Dziś baba idzie do lekarza….. ortopedy

Mam nadzieję, że nie będę miała perypetii, jak baba z poniższego wierszyka, który koleżanka przysłała mi mejlem jako utwór anonimowy jakiś czas temu.

Znalezione obrazy dla zapytania rysunki satyryczne baba do lekarza

Starość  jest wtedy, gdy koszt świeczek przekracza wartość tortu

………………………………………………………

Wiersz na czasie dla obecnych klientów NFZ

Przyszła baba do lekarza, (to się ciągle jeszcze zdarza) i radośnie błyska okiem, (zapisała się przed rokiem). 

Tu ją strzyka, tam ją boli. W strasznej baba jest niedoli. Lekarz spojrzał na nią ostro. -Proszę lewatywę siostro.Najpierw jednak trochę gadki: Płaci baba w ZUS-ie składki?Na nic ustne zapewnienie, ma przy sobie zaświadczenie?

Ma, lecz lekarz nie lebiega, pyta czy gdzieś nie zalega?Nie zalega, ale zamęt…. a czy płaci abonament?

Płaci, no to Pani chwała. A na kogo głosowała?Czy posiada oszczędności? Członkiem jest solidarności?

Czy się z rządu linią zgadza? I czy męża swego zdradza?Słucha Tuska, czy Rydzyka? Czy wypluwa, czy połyka?

Czy dorabia coś na boku? Czy ma konto na Facebooku?Czy ktoś w domu jest na rencie? Czy ma długi w Providencie?

Gdzie związuje koniec z końcem? W Lidlu, Tesco czy Biedronce?Czy bank przejmie po niej mienie? Czy ma teczkę w IPN-ie

Czy sejmowych baśni słucha? Pies przy budzie- bez łańcucha?Doktor pisał coś na boku. Kazał przyjść jej za pół roku.

Zgłosić się na konsultację. Dziś zaś wziął gratyfikację. Babę wysłał do apteki. Niech kupuje paraleki.

Jakby co, to prosektoria tańsze są niż sanatoria.

Baba chociaż ledwie żywa, to ogólnie jest szczęśliwa.Lecz w tym bajzlu pełnym bzdetów, w nowy limit NFZ-tu

Weszła już więc bez radości, i na konto leków…….. pości!

Morał jest wynikiem draństwa : Jeśli nie chcesz zostać „skórą”, miast obciążać budżet państwa, umrzyj przed emeryturą!!!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Reklamy

Powtórka z rozrywki, czyli znów urodziny

Tym razem mojej Najmłodszej Wnuczki. Gwiazdeczka w tych dniach skończyła siedem latek i znów babcia musiała stanąć na wysokości zadania, bo mała zastrzegła sobie, że tort musi być ładniejszy od tego zrobionego dla Najstarszej. Nie wiem, czy jest ładniejszy. Jest inny, i najważniejsze że został przez jubilatkę zaakceptowany

Moja zabawa z dekoracją tortów w stylu angielskim zaczęła się rok temu w związku z szóstymi urodzinami naszej rodzinnej Misski. Wtedy mała poprosiła, żeby na torcie były koniki i króliki. Nie chciałam, żeby były to plastikowe figurki (czy inne zabawki), zaczęłam więc szukać w necie, z czego jadalnego można by było zrobić te zwierzątka. I tak natrafiłam na setki stron pokazujących cuda, jakie można zrobić z plastycznej masy cukrowej. Postanowiłam spróbować i ja. W końcu nie święci garnki lepią. Nieprawdaż? Początki nie były łatwe. Pierwsza masa mi nie wyszła, i wylądowała w koszu. Druga była całkiem, całkiem, ale nie poradziłam sobie z uformowaniem przestrzennych zwierzątek. Zrobiłam więc płaskie, ale dziecko i tak było wniebowzięte. Efekt poniżej.

Pa, pa pa…… i tak to się zaczęło……. Spodobała mi zabawa z tą formą dekorowania tortów, a ponieważ jednocześnie zyskała uznanie moich najbliższych i znajomych, postanowiłam zgłębić tajniki tej metody i uczę się. Wydaje mi się, że czynię postępy. To ciągle amatorszczyzna, i daleko mi do mistrzów, ale w przyszłości? Kto wie. Jak już się porządnie naumiem, to może zamienię dorabianie szyciem (które już mi kompletnie zbrzydło) na robienie okolicznościowych tortów. Najbliższy pokaz, czy czynię postępy będzie w sierpniu, bo wtedy będą urodziny Średniej Wnuczki.

W dniu moich urodzin

Kwiaty od moich najbliższych

Wczoraj były moje n-te urodziny. Ponieważ wiedziałam, że moi milusińscy wybierają się do mnie, więc zaprosiłam ich na obiadek co by ich mieć w kupie o tej samej porze. Już w piątek wieczorem, sądząc naiwnie, że w niedzielę będzie chłodniej, wyciągnęłam z zamrażalnika i przełożyłam do chłodziarki kaczkę żeby się spokojnie rozmroziła. Chciałam ją upiec nadziewaną jabłkami na niedzielny obiad.

No więc wczoraj wstałam odpowiednio wcześnie, żeby nie zaniedbując spacerów z psinką wyrobić się z przygotowaniem obiadu na zapowiedzianą godzinę. Bo kaczka to nie wszystko. Jeszcze pierwsze danie, dodatki do kaczki, no i placek z truskawkami. Zdecydowałam, że tortu nie będzie, bo i tak na dniach będę robić tort na siódme urodziny Najmłodszej Wnuczki. Mała już sobie zastrzegła, że musi być piękniejszy niż ten Najstarszej („Jak ten czas leci” – 30.04), więc przede mną nie lada wyzwanie. Już obmyślam dekorację.

Ale wracając do tematu. Żeby się wyrobić na czas, uwijałam się jak w ukropie. Dosłownie, i w przenośni. No bo tak. Na dworze temperatura (termometr na północy – czyli w cieniu) dość szybko poszybowała w górę do 32 st. C, a u mnie, w mojej mikroskopijnej kuchni, to było chyba z pięćdziesiąt. Kilka godzin pracy wszystkich palników kuchenki plus piekarnik zrobiły swoje. Istny przedsionek piekła i raju w jednym. Piekła, bo gorąco jak diabli. Razem z moimi potrawami równolegle ja przypiekałam się (dwukrotny bezpośredni kontakt z nagrzanym piekarnikiem), odparowywałam ( pot lał mi się nie powiem gdzie) i dusiłam w sosie własnym. Raj, bo zapachy i aromaty przygotowywanych potraw. Wytrzymywałam w tej kuchni tylko z myślą o zadowoleniu moich bliskich. I warto było. Wyrobiłam się na czas. Jedzonko wszystkim smakowało. Placek (tym razem bez zakalca 🙂 ) poszedł w całości. Do tego drinki z mojej naleweczki wiśniowej (rocznik 2013), no i lody dla ochłody. Było cudownie. Na luzie. Bez pośpiechu. Kilka godzin pogaduch o wszystkim i o niczym. Lubię te nasze spotkania, bo choć widujemy się bardzo często, ale zawsze w biegu, przelotnie, no i na co dzień nigdy w pełnym gronie. Zmęczenie upalnym dniem i przygotowaniami, na czas pobytu miłych gości ulotniły się jak para.

Za to, jak już wszyscy się rozeszli, padłam jak kawka postrzelona śrutem i przespałam dopóki moja psinka nie upomniała się o kolejny spacer.

Krótkie migawki z mojego okna w kuchni

Są osoby które uwielbiają godzinami przesiadywać przy oknie i obserwować życie toczące się na zewnątrz. Zwłaszcza jak się mieszka na parterze, to pole widzenia jest duże. Jest potem o czym pogadać ze znajomą spotkaną na osiedlu. O Kowalskiej, co to za stara na mini (i ten czerwony podgolony łeb – pani(!) kto to widział w tym wieku!!!). Czy o tej Małej Czarnej z parteru. Żeby pani widziała jakim samochodem dziś ją gość podrzucił! I to nie pierwszy raz. Ciekawe kto to był? A ludzie mówią, że ona tych gości to zmienia jak rękawiczki i że nie za darmo……….

Ja mieszkam na czwartym piętrze, ale też mam okazję zaobserwować co nieco z życia na zewnątrz . Kuchnia wąziutka. Okno w krótkiej ścianie, a pod oknem blat roboczy na którym przygotowuje się posiłki. Chcąc nie chcąc więc krojąc, siekając, mieszając, itp. zerkam przez okno.

Dziś robiłam kruche ciasto na szarlotkę i gdy minęło ryzyko utraty palców na pierwszym etapie (posiekanie nożem masła z mąką), już na kolejnym, czyli przy zagniataniu mogłam sobie zerkać za okno. Południe. Zupa na gazie, okno lekko uchylone bo gorąco, więc słychać co nieco.

Mały brzdąc pod blokiem wrzeszczy wniebogłosy. Pomyślałam, że upadł i zrobiło mi się go żal. Za chwilę słyszę męski głos pytający co się stało. Okazało się, że chciał tylko na ręce do mamy. Krzyk cichnie, więc chyba dopiął swego.

Cisza nie trwa długo. Tym razem sąsiad z następnej klatki tubalnym głosem opowiada koledze o ich wspólnym znajomym i co o nim myśli. Mężczyźni to nieźli plotkarze. Przynajmniej niektórzy.

Naprzeciwko, po drugiej strony ulicy podchodzi do śmietnika bezdomny. Wspina się do okienka wsypowego i nurkuje do pojemnika ze śmieciami. Z mojego okna widać tylko śmiesznie dyndające nogi. Po chwili wynurza się z torbą pełną śmieci. Przekopał jej zawartość i znalazł spory kawałek kiełbasy który od razu zaczął wcinać. Trochę zgłupiałam na ten widok. Pojadł i poszedł.

Skrajem parkingu idą ostrożnie dwa kotki. Idą od samochodu do samochodu zaglądając pod każdy. Ciekawe czego szukają? Nagle rozległ się jazgot i szczekanie psa. Kotki błyskawicznie zanurkowały pod najbliższy pojazd żeby przeczekać zagrożenie.

Skończyłam zagniatać ciasto na szarlotkę i do lodówki go, żeby się schłodziło. Odchodzę od blatu i tym samym od okna. Czas na inne zajęcia. Wrócę w porze szykowania kolacji, ale to już na króciutko.

Szarlotka udała się doskonale, choć pod koniec zaliczyłam małą wtopę. Po wyjęciu z piekarnika jeszcze gorącą postanowiłam posypać cukrem pudrem. No i posypałam……….. mąką ziemniaczaną. Pomyliły mi się pudełka. Kapnęłam się w ostatniej chwili gdy polizałam „upudrzony” palec. Zaczęłam główkować jak tę mąkę zamienić na cukier. Zdmuchnąć się nie dało bo brzegi blaszki za wysokie. Zmieść tym bardziej. Wpadłam na pomysł, że zrobię to odkurzaczem. Oczywiście koniec rury umyłam i zabezpieczyłam folią. Pierwsze podejście fatalne. Rura wessała nie tylko mąkę, ale i kawałek ciasta. Dopiero jak zmniejszyłam siłę ssania i ustawiłam rurę prawie poziomo to udało się tę mąkę zebrać. Po posypaniu grubo cukrem pudrem nawet nie było czuć że zostało jej tam jeszcze odrobinkę.

Ostatni etap przygody z szarlotką, to pół godziny spędzone w łazience na myciu odkurzacza i jego części zafajdanych mąką ziemniaczaną.

Maj to śpiew ptaków i ryk wiertarki

Maj……., maj……., maj…….

O maju można w nieskończoność. Bo to najcudowniejszy miesiąc z dwunastu w roku.

Maj….. wczesne wschody słońca i późne zachody. Wreszcie ciepło bez większych wahań temperatury. 25 stopni w dzień i 10 w nocy, to dla mnie ideał. Nie za dużo, nie za mało, a w sam raz. Tylko w maju powietrze jest tak przeźroczyste jak w żadnym innym miesiącu, i rześkie jak łyk wody źródlanej.

Maj, to śpiew ptaków szczególnie nad ranem, co jest jednym z przywilejów mieszkania na obrzeżach miasta. W centrum tego nie mają.

Maj, to feeria barw i zapachów. Najwięcej pachnących drzew i krzewów kwitnie w maju. Dopiero przekwitł bez i akacja, a już rozwija się jaśmin i dzika róża.

Maj, to sama przyjemność zażywania częstych spacerów z psinką. Dużo zdrowego ruchu, aromatoterapia i inhalacja zarazem. Czegóż więcej chcieć.

 

 

Maj, to tęcza na niebie po deszczu, i piękne zachody słońca z chmurami jak pianka jagodowo-truskawkowa. I choć te zjawiska przyrody występują przecież przez cały rok, to szczególnie w maju wzbudzają mój zachwyt swoją świeżością i intensywnością barw.

Maj, to miesiąc miłości, więc nikogo nie dziwią tulące się do siebie pary młodych ludzi. No…….. nie do końca. Trochę się zdziwiłam, jak zobaczyłam w samo południe parkę na ławeczce w centrum osiedla w pozycji niemal horyzontalnej i w dodatku ona na nim.  Ech, chyba nie nadążam.

I żyło by mi tutaj sielsko-anielsko, gdyby nie parę dodatkowych odgłosów, które psują ten idylliczny obrazek, przypominających mi codziennie, że mieszkam na osiedlu składającym się z kilkudziesięciu bloków zamieszkałym przez kilka tysięcy ludzi. Ludzi o różnych potrzebach, zwyczajach i upodobaniach.

Do potrzeb należy niewątpliwie remont mieszkania. Gdy nadchodzi maj, co najmniej kilku właścicieli mieszkań niemal w tym samym czasie zaczyna kucie, rycie, wyburzanie i przestawianie ścianek w swoich lokalach (w moim bloku aktualnie dwóch). Od miesiąca codziennie od rana do wieczora niesie się łomot, stukot i wycie wiertarek udarowych. Ja nawet nie mam im za złe tych odgłosów, bo to naturalne działania w trakcie remontu, ale moje uszy i mózg buntują się przeciw temu ciągłemu hałasowi i nic na to nie poradzę, że nie gustują w tego typu dźwiękach.

Późnym popołudniem milkną huki, i przez kilka godzin cieszę się ciszą. Tak mniej więcej do dwudziestej. Bo o tej porze zwabione ciepłym wieczorem zbiera się na ławeczce przed moim blokiem towarzystwo wzajemnej adoracji, czyli panowie spragnieni łyku świeżego powietrza i nie tylko. Siedzą sobie, gadają, głosy mają tubalne i donośne. W miarę upływu czasu jest coraz głośniej (to pewnie to świeże powietrze), a w dyskusji coraz więcej „przecinków”.

Ściemnia się, i panowie idą do domów. Chwila ciszy, i nagle rozlega się przeraźliwy dziewczęcy pisk, a potem śmiech. To następni amatorzy świeżego majowego powietrza tym razem pod osłoną nocy zjawili się na pobliskim placu zabaw dla dzieci. To, sądząc po głosach, młodzi ludzie płci obojga w wieku wczesno-młodzieżowym. Przychodzą dość często gdy już się całkowicie ściemni i ćwiczą nawiązywanie pierwszych relacji damsko-męskich. Dziewczyny śmieją się przeraźliwie i piszczą. Chłopcy bardzo zadowoleni z siebie rechoczą głosami świadczącymi o mutacji. Tak ok. 23-ej zaczynam się zastanawiać: co na to rodzice tych dzieciaków, że ich jeszcze o tej porze nie ma w domu. Czy ze mną jest coś nie tak?

Było o potrzebach, o zwyczajach, to jeszcze o upodobaniach. Jest w bloku obok, młody człowiek (chyba- młody, młoda?) – wielki miłośnik disco-polo. Uwielbia słuchać tej muzyki w otwartym oknie z głośnikami włączonymi na full. Potrafi maglować jeden i ten sam utwór w nieskończoność przez długi, dłuuugi czas. Mam pecha. Nie lubię tego rodzaju muzyki, a jeśli w dodatku wysłuchuję tego samego n-ty raz, to momentami żałuję, że nie jestem głucha.

No to sobie ponarzekałam. Przyzwyczaję się, bo przecież tak jest co roku. Te dodatkowe odgłosy dopiero się zaczęły i będą mi towarzyszyć z różnym nasileniem do jesieni. To są przecież normalne oznaki tętniącego życiem osiedla.

Kurczę, a jednak na te pół roku (od maja do października) najchętniej wyniosła bym się na wieś, gdzieś pod las, gdzie ciszę zakłóca tylko szum drzew i śpiew ptaków.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nic na siłę

Takie piękne chmury i ani kropli deszczu.

Zastanawiałam się ostatnio nad sensem codziennego pisania notek (według blogerzy radzą – ukłon w stronę Caffe). Argument o nabraniu nawyku otwierania komputera nie przemawia do mnie, bo go (niestety) mam. Zajrzeć do kompa, nie oznacza jednocześnie chęci napisania czegokolwiek. Widzę jednak sens w codziennym pisaniu. Przynajmniej w moim przypadku. Niekoniecznie żeby zaraz do publikacji. Ot, wprawki w tworzeniu fabuły i zdań. Pozwoliło by mi to być może na sprawniejsze opanowanie umiejętności przetwarzania haosu myślowego na słowo pisane, i tym samym skróciło czas tworzenia.

Wiśta wio, łatwo powiedzieć. Gorzej z realizacją. Systematyka w działaniu nigdy nie była moją mocną stroną. Najlepiej wychodzą mi zrywy (i to te w ostatniej chwili). Akurat w przypadku pisania bloga jest to wada, bo tu się liczy systematyczność publikacji wpisów jeśli chce się mieć choćby najmniejsze grono stałych „zaglądaczy”. Przekonałam się o tym w ubiegłym tygodniu, kiedy to ze względu na stan zdrowia nie miałam nawet siły, ani ochoty podnieść klapę od laptopa. Żeby nie mieć zbyt dużej przerwy między postami, skorzystałam z chwilowej poprawy samopoczucia i wrzuciłam tekst napisany kiedyś tam………

A propos mojego zdrowia. Kiedy w okresie „wysypu” grypy wszyscy wokół mnie chorowali, i ja przechwalałam się jaka to jestem odporna i nic się mnie nie ima, to teraz jakieś wredne bydlę (wirus) upomniało się o mnie. Przyatakował w ub. niedzielę. Ból mięśni, kości, temperatura, nudności, zawroty głowy. Zaaplikowałam odpowiednie prochy, ale je olał.

Noc ciężka, więc zdecydowałam w poniedziałek rano, że pójdę do lekarza. Zadzwoniłam do przychodni coby się zarejestrować, a tu nie nie ma lekko. Pani z rejestracji mówi mi, że nic z tego. Proponuje następnego dnia. Przekimałam cały dzień, a nazajutrz już nie poszłam, bo mi się troszkę polepszyło. Tak mi się przynajmniej wydawało z rana. Znów przespałam cały dzień, a w środę doszłam do wniosku, że teraz, to ja mam już z górki (brak gorączki) i nie będę się wygłupiać z lekarzami. Zostało osłabienie i kaszel, ale na ten drugi, aplikuję sobie naleweczkę z bazi sosnowych. Od środy tak mniej więcej co godzinę, lub dwie, łyczek z gwinta. Zostało jeszcze pół butelki, więc jak pokaże się dno, to powinnam być zdrowa jak ryba. Do następnego razu. Bo złapałam się na tym, że ja tak mam co kilka miesięcy, tylko jak mi już przejdzie, już o tym nie pamiętam. To chyba nawet dobrze?

 

Bałaganiara

Bałaganiara to ja. Taka się urodziłam i nic na to nie poradzę. Wierzcie mi. To jest naprawdę cecha wrodzona. Tak mam od zawsze. Jak daleko sięga moja pamięć, czyli od wczesnego dzieciństwa. Mama pedantka. Siostra wręcz chorobliwa pedantka (wszystko w idealnym porządeczku). A ja się mamusi pod tym względem nie udałam. W dzieciństwie nieźle obrywałam od mamy (od siostry zresztą też) za to, że wolałam czytać książki zamiast układać rzeczy w szafach, szafkach i szafeczkach.

Gdy obie z siostrą wyszłyśmy z domu, to przynajmniej ją miałam z głowy bo zamieszkała daleko. Mama nadal usiłowała mnie „wychowywać” choć założyłam własną rodzinę i miałam własny dom. Miała mnie pod ręką bo mieszkałyśmy w jednym mieście. Bywało, że przychodziła niespodziewanie, a ja słysząc w drzwiach jej „dzień dobry” łapałam co było najbliżej (ścierkę czy szczotkę) i z tym rekwizytem biegłam się z nią przywitać. Żeby widziała że właśnie sprzątam. Mamcia po przywitaniu się ze mną zaczynała lustrację od kuchni. Jeśli w zlewie było choć jedno nie umyte naczynie (a zawsze było) – to się zaczynało. Reprymenda to delikatnie powiedziane. Leciały w moją stronę gromy co ona myśli o mnie jako gospodyni.

Oj długo się jej bałam. Prawie do trzydziestki. Aż nastąpił we mnie przełom. Stwierdziłam że dosyć tego. A było to tak. Mama pomagała mi wychowywać córkę do trzeciego roku życia. Bardzo byłam jej za to wdzięczna. Ja mogłam pracować, a jak wracałam do domu, czekał na mnie ugotowany obiad.

Jednego dnia, gdy wróciłam z pracy i zjadłam obiad, moja trzyletnia córeczka poprosiła mnie żebym jej poczytała. Wyniosłam naczynia do kuchni, wróciłam do pokoju, wzięłam małą na kolana i sięgnęłam po książeczkę. I się zaczęło….. Mama na mnie naskoczyła w niewybrednych słowach co o mnie myśli………. gary w zlewie a ja się z dzieckiem bawię. Nie wytrzymałam. Coś we mnie pękło. Teraz to ja zaczęłam jej wygarniać. Wykrzyczałam żeby przestała mnie wreszcie wychowywać. Jestem dorosła, mam rodzinę i jak mnie do tej pory nie wychowała to niech sobie daruje. Niech mi pozwoli żyć po mojemu. Gary ze zlewu nie uciekną a dziś dziecko jest ważniejsze. Dla mamy to był szok. Popłakała się i obrażona zaraz wyszła. Nie odzywała się dwa tygodnie. Potem przyszła jak gdyby nigdy nic. Weszła od razu do pokoju i poprosiła o herbatę. Nie wracałyśmy do draki sprzed…..

To był przełom. Już nigdy więcej nie zwróciła mi uwagi na mój sposób prowadzenia domu choć pewnie w duchu cierpiała na widok  moich porządków. Pedanci nie są tolerancyjni i potrafią być upierdliwi dla najbliższego otoczenia. A bałaganiarze? Wydaje mi się, że są znacznie bardziej wyrozumiali. Ja na pewno. Mając świadomość swoich wad (jedną z nich jest moje bałaganiarstwo) staram się rozumieć innych.

Ktoś powie – co za wygodnicka postawa. Nie chce jej się sprzątać to zwala, że wada wrodzona. To nie tak. Ja się staram, ale mi nie wychodzi. Bałaganiarz ma to do siebie, że zostawia różne rzeczy w różnych miejscach w sposób niekontrowany. Ot, odkładam bluzkę na krzesło (kubek do zlewu) i wychodzę do drugiego pomieszczenia z myślą że zaraz wrócę i sprzątnę. Tylko jak wracam, to ja już tej bluzki nie zauważam. Dopiero jak się nazbiera różnych rzeczy w różnych miejscach, to stwierdzam że czas na porządki. Składam, układam, odkładam na swoje miejsce i na krótko jest cacy. A potem znowu……. I co ja mam ze sobą zrobić? Próbowałam się zmienić na modłę i podobieństwo mamy i siostry. Nic z tego. Na krótką metę tak. Na dłuższą nie da rady. Wykończyłabym się psychicznie. Wiem to z autopsji……..

Żyję więc sobie we własnym rytmie (raz bajzel – raz porządek) i tak mi już zostanie do końca mych dni. Najważniejsze że pozbyłam się kompleksu na tym tle. Znajomi którzy mnie odwiedzają twierdzą, że chyba jednak mam kompleks bo nie jest tak źle. No cóż. Ja wciąż pamiętam lekcje mamy.

Szkoda że nigdy nie miała okazji wpaść do mnie jak akurat byłam na etapie chwilowej pedanterii. Może by mnie choć raz pochwaliła?

Psia dola

Dwa tygodnie temu                                                                     Dzisiaj……..

Skończył się kolejny cudowny dzień wiosny. Moje osiedle pięknieje z każdym dniem. Pokrywają się listowiem i kwieciem kolejne drzewa i krzewy. Urosła trawa kryjąc „miny” pozostawione przez pieski i ich niesubordynowanych właścicieli (ma to jeden minus – trudniej je zauważyć, a wiec łatwiej o przykrą wpadkę). U nas, jak widać na zdjęciach trawniki są jak łąki, więc można po nich chodzić bez obawy zadeptania. Bawią się więc na nich dzieci, i spacerują ludzie z pieskami. Szkoda tylko, że ci drudzy zostawiając „pamiątki” po swoich pupilach nie pamiętają o tych pierwszych.

Spacerując dziś z psinką i patrząc na trawnik usiany kwiatami mniszka lekarskiego zastanawiałam się przez chwilę, czy jak co roku nie zrobić syropu z ich kwiatów (musiałabym się wybrać na zbiory gdzieś poza osiedle), ale się rozmyśliłam. Przypomniałam sobie, że jeszcze mam kilka słoików z ubiegłego roku. Oprócz tego zostały mi syropy z kwiatów i owoców czarnego bzu i bazi sosnowych.  Acha – jeszcze mam nalewki z czarnego bzu, bazi sosnowych no i z mniszka lekarskiego. Na najbliższy sezon jesienno-zimowy powinno wystarczyć.

……………………………………………………………………………………………………………………………………………..

Psinka znów mi się pochorowała. Pogorszył się stan nerek. Jeździmy więc co drugi dzień do weterynarza na kroplówki. Wczoraj pani przywiozła do weta pieska z prawdopodobnie uszkodzonym kręgosłupem (wstępna diagnoza po zbadaniu). Przyczyna – sąsiad kopnął go tak mocno, że zwierzę przestało chodzić. I to nie było na ulicy. On wszedł na posesję tej kobiety. Dlaczego tak potraktował tego psa? Pewnie jakieś międzysąsiedzkie porachunki. Ale co mu zawiniło biedne zwierzę?

Jakiś czas temu czytałam w necie o gościu, który z zemsty na sąsiadce powiesił jej psa. Innym znów razem o idiocie (bo jak inaczej nazwać takiego zwyrodnialca) co uprał kota sąsiadki w pralce automatycznej. Za każdym razem, jak czytam, lub słyszę o takich „wyczynach” i innych formach bestialskiego traktowania zwierząt przez niektórych osobników zwanych ludźmi zastanawiam się jaka kara byłaby adekwatna do czynu jaki popełnili. Właściwie żadna. Ani wieloletnie więzienie, ani wysoka nawiązka finansowa. Oni boją się kary jako takiej, ale nie rozumieją na czym polega ich przestępstwo. Dla nich zwierzę, to nie jest czująca istota, tylko rzecz, którą można potraktować wg swojego widzi mi się. Mam humor – pogłaskam, nie mam humoru – skopię, połamię kości, wyłupię oczy. Niech ma.

I tu znów kłania się edukacja od najmłodszych lat. Po pierwsze uczyć szacunku dla innych form życia, po drugie uczulać, żeby nie było w otoczeniu tolerancji dla zła czynionego przez złych, podłych ludzi.

 

Trzynaście chudych lat.

              „Teraz ci ciężko, ale kiedyś się podniesiesz, zobaczysz. Może musiało się tak stać? Mówią, że człowiek sam kieruje swoim losem, ale to nie do końca prawda. Czasem ten los prowadzi nas bezdrożami bez naszej woli, przeczołga przez życie, rzuca kłody pod nogi, doświadcza okrutnie, jakby wystawiał człowieka na próbę i sprawdzał, ile jeszcze może znieść. Coś o tym wiem. – Pokiwała głową.”

Powyższy fragment, to cytat z książki, którą ostatnio przeczytałam pt. „Wyspy szczęśliwe” Wioletty Sawickiej. Tymi słowami stara, mądra kobieta pocieszała główną bohaterkę, której dotychczasowe życie legło w gruzach na skutek oszukańczych machinacji osoby wydawałoby się najbliższej, czyli jej męża. Fabuła jest fikcją literacką, ale stara kobieta – Marta która mówi te słowa jest postacią z krwi i kości, a to, co ją w życiu spotkało wydarzyło się naprawdę. Dla niej, żeby poznać jej losy, warto po tę książkę sięgnąć. To Marcie dedykowała autorka tę książkę, i ją uznałabym za równoległą do głównej bohaterki postać. Potworny koszmar, jaki przeżyła w ostatnich dniach wojny, kalectwo z tym związane i ciężkie nie do opisania lata młodości, gdy musiała się borykać z brakiem akceptacji otoczenia z powodu swojej ułomności nie odebrały jej pogody ducha, wiary w ludzi, i chęci niesienia pomocy innym. Miała szczęście, że w odpowiednim momencie życia pojawił się na jej drodze człowiek – lekarz, który nie tylko postawił ją fizycznie na nogi (w tym przypadku protezy), ale „uleczył” również śmiertelnie chorą duszę.

———————————————————————————————————————————-

Wracając do zamieszczonego na początku cytatu. Jak prawdziwe są to słowa przyzna każdy, kto borykał się z przeciwnościami losu. Chyba nie ma na świecie człowieka, który nie doświadczyłby w swoim życiu całej gamy wydarzeń pozytywnych i negatywnych, choć amplituda tych wydarzeń u każdego będzie przebiegać inaczej. Jedni mają szczęście przejść przez życie w miarę łagodnie, z drobnymi potknięciami. Życie innych, to ciąg katastrof i niepowodzeń z małymi tylko przerwami względnego spokoju. Do których ja bym się zaliczyła? Do 1996 r. do tych pierwszych. Potem, przez kolejnych trzynaście lat pełnych klęsk i niepowodzeń, strachu, rozpaczy, bólu, wstydu, upokorzeń – do drugich. Nie byłam w tym czasie bierna. Walczyłam, ale los raz, po raz rzucał mną o glebę, a gdy usiłowałam się podnieść, to dokładał solidnym kopem.

Ta czarna „trzynastka” zaczęła się na początku 1996 r. od wypadku samochodowego córki. Samochód co prawda poszedł do kasacji, ale ponieważ córka wyszła z niego cało, więc powiedziałabym, że to było ostrzeżenie ze strony losu. Tylko, gdyby nie to, że po nim ruszyła lawina. Trzy tygodnie później umarł mój syn. Za trzy miesiące po nim ojciec (rak). W marcu 1997 r. okazało się, że mama jest chora na raka. Na szczęście szybko wdrożone leczenie pozwoliło opanować chorobę. Od 1996 roku moja dotychczas nieźle prosperująca firma (jedyne nasze źródło utrzymania) zaczęła podupadać. Wykruszali się kontrahenci, malały obroty. Zyski odeszły w siną dal – pojawiły się straty. Wiedziałam gdzie jest pies pogrzebany (nieuczciwa konkurencja) i nic nie mogłam z tym zrobić. Żeby trochę podreperować finanse, postanowiłam sprzedać swój samochód i kupić coś tańszego (musiałam mieć środek lokomocji). I tu los pokazał na co go stać. Ponieważ ogłoszenia w prasie okazały się nieskuteczne, zdecydowałam, że pojadę na giełdę. Za pierwszym razem w przeddzień, rozchorowałam się i nic z tego nie wyszło. Na kilka dni przed drugim podejściem miałam wypadek. Gość zajechał mi drogę i uderzyłam w niego. Mnie nic się nie stało, ale samochód dość mocno ucierpiał. Facet szedł w zaparte, że to nie jego wina, ale zanim ostatecznie przegrał sprawę i mogłam ubiegać się o odszkodowanie minęło kilka miesięcy i samochód grubo stracił na wartości. Bo był powypadkowy i już o rok starszy. A firma miała się coraz gorzej. Trzecie podejście na giełdę. Przed wyjazdem wyszłam z psem na spacer i skręciłam nogę. Tym razem nie odpuściłam. Poprosiłam brata żeby mnie zawiózł i wreszcie sprzedałam ten nieszczęsny samochód. Część pieniędzy władowałam w firmę, a za resztę niedrogie używane auto. Długo się nim nie nacieszyłam. Ukradli mi go spod bloku po trzech tygodniach w nocy. Następnego dnia miałam jechać do t.u. ubezpieczyć go na AC. Kilka tysięcy poszło się bujać. Zresztą co tu dużo gadać. Wszystkie pieniądze poszły się bujać, bo próby ratowania firmy wszelkimi sposobami nie powiodły się, i w 2000 roku musiałam ją zlikwidować. Zostały długi, a w związku z tym sądy, wyroki, komornicy i egzekutorzy skarbowi którzy zaczęli mnie wkrótce regularnie nachodzić. Oni grzecznie (trzeba przyznać) czekali, bo wiedzieli, że i tak mnie dopadną jak będę miała stałe źródło dochodu. Miałam na głowie jeszcze jedną firmę, która mnie nie podała do sądu, bo się z nimi ułożyłam, że będę ich spłacać w określonych ratach w wyznaczonych terminach. Na tej umowie najbardziej mi zależało, bo terminowe wywiązanie się oznaczało umorzenie części zobowiązań. Żeby jej dotrzymać, wynajęliśmy w naszym trzypokojowym mieszkaniu dwa pokoje studentom.

Jak już wcześniej wspominałam, firma była naszym jedynym źródłem utrzymania, więc  gdy ją straciliśmy, zaczął się etap poszukiwania pracy. Bezskutecznie. Kto na początku lat dwutysięcznych, gdy bezrobocie sięgało kilkunastu procent chciałby zatrudnić „dziadków” po pięćdziesiątce? Trafiały się jakieś drobne fuchy na umowę zlecenie, dodatkowo ja szyłam, a mąż chałturzył u sąsiadów, ale to była kropla w morzu potrzeb. Brakowało na czynsz i inne opłaty. Spółdzielnia monitowała i straszyła sądem, a PGE i PGNiG odcięciem prądu i gazu. Do tych dwóch ostatnich kapało się po parę groszy żeby widzieli dobre chęci i odpuścili. Długi firmowe nie malały, a prywatne rosły. Miałam szansę wyjechać do pracy za granicę, ale mama dostała zawału i musiałam zostać żeby się nią zająć. Jak trafiła mi się okazja na pracę w kraju, to przed zatrudnieniem tak fatalnie złamałam lewą rękę w nadgarstku (jestem mańkutem), że składali mi ją pod narkozą. Potem sześć tygodni gipsu. Po zdjęciu gipsu okazało się, że dopadło mnie, (a właściwie moją rękę) paskudne choróbsko o wdzięcznej nazwie zespół Sudecka. Groziła mi martwa dłoń. O szyciu mogłam zapomnieć. Rehabilitacja trwała rok.

W dwutysięcznym czwartym roku przeszłam na wcześniejszą emeryturę i wtedy wkroczył komornik. Zostawało mi niewiele, ale stały grosz cieszył, a długów ubywało. Nadal żyliśmy nad wyraz skromnie, ale już nie planowałam wyjazdu za pracą, bo mama coraz bardziej podupadała na zdrowiu. Byłam jej potrzebna na co dzień. Odeszła w 2006 r. Na temat kłopotów, jakie miałam ze strony rodziny (zwłaszcza siostry) w związku z formą pochówku napisałam parę słów w poście pt. „Moja siostra katoliczka” – 01.05.2011r

Po koniec 2006 r. mąż przeszedł na emeryturę. Przybyło pieniędzy. Nadal żyliśmy bardzo skromnie, ale przyśpieszyłam spłatę długów. Miałam świadomość, że przed nimi nie ucieknę i nie chciałam żeby wisiały nade mną do końca życia. W połowie 2008 roku, szok i niedowierzanie – mąż jest chory na raka. Lekarze dawali mu kilka miesięcy życia. Walczyliśmy w nadziei, że uda się pokonać chorobę. Teraz, gdy zaczynaliśmy wychodzić na prostą i mogliśmy spokojnie dalej żyć? To nie mogło tak się skończyć. W grudniu spłaciłam resztki długów. Dziewiątego marca następnego roku umarł mąż. Jego śmierć, jak każdego członka rodziny była traumą. Jednocześnie jego śmierć zakończyła serię złych zdarzeń jakie działy się w moim życiu przez kolejnych trzynaście lat. Tak, jakby los zdecydował, że wystarczająco mi dokopał i może sobie odpuścić.

Przez ostatnich dziewięć lat moje życie płynie tak spokojnie. Wszystko układa się pomyślnie. Zdrowie, relacje w rodzinie i z otoczeniem, finanse. Z tymi ostatnimi, to może szału nie ma, ale w końcu jakoś sobie radzę. Jest dobrze. Chciało by się powiedzieć chwilo trwaj wiecznie.