Trzynaście chudych lat.

              „Teraz ci ciężko, ale kiedyś się podniesiesz, zobaczysz. Może musiało się tak stać? Mówią, że człowiek sam kieruje swoim losem, ale to nie do końca prawda. Czasem ten los prowadzi nas bezdrożami bez naszej woli, przeczołga przez życie, rzuca kłody pod nogi, doświadcza okrutnie, jakby wystawiał człowieka na próbę i sprawdzał, ile jeszcze może znieść. Coś o tym wiem. – Pokiwała głową.”

Powyższy fragment, to cytat z książki, którą ostatnio przeczytałam pt. „Wyspy szczęśliwe” Wioletty Sawickiej. Tymi słowami stara, mądra kobieta pocieszała główną bohaterkę, której dotychczasowe życie legło w gruzach na skutek oszukańczych machinacji osoby wydawałoby się najbliższej, czyli jej męża. Fabuła jest fikcją literacką, ale stara kobieta – Marta która mówi te słowa jest postacią z krwi i kości, a to, co ją w życiu spotkało wydarzyło się naprawdę. Dla niej, żeby poznać jej losy, warto po tę książkę sięgnąć. To Marcie dedykowała autorka tę książkę, i ją uznałabym za równoległą do głównej bohaterki postać. Potworny koszmar, jaki przeżyła w ostatnich dniach wojny, kalectwo z tym związane i ciężkie nie do opisania lata młodości, gdy musiała się borykać z brakiem akceptacji otoczenia z powodu swojej ułomności nie odebrały jej pogody ducha, wiary w ludzi, i chęci niesienia pomocy innym. Miała szczęście, że w odpowiednim momencie życia pojawił się na jej drodze człowiek – lekarz, który nie tylko postawił ją fizycznie na nogi (w tym przypadku protezy), ale „uleczył” również śmiertelnie chorą duszę.

———————————————————————————————————————————-

Wracając do zamieszczonego na początku cytatu. Jak prawdziwe są to słowa przyzna każdy, kto borykał się z przeciwnościami losu. Chyba nie ma na świecie człowieka, który nie doświadczyłby w swoim życiu całej gamy wydarzeń pozytywnych i negatywnych, choć amplituda tych wydarzeń u każdego będzie przebiegać inaczej. Jedni mają szczęście przejść przez życie w miarę łagodnie, z drobnymi potknięciami. Życie innych, to ciąg katastrof i niepowodzeń z małymi tylko przerwami względnego spokoju. Do których ja bym się zaliczyła? Do 1996 r. do tych pierwszych. Potem, przez kolejnych trzynaście lat pełnych klęsk i niepowodzeń, strachu, rozpaczy, bólu, wstydu, upokorzeń – do drugich. Nie byłam w tym czasie bierna. Walczyłam, ale los raz, po raz rzucał mną o glebę, a gdy usiłowałam się podnieść, to dokładał solidnym kopem.

Ta czarna „trzynastka” zaczęła się na początku 1996 r. od wypadku samochodowego córki. Samochód co prawda poszedł do kasacji, ale ponieważ córka wyszła z niego cało, więc powiedziałabym, że to było ostrzeżenie ze strony losu. Tylko, gdyby nie to, że po nim ruszyła lawina. Trzy tygodnie później umarł mój syn. Za trzy miesiące po nim ojciec (rak). W marcu 1997 r. okazało się, że mama jest chora na raka. Na szczęście szybko wdrożone leczenie pozwoliło opanować chorobę. Od 1996 roku moja dotychczas nieźle prosperująca firma (jedyne nasze źródło utrzymania) zaczęła podupadać. Wykruszali się kontrahenci, malały obroty. Zyski odeszły w siną dal – pojawiły się straty. Wiedziałam gdzie jest pies pogrzebany (nieuczciwa konkurencja) i nic nie mogłam z tym zrobić. Żeby trochę podreperować finanse, postanowiłam sprzedać swój samochód i kupić coś tańszego (musiałam mieć środek lokomocji). I tu los pokazał na co go stać. Ponieważ ogłoszenia w prasie okazały się nieskuteczne, zdecydowałam, że pojadę na giełdę. Za pierwszym razem w przeddzień, rozchorowałam się i nic z tego nie wyszło. Na kilka dni przed drugim podejściem miałam wypadek. Gość zajechał mi drogę i uderzyłam w niego. Mnie nic się nie stało, ale samochód dość mocno ucierpiał. Facet szedł w zaparte, że to nie jego wina, ale zanim ostatecznie przegrał sprawę i mogłam ubiegać się o odszkodowanie minęło kilka miesięcy i samochód grubo stracił na wartości. Bo był powypadkowy i już o rok starszy. A firma miała się coraz gorzej. Trzecie podejście na giełdę. Przed wyjazdem wyszłam z psem na spacer i skręciłam nogę. Tym razem nie odpuściłam. Poprosiłam brata żeby mnie zawiózł i wreszcie sprzedałam ten nieszczęsny samochód. Część pieniędzy władowałam w firmę, a za resztę niedrogie używane auto. Długo się nim nie nacieszyłam. Ukradli mi go spod bloku po trzech tygodniach w nocy. Następnego dnia miałam jechać do t.u. ubezpieczyć go na AC. Kilka tysięcy poszło się bujać. Zresztą co tu dużo gadać. Wszystkie pieniądze poszły się bujać, bo próby ratowania firmy wszelkimi sposobami nie powiodły się, i w 2000 roku musiałam ją zlikwidować. Zostały długi, a w związku z tym sądy, wyroki, komornicy i egzekutorzy skarbowi którzy zaczęli mnie wkrótce regularnie nachodzić. Oni grzecznie (trzeba przyznać) czekali, bo wiedzieli, że i tak mnie dopadną jak będę miała stałe źródło dochodu. Miałam na głowie jeszcze jedną firmę, która mnie nie podała do sądu, bo się z nimi ułożyłam, że będę ich spłacać w określonych ratach w wyznaczonych terminach. Na tej umowie najbardziej mi zależało, bo terminowe wywiązanie się oznaczało umorzenie części zobowiązań. Żeby jej dotrzymać, wynajęliśmy w naszym trzypokojowym mieszkaniu dwa pokoje studentom.

Jak już wcześniej wspominałam, firma była naszym jedynym źródłem utrzymania, więc  gdy ją straciliśmy, zaczął się etap poszukiwania pracy. Bezskutecznie. Kto na początku lat dwutysięcznych, gdy bezrobocie sięgało kilkunastu procent chciałby zatrudnić „dziadków” po pięćdziesiątce? Trafiały się jakieś drobne fuchy na umowę zlecenie, dodatkowo ja szyłam, a mąż chałturzył u sąsiadów, ale to była kropla w morzu potrzeb. Brakowało na czynsz i inne opłaty. Spółdzielnia monitowała i straszyła sądem, a PGE i PGNiG odcięciem prądu i gazu. Do tych dwóch ostatnich kapało się po parę groszy żeby widzieli dobre chęci i odpuścili. Długi firmowe nie malały, a prywatne rosły. Miałam szansę wyjechać do pracy za granicę, ale mama dostała zawału i musiałam zostać żeby się nią zająć. Jak trafiła mi się okazja na pracę w kraju, to przed zatrudnieniem tak fatalnie złamałam lewą rękę w nadgarstku (jestem mańkutem), że składali mi ją pod narkozą. Potem sześć tygodni gipsu. Po zdjęciu gipsu okazało się, że dopadło mnie, (a właściwie moją rękę) paskudne choróbsko o wdzięcznej nazwie zespół Sudecka. Groziła mi martwa dłoń. O szyciu mogłam zapomnieć. Rehabilitacja trwała rok.

W dwutysięcznym czwartym roku przeszłam na wcześniejszą emeryturę i wtedy wkroczył komornik. Zostawało mi niewiele, ale stały grosz cieszył, a długów ubywało. Nadal żyliśmy nad wyraz skromnie, ale już nie planowałam wyjazdu za pracą, bo mama coraz bardziej podupadała na zdrowiu. Byłam jej potrzebna na co dzień. Odeszła w 2006 r. Na temat kłopotów, jakie miałam ze strony rodziny (zwłaszcza siostry) w związku z formą pochówku napisałam parę słów w poście pt. „Moja siostra katoliczka” – 01.05.2011r

Po koniec 2006 r. mąż przeszedł na emeryturę. Przybyło pieniędzy. Nadal żyliśmy bardzo skromnie, ale przyśpieszyłam spłatę długów. Miałam świadomość, że przed nimi nie ucieknę i nie chciałam żeby wisiały nade mną do końca życia. W połowie 2008 roku, szok i niedowierzanie – mąż jest chory na raka. Lekarze dawali mu kilka miesięcy życia. Walczyliśmy w nadziei, że uda się pokonać chorobę. Teraz, gdy zaczynaliśmy wychodzić na prostą i mogliśmy spokojnie dalej żyć? To nie mogło tak się skończyć. W grudniu spłaciłam resztki długów. Dziewiątego marca następnego roku umarł mąż. Jego śmierć, jak każdego członka rodziny była traumą. Jednocześnie jego śmierć zakończyła serię złych zdarzeń jakie działy się w moim życiu przez kolejnych trzynaście lat. Tak, jakby los zdecydował, że wystarczająco mi dokopał i może sobie odpuścić.

Przez ostatnich dziewięć lat moje życie płynie tak spokojnie. Wszystko układa się pomyślnie. Zdrowie, relacje w rodzinie i z otoczeniem, finanse. Z tymi ostatnimi, to może szału nie ma, ale w końcu jakoś sobie radzę. Jest dobrze. Chciało by się powiedzieć chwilo trwaj wiecznie.

 

 

 

 

 

Reklamy

Umiesz liczyć, licz na siebie………

Dziś był taki piękny dzień, a ja prawie cały spędziłam przy maszynie do szycia. Miałam kilka przerw na spacery z psinką. Resztę czasu szyłam.

Dorabiam sobie w ten sposób do emerytury. Robię drobne poprawki. Skracam, wydłużam, zwężam, poszerzam, wstawiam, przerabiam i poprawiam po zawodowych krawcowych. Czasami dam się uprosić i uszyję coś od podstaw, choć rzadko. Nie mam już cierpliwości. No i oczy nie te.

Jestem amatorką, ale dobrą w tym, co robię, więc klientek mi nie brakuje. Są to koleżanki i sąsiadki. Wpada jedna z drugą i już od progu woła, że ona potrzebuje na już. Najlepiej na przedwczoraj. Bo imieniny, urodziny, ślub, komunia………. i nie ma się w co ubrać. To skurczyło się w praniu i zrób tak, żebym wyglądała jak modelka – mówi do mnie kobietka o parametrach Doroty Wellman. Biorą mnie pod włos komplementami – „bo nikt mi nie zrobi tego, tak jak ty”. Ostatnio rozbroiła mnie koleżanka, która przyszła niespodziewanie z ciuszkiem, który oczywiście powinien być gotowy tydzień temu i prośbą, żebym się zaraz za to wzięła argumentując: „zobacz, to taka drobna przeróbka – chwila, moment i gotowe – co to dla ciebie”.

Trochę się zirytowałam, bo powiedziała to osoba, o której mąż mówi, że do niedawna nie umiała przyszyć guzika do koszuli. Poprosiłam ją więc, że skoro to „chwila, moment”, to się umówimy, przyjdzie do mnie i będę to robić przy niej. Przychodziła przez trzy dni na kilka godzin i dopiero dotarło do niej, ile pracy trzeba było włożyć, żeby ta jej kreacja nadawała się do założenia.

Nie będę wchodzić w szczegóły, ale ktoś, kto ma trochę pojęcia o szyciu, wie jakie to jest pracochłonne zajęcie. Szczerze mówiąc mam już serdecznie dość i chętnie rzuciłabym w diabły to dorabianie, ale na chwilę obecną jeszcze nie mogę sobie na to pozwolić. Emerytura wystarcza mi na bieżące opłaty i skromne utrzymanie, ale odłożyć nie ma z czego. Muszę mieć dodatkowych parę groszy, bo nigdy nie wiadomo co przyniesie następny dzień. Mieszkanie po remoncie, ale część wyposażenia ma swoje lata i w każdej chwili może coś się popsuć. Zresztą na bieżąco bez przerwy coś nawala. Co mogę, naprawiam sama, ale pewne rzeczy muszę zlecić i zapłacić.  Skąd wtedy na to wezmę? Nikt mi nie da jak sobie nie zarobię. Niestety, w moim przypadku, osoby samotnej, przysłowie z tytułu jest bardzo aktualne. Dorabiam więc, i proszę Boga aby tylko zdrowia starczyło.

Tylko jak długo jeszcze? Tusk byłby ze mnie dumny.

Dogonić marzenia

            Wyobraźnia, to jeden z najwspanialszych darów jakim Stwórca obdarował ludzki mózg. To dzięki zdolności do wyobrażania sobie, fantazjowania i wizualizowania marzymy.

Marzymy od małego dziecka. Wyobraźnia dziecka nie zna ograniczeń i słowa niemożliwe. Gdy miałam około pięciu lat, ja i siostra dostałyśmy w prezencie lalki. Ona dużą, smukłą, z długimi włosami w ładnej sukience, a ja lalkę dzidziusia. Gołego, z łysą główką i krzywymi nóżkami żeby mógł siedzieć. Na początku było mi przykro, bo wszystkie koleżanki piały z zachwytu nad lalką siostry, a na moją nikt nie spojrzał. Z czasem pokochałam ją. Wyobrażałam sobie, że to jest moje dziecko. Dziewczynki tak się przecież bawią. Siostra nie chciała bawić się ze mną w rodzinę, ani nie pozwalała dotknąć swojej lalki, więc wymarzyłam sobie rodzinę dla mnie i mojego Naguska. Były to żywe lalki/ludziki, które poruszały się i mówiły. Miały swój dom i ja z moim „synkiem” chodziliśmy do nich w odwiedziny, albo oni przychodzili do nas. Na złość siostrze przychodziła do nas w odwiedziny również jej lalka. Oczywiście w tajemnicy przed nią. Świetnie się bawiłam. To był mój zaczarowany świat do którego poza mną nikt nie miał dostępu.

Gdy miałam kilkanaście lat, marzyłam chyba na okrągło. Zakompleksiona na punkcie swojego wyglądu i nieśmiała, nie akceptująca siebie na jawie, uciekałam w świat marzeń. Będąc ciemnowłosą „tyczką od fasoli” o szarych oczach, stawałam się piękną dziewczyną z przeczytanego właśnie przedwojennego romansidła otoczoną wianuszkiem adoratorów, a wśród nich, oczywiście ten, w którym się skrycie podkochiwałam. Miałam wtedy trzynaście lat i był w mojej klasie chłopiec do którego czułam szczególną sympatię. Oczywiście on za żadne skarby nie mógł się o tym dowiedzieć, bo spaliłabym się ze wstydu. Na jawie uciekałam przed nim, a w marzeniach chodziliśmy na spacery, na lody i uczyliśmy się razem. Przeszło mi, gdy obejrzałam jakiś film z Alainem Delonem. Potem było zauroczenie Jeanem Paulem Belmondo, a na końcu po obejrzeniu „Przeminęło z wiatrem” długo byłam pod urokiem męskiego i opiekuńczego Rhetta Butlera którego grał Clark Gable. Miałam siedemnaście lat, gdy poznałam chłopaka z krwi i kości, który w przyszłości został moim mężem i miraże z fikcyjnymi postaciami prysnęły jak bańka mydlana. Zaczął się etap marzeń mających szansę na spełnienie.

Jak wspomniałam wcześniej, we wczesnej młodości byłam osobą nieśmiałą i mocno zakompleksioną. Wycofana, a jednocześnie bardzo pragnąca przyjaźni i powszechnej akceptacji. Marzyłam o tym, żeby mnie wszyscy lubili. Nie błyszczałam elokwencją, ale uśmiechałam się do wszystkich licząc na wzajemność. Jeśli ktoś nie oddał uśmiechu, to zamartwiałam się, że mnie nie lubi. Potrzebowałam bardzo dużo czasu, żeby zrozumieć, że brak uśmiechu nie oznacza odrzucenie, i że w życiu nie ma tak, że wszyscy wszystkich lubią.

Gdy człowiek wchodzi w dorosłe życie, zaczyna pracę i zakłada rodzinę zmienia się hierarchia marzeń. Zaczynamy snuć marzenia związane z zaspokojeniem naszych codziennych potrzeb. Marzymy o lepszej pracy, o wyższych zarobkach, o powrocie do zdrowia gdy dopadnie paskudna choroba nas, lub kogoś nam bliskiego. Jedne się spełniają. Inne nie. Miewamy również marzenia utopijne. Takie, o których wiemy, że nigdy się nie spełnią, ale są jednym ze sposobów na oderwanie się od szarzyzny dnia codziennego. Ja wymarzyłam sobie dom. Dawno temu, w latach dziewięćdziesiątych będąc przejazdem w jakiejś małej miejscowości zobaczyłam na bramie ogłoszenie o domu na sprzedaż. Choć nie planowaliśmy kupna domu, coś kazało mi się zatrzymać i go zobaczyć. W dużym, starym parku jakieś 100 m od bramy, na końcu alei wysadzanej z obu stron smukłymi topolami stał mały dworek. Na poły zrujnowany, ale i tak uroczy ze swoją proporcjonalną sylwetką i gankiem z kolumnami. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Zaczęłam o nim marzyć. Wyobrażałam sobie, że jest mój i w każdej chwili mogę w nim zamieszkać. Każdego wieczora przed zaśnięciem najpierw go remontowałam, a potem urządzałam. Gdy wszystko było gotowe, spędzałam w nim każdą wolną chwilę. W pogodne dni spacerowałam po parku. W deszczowe i zimne siedziałam w saloniku przy kominku, lub szłam na górę do pokoju – biblioteki i czytałam siedząc w wygodnym fotelu owinięta ciepłym pledem. Przez lata wizualizacji znałam każdy kąt w moim wyimaginowanym domu i każde drzewo w parku. Przez -naście lat we wszystkie nie przespane noce przenosiłam się do mojego domu z marzeń, żeby choć na chwilę zapomnieć o tym, co mnie spotkało mijającego dnia, i co mnie czeka, gdy wstanę rano. Bo tamte lata, to była kumulacja złego jakie może się zwalić na jedną rodzinę. Pod każdym względem.

„Wyprowadziłam” się z tego domu, bo przestał mi być potrzebny, gdy mąż przeniósł się do Krainy Wiecznej Szczęśliwości. Zostałam sama i musiałam sobie od nowa poukładać życie w realu. Gdy pozbierałam się trochę do kupy, postanowiłam, że zrobię remont mieszkania, bo to było od lat marzenie nas obojga, którego nie udało nam się dogonić za Jego życia. Remont kapitalny, bo po trzydziestu paru latach od wprowadzenia się wszystko zaczynało się sypać. Udało się. Mieszkam sobie ładnie, tak jak marzyłam. Czasami nachodzi mnie myśl, że gdyby teraz się tu zjawił, to by mu się podobało.

O czym marzę dzisiaj? Zawsze chciałam rysować i malować. Próbowałam nawet sama. Talentu wielkiego nie mam, ale myślę że jakieś kursy pod okiem nauczyciela pozwoliłyby mi opanować warsztat na tyle, że byłoby to fajne hobby. Gonię to moje marzenie od lat, i ciągle mi ucieka, bo najpierw brak czasu, a potem pieniędzy. Myślę, że już wkrótce je dogonię, bo wiem jak je zrealizować. A jak już dopnę swego, to co dalej? Roi mi się jeszcze kilka pomysłów. Żeby tylko życia starczyło……….

Kiedyś, gdzieś usłyszałam (a może wyczytałam?), że w pewnym wieku nie powinno się snuć planów dłuższych, niż dwa tygodnie naprzód. Ale ja przecież nie wiem ile mi zostało. Dwa tygodnie? A może dziesięć lat? Wolę więc mieć marzenia do spełnienia na dziesięć lat naprzód, niż nie mieć ich wcale.

 

Czy wierzyć w cudy?

 Co to są cudy. 
  1. Wg Wikipedii są to niewyjaśnione i niezbadane zjawiska, nie do pojęcia dla rozumu ludzkiego.
  2. W religii katolickiej cud oznacza wydarzenie nieprawdopodobne, wywołane z intencji Boga i zakładające Jego zaangażowanie.
Jak się tak zaczęłam zastanawiać nad tymi dwiema definicjami,
to doszłam do wniosku, że obie mają punkt zbieżny. A jest nim pierwszy cud jakim było powstanie Wszechświata.
Wg nauki, nasz Wszechświat powstał w wyniku Wielkiego Wybuchu – a zdaniem niedawno zmarłego naukowca astrofizyka i kosmologa Stephena Hawkinga przed Wielkim Wybuchem nie było nic. Skoro coś powstało z niczego, to czy to nie cud?
Wg Biblii wyraźnie stoi, że to Bóg stworzył Świat i też przedtem nic nie było, więc to był pierwszy cud uczyniony przez Boga.
Idąc dalej tym tropem, to co prawda naukowcy wiedzą już, jak po Wybuchu powstały gwiazdy, planety, księżyce i całe galaktyki, wiedzą z jakich pierwiastków są zbudowane i jak działa ten cały „kosmiczny kram”, ale nie wiedzą skąd wzięło się na ziemi życie. Istnieje wiele teorii co do jego początków, ale tak do końca to nic nie wiadomo. I czy to nie cud, że w ogóle powstało ze wszystkimi jego formami akurat tu, na tej jedynej planecie w całym układzie słonecznym? A może to Bóg maczał w tym swe Boskie palce?
Z wszelkich form życia na ziemi niewątpliwie największym cudem natury (a może Boga?) jest człowiek z jego najlepiej rozwiniętym mózgiem i zdolnością do  koncepcyjnego myślenia oraz tworzenia skomplikowanych dzieł  na własny użytek. Nie jest to jednak cud doskonały, bo byłby równy Bogu. Bóg dając człowiekowi zdolności poznawcze postawił granicę, której nigdy nie przekroczymy. Na ogół nie wtrąca się do nas, ale od czasu do czasu interweniuje ze znanych tylko sobie powodów i jeśli nie rozumiemy dlaczego tak się dzieje, to nazywamy to cudem.
Czasami czytamy, lub słyszymy o nagłym, niezrozumiałym powrocie do zdrowia śmiertelnie chorego człowieka, który zdaniem lekarzy z racji zaawansowania choroby nie miał prawa przeżyć. Przeżywamy szok i niedowierzanie na wieść o katastrofie lotniczej w której ginie sto kilkadziesiąt osób, a jedna wychodzi żywa. Nie rozumiemy jak to możliwe. I w jednym i w drugi przypadku można mówić o cudzie. To Bóg zdecydował że mają żyć dalej, bo takie miał wobec nich plany.
Opowiem jeszcze o dwóch przypadkach, które wydarzyły się w moim życiu, z których pierwszy nazwę cudem, a drugi…….. chyba też.
-Pierwszy, to był wypadek samochodowy mojej córki. Był mroźny styczniowy dzień 1996 r. Późnym popołudniem córka poprosiła mnie, żebym jej udostępniła samochód, bo chciała skoczyć do koleżanki po jakieś notatki. Zgodziłam się, ale poprosiłam żeby szybko wracała bo będę się denerwować. Obiecała, że tak zrobi. Po dwóch godzinach czekania byłam już na nią mocno zła i obiecałam sobie, że jak wróci, to dostanie niezły wycisk. Nagle zadzwonił telefon i pan przedstawiając się, że dzwoni z policji prosił żebym przyjechała (tu podał adres) bo córka miała wypadek. To było ok. kilometra od naszego domu, więc pognałam pieszo. Dotarłam na miejsce i na widok tego, co zobaczyłam nogi się pode mną ugięły. Samochód był zawinięty jak rogalik na słupie oświetleniowym. Słup stał w miejscu fotela kierowcy, a zmiażdżony fotel zepchnięty na siedzenie pasażera. Córki nie było. Powiedzieli mi tylko, że żyje i została odwieziona do szpitala. Nie uwierzyłam im. Pojechałam do szpitala i miotałam się po izbie przyjęć wyobrażając sobie najgorsze. Chciałam ją zobaczyć i nie mogłam, bo ponoć była w tym czasie badana. Wreszcie przywieźli ją. Była przytomna – jej pierwsze słowa to było „przepraszam mamo”. A ja byłam wniebowzięta. Moje dziecko żyło i miało się nie najgorzej. Miała lekkie wstrząśnienie mózgu i trochę lekkich zadrapań. Uratował ją brak zapiętych pasów. Gdy samochód uderzył w słup drzwiami od strony kierowcy, siła uderzenia wyrzuciła ją na siedzenie obok, a potem chyba wypadła przez prawe drzwi. Gdyby miała zapięte pasy, słup by ją zmiażdżył. To był naprawdę cud.
-Drugie zdarzenie miało miejsce w 2006 r. W tym roku zmarła moja Mama. W kilka miesięcy później, w listopadzie był dzień imienin Mamy. Postanowiłam w tym dniu jechać na cmentarz. Kupiłam piękną czerwoną żywą różę i pognałam na przystanek MPK. Było lekko po południu, więc obliczyłam, że choć ze względu na odległość to wyprawa na dwie godziny, to powinnam się wyrobić przed zmrokiem. Nie wzięłam pod uwagę, że pogoda i komunikacja miejska popsuje mi szyki. Zaczął padać śnieg i nagle okazało się, że co drugi autobus wypada z rozkładu. Miałam dwie przesiadki i dzięki tym dwom zbiegom okoliczności, gdy dojechałam na ostatni przystanek przed cmentarzem zaczęło się ściemniać. Wysiadłam z autobusu. Śnieg sypał gruby i gęsty jakby się chmura oberwała. Byłam sama na drodze w tym białym tumanie. Tak mi się wydawało, bo nagle ni stąd, ni zowąd obok mnie zjawił się mężczyzna. Zapytał dokąd idę. Zaczęłam się bać, więc powiedziałam że do tego najbliższego domu, co są światła w oknach. Mężczyzna chciał mnie wziąć za rękę i wtedy zaczęła ogarniać mnie panika. Nagle poczułam, że oprócz nas dwojga, jeszcze ktoś tam jest. Nie widziałam tej osoby, ale czułam jej obecność i płynący od niej przekaz:”nie bój się-jesteś bezpieczna”. Mężczyzna wycofał się. Pozostał gdzieś z tyłu, a ja nie oglądając się (mimo wszystko tlił się we mnie niepokój) poszłam w kierunku cmentarza. Gdy przekroczyłam bramę, byłam już całkowicie spokojna. Nie bałam się, choć o tej porze byłam jedyną śmiertelniczką przemierzającą oświetlone alejki pokryte białym puchem. Dotarłam na miejsce, położyłam różę, postałam chwilę i zawróciłam po własnych śladach. Po powrocie do domu długo zastanawiałam się nad tym, co mnie spotkało i kim był mój niewidzialny Anioł Stróż. Za dwa tygodnie pojechałam już odpowiednio wcześnie, czyli w biały dzień (żeby nie prowokować losu). Zima odpuściła. Śnieg stopniał. Na grobowcu leżała czerwona róża (ta sama) piękna i świeża jakby przed chwilą ścięta z krzaka.
Create your website at WordPress.com
Zacznij