, z drobnymi potknięciami. Życie innych, to ciąg katastrof i niepowodzeń z małymi tylko przerwami względnego spokoju. Do których ja bym się zaliczyła? Do 1996 r. do tych pierwszych. Potem, przez kolejnych trzynaście lat pełnych klęsk i niepowodzeń, strachu, rozpaczy, bólu, wstydu, upokorzeń – do drugich. Nie byłam w tym czasie bierna. Walczyłam, ale los raz, po raz rzucał mną o glebę, a gdy usiłowałam się podnieść, to dokładał solidnym kopem.

Ta czarna „trzynastka” zaczęła się na początku 1996 r. od wypadku samochodowego córki. Samochód co prawda poszedł do kasacji, ale ponieważ córka wyszła z niego cało, więc powiedziałabym, że to było ostrzeżenie ze strony losu. Tylko, gdyby nie to, że po nim ruszyła lawina. Trzy tygodnie później umarł mój syn. Za trzy miesiące po nim ojciec (rak). W marcu 1997 r. okazało się, że mama jest chora na raka. Na szczęście szybko wdrożone leczenie pozwoliło opanować chorobę. Od 1996 roku moja dotychczas nieźle prosperująca firma (jedyne nasze źródło utrzymania) zaczęła podupadać. Wykruszali się kontrahenci, malały obroty. Zyski odeszły w siną dal – pojawiły się straty. Wiedziałam gdzie jest pies pogrzebany (nieuczciwa konkurencja) i nic nie mogłam z tym zrobić. Żeby trochę podreperować finanse, postanowiłam sprzedać swój samochód i kupić coś tańszego (musiałam mieć środek lokomocji). I tu los pokazał na co go stać. Ponieważ ogłoszenia w prasie okazały się nieskuteczne, zdecydowałam, że pojadę na giełdę. Za pierwszym razem w przeddzień, rozchorowałam się i nic z tego nie wyszło. Na kilka dni przed drugim podejściem miałam wypadek. Gość zajechał mi drogę i uderzyłam w niego. Mnie nic się nie stało, ale samochód dość mocno ucierpiał. Facet szedł w zaparte, że to nie jego wina, ale zanim ostatecznie przegrał sprawę i mogłam ubiegać się o odszkodowanie minęło kilka miesięcy i samochód grubo stracił na wartości. Bo był powypadkowy i już o rok starszy. A firma miała się coraz gorzej. Trzecie podejście na giełdę. Przed wyjazdem wyszłam z psem na spacer i skręciłam nogę. Tym razem nie odpuściłam. Poprosiłam brata żeby mnie zawiózł i wreszcie sprzedałam ten nieszczęsny samochód. Część pieniędzy władowałam w firmę, a za resztę niedrogie używane auto. Długo się nim nie nacieszyłam. Ukradli mi go spod bloku po trzech tygodniach w nocy. Następnego dnia miałam jechać do t.u. ubezpieczyć go na AC. Kilka tysięcy poszło się bujać. Zresztą co tu dużo gadać. Wszystkie pieniądze poszły się bujać, bo próby ratowania firmy wszelkimi sposobami nie powiodły się, i w 2000 roku musiałam ją zlikwidować. Zostały długi, a w związku z tym sądy, wyroki, komornicy i egzekutorzy skarbowi którzy zaczęli mnie wkrótce regularnie nachodzić. Oni grzecznie (trzeba przyznać) czekali, bo wiedzieli, że i tak mnie dopadną jak będę miała stałe źródło dochodu. Miałam na głowie jeszcze jedną firmę, która mnie nie podała do sądu, bo się z nimi ułożyłam, że będę ich spłacać w określonych ratach w wyznaczonych terminach. Na tej umowie najbardziej mi zależało, bo terminowe wywiązanie się oznaczało umorzenie części zobowiązań. Żeby jej dotrzymać, wynajęliśmy w naszym trzypokojowym mieszkaniu dwa pokoje studentom.

Jak już wcześniej wspominałam, firma była naszym jedynym źródłem utrzymania, więc  gdy ją straciliśmy, zaczął się etap poszukiwania pracy. Bezskutecznie. Kto na początku lat dwutysięcznych, gdy bezrobocie sięgało kilkunastu procent chciałby zatrudnić „dziadków” po pięćdziesiątce? Trafiały się jakieś drobne fuchy na umowę zlecenie, dodatkowo ja szyłam, a mąż chałturzył u sąsiadów, ale to była kropla w morzu potrzeb. Brakowało na czynsz i inne opłaty. Spółdzielnia monitowała i straszyła sądem, a PGE i PGNiG odcięciem prądu i gazu. Do tych dwóch ostatnich kapało się po parę groszy żeby widzieli dobre chęci i odpuścili. Długi firmowe nie malały, a prywatne rosły. Miałam szansę wyjechać do pracy za granicę, ale mama dostała zawału i musiałam zostać żeby się nią zająć. Jak trafiła mi się okazja na pracę w kraju, to przed zatrudnieniem tak fatalnie złamałam lewą rękę w nadgarstku (jestem mańkutem), że składali mi ją pod narkozą. Potem sześć tygodni gipsu. Po zdjęciu gipsu okazało się, że dopadło mnie, (a właściwie moją rękę) paskudne choróbsko o wdzięcznej nazwie zespół Sudecka. Groziła mi martwa dłoń. O szyciu mogłam zapomnieć. Rehabilitacja trwała rok.

W dwutysięcznym czwartym roku przeszłam na wcześniejszą emeryturę i wtedy wkroczył komornik. Zostawało mi niewiele, ale stały grosz cieszył, a długów ubywało. Nadal żyliśmy nad wyraz skromnie, ale już nie planowałam wyjazdu za pracą, bo mama coraz bardziej podupadała na zdrowiu. Byłam jej potrzebna na co dzień. Odeszła w 2006 r. Na temat kłopotów, jakie miałam ze strony rodziny (zwłaszcza siostry) w związku z formą pochówku napisałam parę słów w poście pt. „Moja siostra katoliczka” – 01.05.2011r

Po koniec 2006 r. mąż przeszedł na emeryturę. Przybyło pieniędzy. Nadal żyliśmy bardzo skromnie, ale przyśpieszyłam spłatę długów. Miałam świadomość, że przed nimi nie ucieknę i nie chciałam żeby wisiały nade mną do końca życia. W połowie 2008 roku, szok i niedowierzanie – mąż jest chory na raka. Lekarze dawali mu kilka miesięcy życia. Walczyliśmy w nadziei, że uda się pokonać chorobę. Teraz, gdy zaczynaliśmy wychodzić na prostą i mogliśmy spokojnie dalej żyć? To nie mogło tak się skończyć. W grudniu spłaciłam resztki długów. Dziewiątego marca następnego roku umarł mąż. Jego śmierć, jak każdego członka rodziny była traumą. Jednocześnie jego śmierć zakończyła serię złych zdarzeń jakie działy się w moim życiu przez kolejnych trzynaście lat. Tak, jakby los zdecydował, że wystarczająco mi dokopał i może sobie odpuścić.

Przez ostatnich dziewięć lat moje życie płynie tak spokojnie. Wszystko układa się pomyślnie. Zdrowie, relacje w rodzinie i z otoczeniem, finanse. Z tymi ostatnimi, to może szału nie ma, ale w końcu jakoś sobie radzę. Jest dobrze. Chciało by się powiedzieć chwilo trwaj wiecznie.

 

 

 

 

 

Umiesz liczyć, licz na siebie………

Dziś był taki piękny dzień, a ja prawie cały spędziłam przy maszynie do szycia. Miałam kilka przerw na spacery z psinką. Resztę czasu szyłam.

Dorabiam sobie w ten sposób do emerytury. Robię drobne poprawki. Skracam, wydłużam, zwężam, poszerzam, wstawiam, przerabiam i poprawiam po zawodowych krawcowych. Czasami dam się uprosić i uszyję coś od podstaw, choć rzadko. Nie mam już cierpliwości. No i oczy nie te.

Jestem amatorką, ale dobrą w tym, co robię, więc klientek mi nie brakuje. Są to koleżanki i sąsiadki. Wpada jedna z drugą i już od progu woła, że ona potrzebuje na już. Najlepiej na przedwczoraj. Bo imieniny, urodziny, ślub, komunia………. i nie ma się w co ubrać. To skurczyło się w praniu i zrób tak, żebym wyglądała jak modelka – mówi do mnie kobietka o parametrach Doroty Wellman. Biorą mnie pod włos komplementami – „bo nikt mi nie zrobi tego, tak jak ty”. Ostatnio rozbroiła mnie koleżanka, która przyszła niespodziewanie z ciuszkiem, który oczywiście powinien być gotowy tydzień temu i prośbą, żebym się zaraz za to wzięła argumentując: „zobacz, to taka drobna przeróbka – chwila, moment i gotowe – co to dla ciebie”.

Trochę się zirytowałam, bo powiedziała to osoba, o której mąż mówi, że do niedawna nie umiała przyszyć guzika do koszuli. Poprosiłam ją więc, że skoro to „chwila, moment”, to się umówimy, przyjdzie do mnie i będę to robić przy niej. Przychodziła przez trzy dni na kilka godzin i dopiero dotarło do niej, ile pracy trzeba było włożyć, żeby ta jej kreacja nadawała się do założenia.

Nie będę wchodzić w szczegóły, ale ktoś, kto ma trochę pojęcia o szyciu, wie jakie to jest pracochłonne zajęcie. Szczerze mówiąc mam już serdecznie dość i chętnie rzuciłabym w diabły to dorabianie, ale na chwilę obecną jeszcze nie mogę sobie na to pozwolić. Emerytura wystarcza mi na bieżące opłaty i skromne utrzymanie, ale odłożyć nie ma z czego. Muszę mieć dodatkowych parę groszy, bo nigdy nie wiadomo co przyniesie następny dzień. Mieszkanie po remoncie, ale część wyposażenia ma swoje lata i w każdej chwili może coś się popsuć. Zresztą na bieżąco bez przerwy coś nawala. Co mogę, naprawiam sama, ale pewne rzeczy muszę zlecić i zapłacić.  Skąd wtedy na to wezmę? Nikt mi nie da jak sobie nie zarobię. Niestety, w moim przypadku, osoby samotnej, przysłowie z tytułu jest bardzo aktualne. Dorabiam więc, i proszę Boga aby tylko zdrowia starczyło.

Tylko jak długo jeszcze? Tusk byłby ze mnie dumny.

Dlaczego?!!

Wczoraj miałam napisać lekki, o wiosennym zabarwieniu post, stąd zdjęcia z tymi pięknymi kwiatami. Fajnie się zaczęło, ale musiałam się oderwać, bo psinka zaczęła sygnalizować, że na nią już pora………. Jak mus, to mus. Postanowiłam, że będę kontynuować jak wrócimy ze spaceru. No i jak wróciłyśmy, to wenę diabli wzięli. Byłam tak wściekła, że ciąg dalszy byłby daleki od pierwotnych założeń i w dodatku pełen inwektyw.

Dziś będzie inny temat, ale zdjęcia tych pięknych wiosennych kwiatów zostawiam na pocieszenie, że są na moim osiedlu urocze miejsca, gdzie ludzie ze swoimi psami nie mają wstępu. Są to przyblokowe ogródeczki ogrodzone niskimi płotkami, a w tych ogródeczkach od wiosny do jesieni cieszą oko kwitnące kwiaty. Nie jest to widok nagminny, bo na ok. trzydzieści bloków, tylko kilka za sprawą swoich mieszkańców otoczonych jest kolorowymi wysepkami i dlatego lubię pójść na spacer w tamtym kierunku żeby nacieszyć oko i duszę. A reszta? No cóż…… Im większy blok, tym gorzej.

Ale po kolei. Co mnie tak wczoraj wyprowadziło z równowagi? Otóż, jak tylko wyszłam z klatki na chodnik, od razu poślizgnęłam się na psim gównie. Pośrodku chodnika, metr od wejścia do bloku jakiś prymityw zostawił to, co jego pies narobił. Szlag mnie trafił. Było ciemno. Nie zauważyłam. Zresztą czy ja robiąc dwa kroki od drzwi wejściowych mogłam się spodziewać takiej „niespodzianki”?  Nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem, skąd u mieszkańców mojego osiedla (chyba nie tylko mojego) taka awersja do sprzątania odchodów po swoich pupilach. Z pozoru kulturalni ludzie spacerując ze swoimi podopiecznymi celowo chyba w tym czasie obserwują niebo udając, że nie wiedzą jak pies się załatwia gdzie popadnie. Wstydzą się schylić żeby posprzątać, czy brzydzą? Teraz, gdy nie ma już śniegu, a trawa jeszcze nie urosła aż rzuca się w oczy ile „tego” jest wzdłuż chodników. A spróbuj zwrócić uwagę. Obraza majestatu. Byłam świadkiem, jak właściciel labradora na grzeczną prośbę żeby sprzątnął to, co jego pies zostawił, zareagował tak chamską agresją że przysłowiowy szewc, to przy nim pikuś.

Jakiś czas temu stałam na balkonie, i miałam okazję zaobserwować,jak pani z bloku naprzeciwko wychodziła na spacer ze swoim dużym psem. Zatrzymała się w drzwiach i pozwoliła, żeby pies wysikał się na ścianę wiatrołapu. Zrobiła dwa kroki do przodu, tyle że pies dosięgnął trawnika po drugiej stronie chodnika i spokojnie czekała aż zrobi „resztę”, po czym zawróciła do domu. To niestety jeden z licznych bloków, gdzie wzdłuż „kwitną” kwiatki szczególnej odmiany. DLACZEGO LUDZIE TAK POSTĘPUJĄ?! Jak dużo czasu musi jeszcze upłynąć, żeby zrozumieli że to świadczy o ich braku kultury osobistej.

Dorośli to pokolenie stracone dla tej sprawy. Nie mają nawyku i nie czują potrzeby utrzymania czystości na osiedlu w tym zakresie. Nie uczą więc tego swoich dzieci. Widzę przecież jak dzieciaki hasają ze swoimi pieskami po trawnikach i pozwalają im na to samo, co ich rodzice. I koło się zamyka. Rośnie kolejne pokolenie ignorantów, które wzorem rodziców udaje, że nie widzi……. Czy to się kiedyś zmieni? Mnie się wydaje, że jedyna skuteczna metoda, to edukacja od najmłodszych lat. Od przedszkola poprzez szkołę podstawową. Dużo pogadanek i akcji uświadamiających, żeby już małym dzieciakom zakodowały się wzorce właściwego postępowania. Bo czym skorupka za młodu nasiąknie…………

Dzień, jak co dzień…………prawie

Trzeci dzień z dodatnimi temperaturami i zima szybko się wycofuje, Miejmy nadzieję, że tej wiosny już nie wróci.

Bycie na emeryturze oprócz licznych minusów (myśli o nieuchronnie zbliżającej się starości, narastające dolegliwości zdrowotne) ma jeden plus. Nie musi się człowiek nigdzie spieszyć. Nie muszę się zrywać wcześnie rano, bo do pracy na godzinę….. Nie ma więc znaczenia czy wstanę o 6-ej, czy o 9-ej. Nie miałoby, gdyby nie psinka. Dawniej,  miałam labę. Gdy była młodsza i zdrowa, na pierwszy spacer szłyśmy o 10-ej rano. To „se ne wrati”. Dziś najpóźniej o 8-ej, i to pod warunkiem, że wyjdę z nią ostatni raz ok. północy.

Nie narzekam, bo widzę, że niektórzy kursują ze swoimi pieskami już o 6-ej. Znaczy się, widziałam jak miałam nocną fuchę, z której właśnie o tej porze wracałam do domu. Fuchy już nie mam, więc wszystkie nocki w łóżku i mogę pobarłożyć do siódmej. Zawsze, zanim usnę i jak się obudzę, stwierdzam, że moja kanapa to najcudowniejszy wynalazek na świecie. Jak błogo jest się położyć pod miłą kołderkę. Jak trudno spod tej kołderki rano wyjść. Niestety jak mus, to mus.

Gdy już się wygramolę, marsz do kuchni na śniadanko i kawkę, bo w dołku ssie i mam niskie ciśnienie więc poruszam się na zwolnionych obrotach. Szczerze mówiąc, mój organizm olewa już te moje poranne próby wykiwania go, bo po tylu latach przyzwyczaił się i nie robi to na nim większego wrażenia. Zaś żołądek i wątroba stawiają veto. Tak, czy inaczej żłopię rano kawę, bo uzależniłam się od tego porannego rytuału. Potem, w ciągu dnia, wypijam jeszcze dwie, lub trzy. Dziś kawy było mniej, bo najpierw mi się ciśnienie wyrównało na zakupach, a jak wróciłam do domu i rzuciłam okiem na rachunek za gaz, który właśnie wyciągnęłam ze skrzynki to już niebezpiecznie poszybowało w granice wysokiego.

Ale po kolei. Po powrocie ze spaceru z psinką wyskoczyłam na zakupy. Najpierw do Lidla, bo mięso od szynki w promocji. Bardzo dobra cena, bo prawie dwa razy taniej niż normalnie. Nie kupiłam ,bo jak wzięłam porcję zapakowanego próżniowo mięsa do ręki, to stwierdziłam że jest tak naszprycowane wodą, że aż rzadkie. Nie będę płacić za wodę w mięsie, plus dodatki (sól?) żeby z niego nie wypłynęła. Przy kasie pani na mnie nakrzyczała, że nie wolno mi wynosić torebek na pieczywo, bo są tylko do użytku sklepowego. Nie pomogło tłumaczenie, że wybrałam je z koszy zostawionych przez klientów a przecież sklep i tak je wyrzuca. Pani że nie i już. Było mi głupio. Ludzie się gapią jakbym coś ukradła…. Do tej pory nikt mi nie czynił zarzutów z tego powodu. Było to nie pierwszy raz, bo ja te torebki zbierałam na odchody psinki. Po wyjściu z Lidla wpadłam do mięsnego po dobrą wędlinkę dla wnusi. Zawsze biorę tyle samo (na plasterki), więc wiem, ile mniej więcej waży, a tym razem ta sama ilość okazała się dwa razy cięższa. Zakwestionowałam wagę i poprosiłam o sprawdzenie. Nerwowy rzut i waga ta sama. Wagi są trzy, więc prośba o porównanie na drugiej. Pani ekspedientka poirytowana moim brakiem zaufania ustąpiła. Okazało się, że miałam rację. Znów nerwy, bo nie lubię takich sytuacji, ale przecież muszę walczyć o swoje. Ciekawe ilu klientów zostało przede mną „wykiwanych” przez tę niesprawną wagę?

Po powrocie do domu sięgam po fakturę wyrównawczą za gaz i na widok kwoty do zapłacenia pończochy mi opadły, za to ciśnienie mocno poszybowało w górę. No bo stoi jak byk, że muszę dopłacić drugie tyle, ile PGNiG zainkasowało ode w ub. roku za faktury zaliczkowe. Liczyłam że to będzie kilkadziesiąt złotych, a nie dziesięć razy tyle. Wzięłam się za „rozbieranie” tego rachunku na czynniki pierwsze. Godzinę zajęło mi analizowanie poszczególnych składników i porównywanie cen zanim w końcu wpadłam gdzie jest pies pogrzebany. Zawyżono mi zużycie gazu dopisując do stanu licznika drugie tyle, co  zużywam rocznie. Zadzwoniłam gdzie trzeba z reklamacją. Miła pani przyjęła do wiadomości i obiecała, że zrobią korektę. Ufffff. Odetchnęłam z ulgą. Ciekawa jestem co im teraz wyjdzie.

I na koniec.

Gdy wracałam ze znajomą z zakupów, zobaczyłyśmy siedzącego pośrodku trawnika faceta usiłującego dosięgnąć ręką najbliższego rachitycznego drzewka. Nie mógł wstać i liczył na to, że drzewko mu w tym pomoże. Obserwowałyśmy go przez chwilę zastanawiając się, czy jest chory, czy pijany. Była dwunasta w południe. Pomna jesiennego doświadczenia, gdy minęłam obojętnie gościa leżącego na ławce (wkrótce zabrało go pogotowie i dowiedziałam się, że facet zmarł), namówiłam znajomą, żebyśmy podeszły bliżej i zobaczyły co jest temu na trawniku. Okazało się, że jest pijany w cztery d..y, ale skoro już byłyśmy obok, to postanowiłyśmy, że pomożemy mu wstać i dojść do chodnika. Postawiłyśmy go na nogi, a ponieważ ruszył przed siebie, to zostawiłyśmy go. Odeszłam kilka metrów i obejrzałam się jak sobie radzi. Leżał z powrotem, tylko poza zasięgiem drzewka. Pomyślałam sobie złośliwie, że pal licho pijaka (niech mu dupa marznie na własne życzenie), ale przynajmniej drzewko ocalało, bo gdyby go dosięgnął, to by pewnie wyrwał z korzeniami. Mam nauczkę na przyszłość. Pomagać zdalnie, czyli po prostu wezwać odpowiednie służby.

Czy nie szkoda by było tego młodziutkiego drzewka?

Czy wierzyć w cudy?

 Co to są cudy. 
  1. Wg Wikipedii są to niewyjaśnione i niezbadane zjawiska, nie do pojęcia dla rozumu ludzkiego.
  2. W religii katolickiej cud oznacza wydarzenie nieprawdopodobne, wywołane z intencji Boga i zakładające Jego zaangażowanie.
Jak się tak zaczęłam zastanawiać nad tymi dwiema definicjami,
to doszłam do wniosku, że obie mają punkt zbieżny. A jest nim pierwszy cud jakim było powstanie Wszechświata.
Wg nauki, nasz Wszechświat powstał w wyniku Wielkiego Wybuchu – a zdaniem niedawno zmarłego naukowca astrofizyka i kosmologa Stephena Hawkinga przed Wielkim Wybuchem nie było nic. Skoro coś powstało z niczego, to czy to nie cud?
Wg Biblii wyraźnie stoi, że to Bóg stworzył Świat i też przedtem nic nie było, więc to był pierwszy cud uczyniony przez Boga.
Idąc dalej tym tropem, to co prawda naukowcy wiedzą już, jak po Wybuchu powstały gwiazdy, planety, księżyce i całe galaktyki, wiedzą z jakich pierwiastków są zbudowane i jak działa ten cały „kosmiczny kram”, ale nie wiedzą skąd wzięło się na ziemi życie. Istnieje wiele teorii co do jego początków, ale tak do końca to nic nie wiadomo. I czy to nie cud, że w ogóle powstało ze wszystkimi jego formami akurat tu, na tej jedynej planecie w całym układzie słonecznym? A może to Bóg maczał w tym swe Boskie palce?
Z wszelkich form życia na ziemi niewątpliwie największym cudem natury (a może Boga?) jest człowiek z jego najlepiej rozwiniętym mózgiem i zdolnością do  koncepcyjnego myślenia oraz tworzenia skomplikowanych dzieł  na własny użytek. Nie jest to jednak cud doskonały, bo byłby równy Bogu. Bóg dając człowiekowi zdolności poznawcze postawił granicę, której nigdy nie przekroczymy. Na ogół nie wtrąca się do nas, ale od czasu do czasu interweniuje ze znanych tylko sobie powodów i jeśli nie rozumiemy dlaczego tak się dzieje, to nazywamy to cudem.
Czasami czytamy, lub słyszymy o nagłym, niezrozumiałym powrocie do zdrowia śmiertelnie chorego człowieka, który zdaniem lekarzy z racji zaawansowania choroby nie miał prawa przeżyć. Przeżywamy szok i niedowierzanie na wieść o katastrofie lotniczej w której ginie sto kilkadziesiąt osób, a jedna wychodzi żywa. Nie rozumiemy jak to możliwe. I w jednym i w drugi przypadku można mówić o cudzie. To Bóg zdecydował że mają żyć dalej, bo takie miał wobec nich plany.
Opowiem jeszcze o dwóch przypadkach, które wydarzyły się w moim życiu, z których pierwszy nazwę cudem, a drugi…….. chyba też.
-Pierwszy, to był wypadek samochodowy mojej córki. Był mroźny styczniowy dzień 1996 r. Późnym popołudniem córka poprosiła mnie, żebym jej udostępniła samochód, bo chciała skoczyć do koleżanki po jakieś notatki. Zgodziłam się, ale poprosiłam żeby szybko wracała bo będę się denerwować. Obiecała, że tak zrobi. Po dwóch godzinach czekania byłam już na nią mocno zła i obiecałam sobie, że jak wróci, to dostanie niezły wycisk. Nagle zadzwonił telefon i pan przedstawiając się, że dzwoni z policji prosił żebym przyjechała (tu podał adres) bo córka miała wypadek. To było ok. kilometra od naszego domu, więc pognałam pieszo. Dotarłam na miejsce i na widok tego, co zobaczyłam nogi się pode mną ugięły. Samochód był zawinięty jak rogalik na słupie oświetleniowym. Słup stał w miejscu fotela kierowcy, a zmiażdżony fotel zepchnięty na siedzenie pasażera. Córki nie było. Powiedzieli mi tylko, że żyje i została odwieziona do szpitala. Nie uwierzyłam im. Pojechałam do szpitala i miotałam się po izbie przyjęć wyobrażając sobie najgorsze. Chciałam ją zobaczyć i nie mogłam, bo ponoć była w tym czasie badana. Wreszcie przywieźli ją. Była przytomna – jej pierwsze słowa to było „przepraszam mamo”. A ja byłam wniebowzięta. Moje dziecko żyło i miało się nie najgorzej. Miała lekkie wstrząśnienie mózgu i trochę lekkich zadrapań. Uratował ją brak zapiętych pasów. Gdy samochód uderzył w słup drzwiami od strony kierowcy, siła uderzenia wyrzuciła ją na siedzenie obok, a potem chyba wypadła przez prawe drzwi. Gdyby miała zapięte pasy, słup by ją zmiażdżył. To był naprawdę cud.
-Drugie zdarzenie miało miejsce w 2006 r. W tym roku zmarła moja Mama. W kilka miesięcy później, w listopadzie był dzień imienin Mamy. Postanowiłam w tym dniu jechać na cmentarz. Kupiłam piękną czerwoną żywą różę i pognałam na przystanek MPK. Było lekko po południu, więc obliczyłam, że choć ze względu na odległość to wyprawa na dwie godziny, to powinnam się wyrobić przed zmrokiem. Nie wzięłam pod uwagę, że pogoda i komunikacja miejska popsuje mi szyki. Zaczął padać śnieg i nagle okazało się, że co drugi autobus wypada z rozkładu. Miałam dwie przesiadki i dzięki tym dwom zbiegom okoliczności, gdy dojechałam na ostatni przystanek przed cmentarzem zaczęło się ściemniać. Wysiadłam z autobusu. Śnieg sypał gruby i gęsty jakby się chmura oberwała. Byłam sama na drodze w tym białym tumanie. Tak mi się wydawało, bo nagle ni stąd, ni zowąd obok mnie zjawił się mężczyzna. Zapytał dokąd idę. Zaczęłam się bać, więc powiedziałam że do tego najbliższego domu, co są światła w oknach. Mężczyzna chciał mnie wziąć za rękę i wtedy zaczęła ogarniać mnie panika. Nagle poczułam, że oprócz nas dwojga, jeszcze ktoś tam jest. Nie widziałam tej osoby, ale czułam jej obecność i płynący od niej przekaz:”nie bój się-jesteś bezpieczna”. Mężczyzna wycofał się. Pozostał gdzieś z tyłu, a ja nie oglądając się (mimo wszystko tlił się we mnie niepokój) poszłam w kierunku cmentarza. Gdy przekroczyłam bramę, byłam już całkowicie spokojna. Nie bałam się, choć o tej porze byłam jedyną śmiertelniczką przemierzającą oświetlone alejki pokryte białym puchem. Dotarłam na miejsce, położyłam różę, postałam chwilę i zawróciłam po własnych śladach. Po powrocie do domu długo zastanawiałam się nad tym, co mnie spotkało i kim był mój niewidzialny Anioł Stróż. Za dwa tygodnie pojechałam już odpowiednio wcześnie, czyli w biały dzień (żeby nie prowokować losu). Zima odpuściła. Śnieg stopniał. Na grobowcu leżała czerwona róża (ta sama) piękna i świeża jakby przed chwilą ścięta z krzaka.

Dzisiejszy świat

                Byłam u znajomej, której urodziła się pierwsza wnusia. Malutka ma już trzy miesiące, więc świeżo upieczona babcia uznała, że pora pochwalić się dzidzią. Cudowne, słodkie maleństwo. Jej córa skarżyła się, że nic nie może w domu zrobić, taka jest zapracowana przy dziecku. Bo pranie, prasowanie, kupki, zupki ………itd. itp.

Moja najmłodsza wnuczka skończy w tym roku siedem lat, ale pamiętam, że córka również skarżyła się na totalny brak czasu na wszystko, z powodu opieki nad maciupeństwem.

A przecież w porównaniu do moich czasów dzisiejsze młode mamy dysponują środkami o jakich mnie się nie śniło. To raptem jedno pokolenie, a jak dużo się zmieniło. Na plus oczywiście. Miałam okazję obserwować na bieżąco jakimi środkami dysponuje moja córka w związku z macierzyństwem. Doskonałe warunki lokalowe z pełnym wyposażeniem w sprzęt ułatwiający prowadzenie domu. A wyprawka? Full wypas. Te stosy pampersów, ślicznych maluśkich ciuszków. Te środki do pielęgnacji. Chusteczki nawilżane do buzi i do pupci, maści, kremy, aerozole których nazw nie sposób zapamiętać. Różne rodzaje smoczków i lekkich buteleczek do karmienia. Dziś chyba żadna mama nie wyobraża sobie opieki nad maleństwem bez tego całego arsenału.

  A jaka oszczędność czasu! Dzięki temu, może dużo więcej czasu poświęcić bezpośredniemu kontaktowi ze swoim maluszkiem.

A teraz jak to było gdy ja po raz pierwszy zostałam mamą w latach siedemdziesiątych ub. wieku.  

Gdy urodziłam synka, przez pierwsze cztery miesiące mieszkaliśmy jako młoda rodzina w domku bez żadnych wygód. Ot – dwa przechodnie pokoiki z kuchnią. Piec na węgiel donoszony z komórki z zewnątrz. Wodę nosiło się wiadrami ze studzienki jakieś 200 m od domu. Za kanalizację robiła wygódka z tyłu za domem, a nocą wiaderko w sieni. O pampersach, to mi się nawet nie śniło. Królowała tetra w ilości 40 sztuk i flanela. Na początku dziennie „szło” jakieś 30 sztuk. Żeby więc nie brakowało, jak się uzbierało kilkanaście sztuk (użyte moczyły się w wiaderku z płatkami mydlanymi) trzeba było je uprać w pralce wirnikowej i wygotować w kotle na kuchni węglowej. Na to pranie, to ja musiałam sobie często gęsto sama nanosić wody, no bo mąż był w pracy. Tak średnio dziennie osiem wiader wody. Byłam po „cesarce” i co z tego. A potem jak wyschło,to trzeba było to wszystko uprasować. Pieluchy, kaftaniki z batystu i flaneli. Paskudne, rozwleczone po pierwszym praniu śpioszki. Ale cóż. Nie było wyboru. I tak dzień po dniu. Mój synek zbuntował się po dwóch miesiącach i postanowił, że on cyca więcej do buzi nie weźmie. Na szczęście niedługo potem przeprowadziliśmy się do mieszkania „z wygodami” (woda, gaz, kanalizacja), bo zaczął się etap wielokrotnego w ciągu dnia przygotowywania mleka w proszku. Rozcieranie w kubku z wodą, gotowanie, schładzanie ciężkich szklanych butelek. W smoczkach robiło się dziurki własnoręcznie rozgrzaną igłą. Między posiłkami trzeba było dziecko przepajać rumiankiem i koperkiem ( nie przypominam sobie torebek ekspresowych). W miarę, jak dziecko rosło, poszerzał się asortyment dań. Kaszka manna, która złośliwie lubiła przywierać do dna garnuszka.Raz taka świeżo ugotowana kaszka przywarła do mojego nadgarstka. Ojjjjj…. bolało. Całą noc chodziłam  po mieszkaniu jak zwierzę w klatce. Dania obiadowe w postaci zupek jarzynowych przyrządzanych własnoręcznie i przecieranych przez nylonowe sitko. Tu z kolei wkładka mięsna z cielęcinki, czy kurczaczka uparcie odmawiała przejścia przez oczka tegoż. Nie miałam miksera i nie przypominam sobie, żeby taki sprzęt w tamtych czasach był. Kisielki z owoców, budynie na żółtkach – wszystko przygotowywane na bieżąco w domu. To musiało trwać. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. Dania obiadowe w postaci zupek jarzynowych przyrządzanych własnoręcznie i przecieranych przez nylonowe sitko. Tu z kolei wkładka mięsna z cielęcinki, czy kurczaczka uparcie odmawiała przejścia przez oczka tegoż. Nie miałam miksera i nie przypominam sobie, żeby taki sprzęt w tamtych czasach był. Kisielki z owoców, budynie na żółtkach – wszystko przygotowywane na bieżąco w domu. To musiało trwać. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. Dania obiadowe w postaci zupek jarzynowych przyrządzanych własnoręcznie i przecieranych przez nylonowe sitko. Tu z kolei wkładka mięsna z cielęcinki, czy kurczaczka uparcie odmawiała przejścia przez oczka tegoż. Nie miałam miksera i nie przypominam sobie, żeby taki sprzęt w tamtych czasach był. Kisielki z owoców, budynie na żółtkach – wszystko przygotowywane na bieżąco w domu. To musiało trwać. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. Dziś mamy mają do wyboru dziesiątki gotowych potraw w słoiczkach, które wystarczy podgrzać. Super sprawa. 

Mój synek nieraz biedny krzyczał wniebogłosy, gdy ja szarpałam się między praniem, sprzątaniem i gotowaniem dla niego. Faktem jest, że przez pierwsze miesiące życia płakał bardzo dużo. W dzień i w nocy. Chodziłam z nim do pediatry a ona nic nie stwierdzała. Mówiła, że niektóre dzieci są takie krzykliwe i już. Ładna mi pociecha. Absurdem były również niektóre propagowane w tamtych czasach teorie dotyczące opieki nad niemowlęciem. Pierwsza, to karmić dziecko co trzy godziny, a w międzyczasie tylko przepajać (nie karmić w nocy).  Druga – nie nosić niemowlęcia na rękach, bo się przyzwyczai i nie pozwoli się z tych rąk zdjąć. Ma leżeć w łóżeczku i już. A ja głupia, młoda, nafaszerowana teorią z „mądrych” książek (pierwsze dziecko) w dobrej wierze starałam się tych zasad przestrzegać. Dziecko na tym cierpiało. Nie oznacza to,że w ogóle go nie nosiłam, ale na pewno nie tyle, ile potrzebował.

Zmądrzałam, gdy sześć lat później urodziłam córkę. Pomna doświadczeń i błędów popełnionych w opiece nad pierworodnym, odrzuciłam książkowe mądrości i zaufałam instynktowi.  Mała była spokojniejsza i chowała mi się lepiej. 

Wracając do syna, gdy już był starszym dzieckiem, a potem nastolatkiem, nieraz zastanawiałam się, czy jego nerwowość, nadpobudliwość i ogromnie pragnienie akceptacji to nie był efekt  „zimnego wychowu” w pierwszym okresie jego życia.

Dzisiejszy świat, ze wszystkimi ułatwieniami i udogodnieniami jakie oferuje młodym rodzicom współczesne życie, (plus zwrot o 180 stopni w podejściu do potrzeb fizycznych i emocjonalnych dziecka) sprzyjają temu, żeby maleńki człowiek od pierwszego dnia rósł w poczuciu bezpieczeństwa i miłości, na okazywanie których to uczuć –  choć bardzo kochałam – często brakowało mi czasu.    

Był sobie żebrak…………

……..Nazywał się Beniamin Holst i był Niemcem. Niemiec żebrakiem? To się w pale nie mieści jak powiedziałby znajomy policjant. A jednak. Otóż ten pan, po utracie pracy i domu w swoim rodzinnym kraju postanowił wyemigrować do jednego z krajów azjatyckich aby tam rozpocząć nowe życie. Nie wiadomo czy decydując się na wyjazd już miał wizję że będzie żył z żebrania, wiadomo natomiast że ten rodzaj zajęcia bardzo przypadł mu do gustu. Wiodło mu się nieźle. Był przekonujący dzięki swojej chorobie (słoniowacizna jednej nogi), więc dzięki datkom białych turystów i biednej miejscowej ludności wyciągał sporo. Zarobione pieniądze przeznaczał na hulaszczy tryb życia dokumentując to w mediach społecznościowych. I tu przegiął. Musiał się chwalić? Kto zagląda do kieszeni przeciętnego żebraka ile wyciąga dziennie i co z tą kasą robi? A tak, azjatyckie media uznały go za globtrotera-oszusta żerującego na współczuciu ludzi i medialna nagonka spowodowała, że gość dostał zakaz wjazdu do jedenastu azjatyckich krajów  – tyle zaliczył w swych żebraczych wojażach. Pogonili z Azji? Wcale się tym nie przejął. Puki co osiadł w jednym z krajów afrykańskich i bardzo sobie chwali. Zajęcia zmieniać nie zamierza.

Powyższe streszczenie żebraczych lat życia pana Holsta powstało w oparciu o artykuł Tomasza Augustyniaka pt. „Podróżują, by żebrać, żebrzą, by podróżować. Biedaturystyka nowym trendem” opublikowanym na stronie WP Magazyn Podróże.

Artykuł z założenia jest o młodych białych ludziach którzy z minimalnymi środkami, lub bez pieniędzy przyjeżdżają turystycznie do krajów Globalnego Południa z góry zakładając, że brakujące pieniążki  na kontynuację podróży zdobędą na miejscu dorabiając, lub po prostu żebrząc. Z dorabianiem to różnie bywa (praca albo jest, albo jej nie ma) a więc część z nich po prostu wyciąga rękę po datki do innych białych turystów i miejscowej biednej ludności. Tym drugim, to ponoć pan Holst swoją postawą wskazał kierunek co robić, żeby się nie narobić a mieć.

No i posypały się gromy na turystów – żebraków ze strony mediów (internet, prasa).

A oto kilka cytatów z artykułów zagranicznej prasy które pozwalam sobie przytoczyć za autorem:”

„Ben Groundwater z australijskiego Travellera: „Begpackerzy najwyraźniej nie rozumieją, jak dobrze im się żyje. Nie mają pojęcia o swoich przywilejach białych ludzi, niezwykłym szczęściu, że urodzili się w rozwiniętym kraju, dzięki czemu mają środki na podróże po świecie jako nasto- czy dwudziestoparolatkowie, że to czyni ich zdumiewającymi wręcz szczęściarzami”.

Inni komentatorzy pisali ostrzej: młodzi, zdrowi podróżnicy chodzący z kubkiem w ręku i proszący obcych, zarówno innych turystów, jak i miejscowych, żeby sfinansowali im wypoczynek, przynoszą wstyd swoim rodzinnym krajom. Zwłaszcza że przeciętny dochód w miejscach, do których podróżują, jest znacznie niższy od tego, co mogliby zarobić u siebie za minimalną pensję.

„Jest coś prawdziwie irytującego w młodych ludziach z Zachodu, cieszących się wszystkimi przywilejami: bogactwem, wykształceniem i wysokim statusem na świecie, którzy mimo to starają się prosić o pieniądze w biednym kraju, żeby mieć pewność, że wystarczy im na kolejną imprezę na plaży” – napisała w brytyjskim dzienniku „The Independent” publicystka Helen Coffey podkreślając, że są sytuacje, w których wyciągnięcie ręki po pomoc jest uzasadnione, a bycie ulicznym artystą albo sprzedawcą może być pełnoprawnym sposobem zarobkowania.

Źródło: ImSoloTraveller/Twitter / Jedni żebrzą, inni handlują rękodziełem. Tak czy inaczej ich sposób „zarobkowania” budzi mieszane uczucia

Co innego, kiedy ktoś świadomie wybiera się w podróż bez pieniędzy i liczy, że jakoś to będzie. Krytycy takiej strategii mówią, że założenie, że lecimy dokądś bez wystarczających środków, licząc na szczodrość miejscowych oznacza, że będziemy żerować na tamtejszej gospodarce i mieszkańcach”.

I właśnie te wypowiedzi wzbudziły we mnie mieszane uczucia:

Bo autorzy z góry zakładają, że ci wszyscy młodzi ludzie idą na łatwiznę wybierając ten sposób podróżowania. Bo pochodzą z rozwiniętych krajów, więc są szczęściarzami. Bo mają wszystko – bogactwa, wykształcenie, przywileje białych ludzi i nie rozumieją jak im się dobrze żyje.

Powtarzam się, ale chciałam wypunktować główne argumenty przeciwników bieda-turystów. Moim zdaniem jest to bardzo płytkie potraktowanie zjawiska jakim jest uprawiana przez młodych ludzi biedaturystyka do krajów azjatyckich. Bo w najbogatszych, rozwiniętych krajach świata też nie wszyscy mają po równo. Są enklawy bogactwa i biedy. Skąd założenie, że biedaturyści wywodzą się ze środowisk na tyle majętnych, że stać by ich było na stuprocentowe opłacenie sobie podróży w każdy egzotyczny zakątek świata. Dla części być może jest to rzeczywiście moda (cytat:”bieda jest glamour”), ale przeważająca większość bez odwagi, żeby wyruszyć w świat na zasadzie „jakoś to będzie” pewnie nigdzie by nie wyjechała. Nie popieram żebractwa czy to u mnie w kraju, czy gdzie indziej ale to jest problem etyczny osoby, która wyciąga rękę  po cudzy grosz. Myślę, że ludzi, którzy żebrzą żeby się „zabawić na plaży” (cyt. z artykułu) też nie jest duży odsetek w porównaniu z ogółem tych, którzy w tym obcym kraju chcą przeżyć i coś zobaczyć.

Jeszcze inny aspekt biedaturystyki. Czytam, że część młodych ludzi po przyjeździe do biednego azjatyckiego kraju zostaje na stałe, bo nie chcą wracać do swych bogatych ojczyzn. Ciekawe. Wolą klepać biedę imając się różnych dorywczych zajęć, niż wrócić do siebie, gdzie czekają ich  „przywileje i bogactwa białych ludzi”. A może to nie moda, a sprzeciw wobec form życia w skomercjalizowanym świecie pcha ich na drugą półkulę, gdzie choć biedniej, ale żyje się prościej i łatwiej.

„– Przygoda w Azji, nawet bez pieniędzy, jest lepsza niż bycie bezdomnym w Niemczech” – mówi Beniamin Holst.

Nie popierając sposobu zdobywania pieniędzy przez niego, oraz ich wydawania warto się zastanowić, czy nie podobnymi przesłankami (brak pracy, perspektyw, frustracja) kierują się młodzi ludzie zmierzając na szlaki krajów Globalnego Południa.