To ty mnie połknęłaś?!

Dziś jest rocznica urodzin mojego Syna. W sobotę, dwudziestego piątego lipca o godzinie 12-ej min. 55 urodził się nasz chłopczyk. Waga 3500 g., długość (wzrost) 54 cm. 10 punktów w skali Apgar. To był najcudowniejszy prezent od Boga w przeddzień moich imienin i na resztę mojego życia.

Od tamtego dnia minęło  -dziesiąt lat, ileś tysięcy dni, ileś setek tysięcy godzin i miliony minut. Czas płynie nieubłaganie. W każdej minucie, godzinie, każdego dnia coś się w naszym życiu dzieje, a nasz mózg niezauważalnie dla nas wszytko „notuje”. Są wydarzenia, które wywarły na nas tak duże wrażenie, że choć mijają lata, wciąż o nich pamiętamy na bieżąco, i takie, które śpią sobie zakopane gdzieś głęboko w zakamarkach naszego mózgu, po to, żeby się obudzić pod wpływem jakiegoś impulsu.

Dzień dzisiejszy jest dla mnie dniem wspomnień. Chwil radosnych, i nie tylko……..

Ponieważ ostatnio smutków mi nie brakuje, postanowiłam ze wspomnień o moim synu wybrać jedno z tych pogodnych……

Moje dziecko miało wtedy około pięciu lat, i było jeszcze jedynakiem. Pewnego dnia, w trakcie zabawy, nagle zadał mi pytanie -” mamo, a skąd ja się wziąłem na tym świecie?” Na chwilę mnie przytkało, ale ponieważ uważałam, że nie będę dziecku opowiadać głupot o bocianach i kapuście, więc mu odpowiedziałam, że zanim przyszedł na świat, był u mamusi w brzuszku. Mój syn zaniemówił. Otworzył szeroko swoje wielkie brązowe oczęta i zdumiony krzyknął – „to ty mnie połknęłaś??!!!„. No nie – odpowiedziałam – i czekam co będzie dalej….. Na szczęście z kolei zainteresował się jak on się tam zmieścił, co on w tym brzuszku jadł, jak siusiał i robił kupkę….. Ja już nie pamiętam jak wybrnęłam z tej serii pytań, ale był usatysfakcjonowany. I na koniec oczywiście padło pytanie, jak on się z tego brzuszka mamy wydostał. Tu już (na szczęście dla mnie) nie miałam problemu z odpowiedzią. Powiedziałam mu (zgodnie z prawdą), że w szpitalu pan doktor rozciął mi brzuch i go wyjął.

Za rok, gdy urodziła mu się siostrzyczka, to po moim powrocie ze szpitala poprosił, żebym mu pokazała brzuch. Świeża blizna po drugiej „cesarce” utwierdziła go w przekonaniu, że mama nie kłamała.

I tak, udało mi się przebrnąć szczęśliwie przez pierwszą lekcję uświadamiania mojego pierworodnego, co przecież nigdy nie jest łatwe, gdy kłopotliwe pytania zadaje rozgarnięty kilkulatek. Wiedzą o tym chyba wszyscy rodzice 🙂

Reklamy

Żegnaj Mikusiu

Odeszła na zawsze moja ukochana psinka. Jest mi tak strasznie ciężko. Nie mogę się pozbierać. Nie umiem się zupełnie odnaleźć w nowej sytuacji. Chodzę po mieszkaniu i wydaje mi się, że słyszę jak za mną idzie. Oglądam się, żeby jej nie nadepnąć, a za mną  pustka. Daję kotom jeść, i stawiam kocią miskę wysoko, żeby nie dosięgnęła do ich karmy, jak to miała w zwyczaju. Kładę się do łóżka, zamykam oczy i wydaje mi się, że słyszę jak się mości w swoim koszu, żeby zaraz z niego wyjść i przydreptać do mnie po to, żebym ją wzięła do siebie. Wyciągam nogi w łóżku omijając miejsce w którym zawsze śpi spała, żeby jej niechcący nie zepchnąć. Obudziłam się dziś rano i pierwsza myśl to, że trzeba wstawać, bo z psinką na spacer. W ciągu dnia łapię się na myśli, czy już nie pora na kolejny spacer. Ona wciąż jest gdzieś blisko mnie.

Kocham wszystkie moje zwierzaki, ale ona miała szczególne miejsce w moim sercu. I tak już zostanie na zawsze.

Żegnaj Mikusiu. Usnęłaś tutaj na zawsze, ale wierzę, że obudziłaś się w psim raju, gdzie nie ma chorób i ogromnego cierpienia jakie było twoim udziałem w ostatnich godzinach twojego życia.

 

 

Zapachy, kolory i smaki mojego dzieciństwa – część 2

Szum topoli i spanie na sianie.

W poprzednim poście opisałam mój pierwszy pobyt na wsi u krewnych mojego taty. Tym razem ciąg dalszy wspomnień.

Jak napisałam poprzednio, po raz pierwszy pojechałam na wieś, gdy miałam cztery lata. Odtąd, każdego roku latem tata zawoził mnie ze starszą siostrą do cioci i dziadków na co najmniej miesiąc wakacji . Uwielbiałam te letnie pobyty na wsi. Ciocia miała dwójkę dzieci w wieku zbliżonym do nas, plus przyjeżdżał jeszcze z innego miasta nasz kuzynek, więc towarzystwa nam nie brakowało. Tak z perspektywy czasu, to myślę, że ciocia była kobietą o złotym sercu i anielskiej cierpliwości, że godziła się na ten spęd dzieciaków w porze największego nasilenia prac polowych. Na szczęście byli dziadkowie, którzy nas trochę pilnowali, choć i tak większość czasu chodziliśmy samopas wymyślając coraz to nowe zabawy. Oto niektóre z nich.

My, dziewczynki lubiłyśmy np. wdrapywać się na mur z kamienia odgradzający gospodarstwo cioci od sąsiadów, żeby bawić się położonymi tam poza zasięgiem dzieci kolorowymi szkiełkami z potłuczonych fajansowych talerzy i kubków, oraz kolorowych butelek. Bardzo podobały nam się te szkiełka, bo były na nich fragmenty motywów kwiatowych. Ciocia nie pozwalała nam tam wchodzić, w obawie że się pokaleczymy, ale i tak robiłyśmy to w tajemnicy przed nią. Naśladując nasze mamy robiłyśmy w takich maciupeńkich buteleczkach po lekarstwach „przetwory” z różnych ziaren i płatków polnych kwiatów. Chłopcy usiłowali dostać się do jaskółczych gniazd uwitych pod strzechami budynków gospodarczych i na drzewach. Do repertuaru zabaw w gronie mieszanym należały bitwy na  zielone kulki zebrane z krzaków ziemniaków, czy zawody, kto złapie więcej chrząszczy do butelki. Myśmy się nigdy nie nudzili, choć nie przypominam sobie żadnych zabawek.

Dużo czasu spędzaliśmy nad pobliską rzeczką. Chodziliśmy tam sami, bo była wąska i płyciutka. Przejrzysta jak szkło woda płynęła leniwie mieniąc się w słońcu. Dno zalegał żółciutki czysty piasek. Taplaliśmy się godzinami, a w najpłytszym miejscu budowaliśmy baseniki dla maleńkich srebrnych rybek, których mnóstwo pływało w wodzie. Robiło się okrągły wał z piasku wystający nad wodę zostawiając małą przerwę, którą rybki wpływały do środka. Wtedy zamykało się wejście, i rybki zostawały uwięzione w baseniku. Nie rozumieliśmy tylko, dlaczego wkrótce po zamknięciu zaczynały pływać do góry brzuszkami. A one po prostu umierały dusząc się w nagrzanej płyciźnie. Po wymoczeniu się w wodzie, aż skóra dłoni i stóp przypominała stare, pomarszczone jabłko zalegaliśmy przy brzegu na białym, ciepłym piasku obserwując płynące po niebie obłoki i wyobrażając sobie co one sobą przedstawiają. Ptaki, zwierzęta, potwory z bajek. A temu wszystkiemu towarzyszył nieustanny szum topoli rosnących nad rzeką. To były cudne, niezapomniane chwile.

Na same żniwa, lub kolejne sianokosy, przyjeżdżali rodzice moi i kuzyna żeby pomóc wujostwu i dziadkom. Gdy nadszedł czas zwózki siana, lub snopów z wyschniętym zbożem, to nas, dzieciaków nie mogła ominąć frajda przejechania się na szczycie drabiniastego wozu załadowanego zbiorami.

Plony zwiezione do stodoły. Po jednej stronie niemal pod dach złożone zboże czekające na młócenie, a po drugiej równie wysoko świeżutkie, pachnące siano, na które czekałyśmy my, dzieciaki żeby móc na nim spać. Cóż to była za radocha. Najpierw po odgarnięciu przygotowanych przez ciocię posłań, do późne nocy harce, hulanki, swawole. Zmęczeni rozrabianiem i odurzeni cudownym zapachem usypialiśmy zakopani po szyję w sianie nie dbając o koce i poduszki. Zaraz po przebudzeniu znów szaleństwo z sianem w roli głównej, dopóki ciocia nie zawołała nas na śniadanie.

Tych nocek na sianie nie było dużo, bo wraz z ukończeniem największego nawału letnich prac polowych wracaliśmy z rodzicami do miasta. Do małego domku z małym podwórkiem. Do miejsca, gdzie nie było słychać szumu drzew i śpiewu ptaków. Za to non stop z zakładu, który był po sąsiedzku dochodził huk traków, które 24 godziny na dobę rozdrabniały ogromne bloki kamienne na grys i na mączkę skalną. Biały pył wdzierał się do domu pokrywając wszystko. Wciskał się do oczu, nosa i gardła podrażniając błony śluzowe. Wszystko w okolicy było nim pokryte. Nieliczne drzewa, domy i trawa.

Cdn.

 

 

Zapachy, kolory i smaki mojego dzieciństwa – część 1

 Maki, chabry i kąkole.

Każdy z nas ma w życiu takie chwile, że wystarczy ulotny zapach, kolor, czy dźwięk i otwiera się skrzynia ze wspomnieniami, a na jej dnie te najdawniejsze – z wczesnego dzieciństwa. Wracają zapomniane chwile i obrazy. Chciałoby się cofnąć czas, znów mieć kilka lat, i znaleźć się w miejscu, które kojarzy nam się z oazą szczęśliwości i beztroski.

U mnie na osiedlu znów koszenie traw. O ile w maju uczuciem dominującym była irytacja spowodowana rykiem kosiarek, to tym razem jakoś lepiej znoszę ten hałas – prawie go nie słyszę. Za to upajam się aromatem świeżo skoszonej trawy i siana. Może dlatego, że jest lipiec, środek lata. A to, jak co roku o tej porze budzi we mnie wspomnienia o szczęśliwym, beztroskim dzieciństwie i wakacjach spędzanych u cioci i dziadków na wsi.

Pamiętam, kiedy pierwszy raz tata zawiózł mnie i moje rodzeństwo w swoje rodzinne strony. Miałam cztery lata z małym haczykiem, i to, co wtedy zobaczyłam było tak inne od znanego mi do tej pory obrazu mojego rodzinnego domu wraz z otoczeniem, że chłonęłam nowy dla mnie świat całą sobą. Jako małe dziecko którym byłam, nie rozpatrywałam niczego w kategoriach stare – nowe, prymitywne – nowoczesne, tylko zachłystywałam się bajkowością otoczenia w którym  pierwszy raz się znalazłam. Bajkowy był las, w który weszliśmy zaraz po wyjściu z pociągu, bo nigdy nie widziałam tak dużo wielkich drzew na raz w jednym miejscu, które w dodatku zamiast liści miały igły. Wydawało mi się, że szliśmy i szliśmy bez końca, a tu nic, tylko drzewa. Gdy wyszliśmy wreszcie z lasu, zaczęło się coś, jak podwórko przy moim domu w mieście, ale ogromne, bez końca. No i bez płotu, za to porośnięte takimi żółtymi trawami wielkimi jak ja. Zaraz weszliśmy zresztą na wąską ścieżkę między te trawy. Szliśmy po zielonym, mięciutkim dywanie upstrzonym gdzieniegdzie różowymi łebkami kwiatów koniczyny. Nad nami było błękitne niebo, a po obu stronach złote ściany, spoza których nic nie było widać. Kiedy poruszał je wiatr, pośród nich raz, po raz  mrugały do nas czerwone, niebieskie i ciemno-różowe kwiatuszki.  Na ten widok, obie z moją o rok starszą siostrą puściłyśmy się pędem żeby je zerwać gniotąc przy okazji jak najwięcej żółtej trawy. Oberwało nam się od taty. Wytłumaczył nam, że to nie jest żadna trawa, tylko zboże, i nie wolno go deptać, bo z niego będzie mąka na chleb. Przy okazji dowiedziałyśmy się, jak nazywają się kwiatki, które tam rosły. To były maki, chabry i kąkole. Nie rozumiałam tylko dlaczego tata mówił na nie chwasty. Tata powiedział nam również, że to ogroooomne podwórko bez płotów nazywa się pole.

Bolały mnie już nóżki, gdy doszliśmy do wsi. Wieś też wyglądała inaczej, niż moja ulica w mieście. Wzdłuż białej drogi wysypanej drobnym żwirkiem stały tylko po jednej stronie domy podobne do siebie, ale inne niż w mieście. Te, prawie wszystkie były białe z niebieskim odcieniem jak pościel u mnie w domu. Tylko nie takie czyste. No i dachy. Grube, z cieniutkich patyczków. Potem, gdy byłam trochę starsza, dowiedziałam się, że te domy są pomalowane wapnem z dodatkiem farbki, a dachy, to słomiana strzecha. W momencie jednak, gdy pierwszy raz zobaczyłam obraz tej wsi, nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Było bajkowo i już.

W końcu dotarliśmy do domu cioci. Podwórko niby podobne do mojego, z płotem, a  jednak było inaczej. Bo na tym podwórku stały trzy domy. Jeden normalny, z drzwiami i oknami, drugi, naprzeciwko nie miał okien, tylko wielkie, wielkie drzwi (stodoła), a trzeci z boku, miał malutkie okienka, i drzwi takie trochę większe niż do domu (obora). Przed tym trzecim domem, było dziwne „błoto” o dziwnym zapachu, który wtedy nie kojarzył mi się ze smrodem gnojownika. Po prostu pachniało inaczej i już. Gdy odpoczęliśmy trochę, ciocia oprowadziła nas, dzieci po gospodarstwie, i dowiedziałam się, że w oborze mieszkają zwierzęta. Konia  widziałam już w mieście, ale krowy i owce zobaczyłam pierwszy raz w życiu.

Nie pamiętam, ile czasu spędziliśmy wtedy na wsi. Pamiętam za to, że tak mi się tam podobało, że nie chciałam wracać do domu. Gdy już jednak wysiedliśmy z pociągu w mieście i zobaczyłam mamę, to rzuciłam się do niej, i nie chciałam jej puścić. Do dziś pamiętam, że była ubrana w czerwony sweterek w czarne grochy. Wydawała mi się ładniejsza, i na pewno była chudsza niż przed naszym wyjazdem. Że ładniejsza? Jednak nie widziałam jej jakiś czas i tęskniłam za nią. A dlaczego chudsza? To się okazało jak przyszliśmy do domu. Na środku pokoju stał wózek dziecinny, a w nim nasz nowo narodzony braciszek.

Cdn.

 

Tusz kreślarski jako eyeliner?

Zainspirował mnie wpis Caffe (Make up Caffe – 04.07) traktujący o makijażu i malowaniu się. Myślę, że nie będzie mi miała za złe, jeśli wniosę do tego tematu mój wątek. A właściwie wspomnienie, jak to było w czasach mojej młodości.

Była druga połowa lat sześćdziesiątych ub. wieku. Miałam -naście lat i poszłam do szkoły średniej (budowlanka). Do tej pory w kwestii malowania się zielona jak szczypiorek na wiosnę, zobaczyłam że niektóre moje koleżanki podkreślają swoją urodę dyskretną kreseczką i cieniem na powiece. Postanowiłam spróbować i ja. Nie przyszło mi do głowy, żeby je zapytać czym one się malują (mama się nie malowała, więc nie miałam pojęcia o kosmetykach), użyłam więc do zrobienia kresek na powiekach tuszu kreślarskiego. Efekt oczywiście był odwrotny od zamierzonego. Powieki zaczęły mnie piec, oczy szczypać bo tusz dostał się do worka spojówkowego, musiałam więc szybciutko umyć twarz i na jakiś czas minęła mi chęć na malowanie się.

Ponownie zaczęłam eksperymentować z makijażem jak zaczęłam chodzić z chłopakiem. Wiadomo – chciałam się podobać. To chyba naturalne. Nie pamiętam, skąd czerpałam wiedzę jak to robić, ale pewnie z gazetek dla dziewcząt. Arsenał środków nie był bogaty, ale wystarczyło. Trochę pudru, cień na powieki, tusz do rzęs, no i obowiązkowo bardzo modne w tamtym czasie kreski. Z czasem doszedł pod puder fluid.

Lubiłam się malować przez całe moje czynne życie zawodowe, choć oczywiście trendy się zmieniały. Kreski z czasem odeszły w zapomnienie, by powrócić do łask w ostatnich latach. Niestety, już ich nie zastosuję bo one dodają urody, gdy są idealnie równe na gładkiej skórze powiek, a z wiekiem wiadomo….. Jaskrawe cienie do powiek (niebieskie i zielone – w dodatku perłowe) ustąpiły miejsca całej gamie stonowanych odcieni dopasowanych do koloru oczu i karnacji skóry. Z korzyścią zresztą. Dzisiejsze makijaże pomimo wielowarstwowości są bardziej naturalne. Zresztą, co tu dużo gadać. Czy to dziś, czy kiedyś, w makijażu ważny jest umiar, żeby nie zamienić twarzy w maskę.

Wracając do mojego makijażu. Zawsze malowałam się sama. Raz tylko zdecydowałam o profesjonalnym „malunku” u kosmetyczki z okazji ślubu córki. Wiadomo –  jako matka panny młodej chciałam się prezentować jak najkorzystniej. Umówiona na godzinę, w dniu ślubu mojego dziecka pognałam do gabinetu w nadziei, że będę pięknie wyglądać, coby dziecko było ze mnie dumne. Pani (umówmy się wizażystka) znęcała się nade mną dwie godziny. Już nie pamiętam ile warstw podkładów, fluidów, pudrów i innych kolorowych kosmetyków nałożyła mi na buzię. Pamiętam tylko, że bałam się odezwać (i w ogóle zrobić użytku z mięśni twarzy) z obawy, że jak mi to wszystko nie odpadnie jak tynk od ściany, to na pewno spłynie. I prawie spłynęło. Gdy wracałam do domu, był silny wiatr. Moje oczy zawsze łzawiące na wietrze, tym razem dodatkowo podrażnione kosmetykami zaczęły produkować strumienie łez. W domu spojrzałam w lustro i oniemiałam. W moim kunsztownym, kosztownym makijażu łzy wyżłobiły na policzkach głębokie koleiny aż do czystej skóry. A do ślubu została godzina. Naprawiałam te szkody we własnym zakresie. Ostatecznie ponoć wyglądałam ładnie, ale ja byłam rozczarowana nieprofesjonalizmem profesjonalnej ponoć makijażystki.

Dziś maluję się rzadko, bo tylko na spotkania rodzinne, czy towarzyskie. Bardzo dyskretnie zresztą, bo tylko odrobinę pudru, troszkę cienia na powieki i tusz do rzęs. No i błyszczyk na usta zamiast szminki. Przychodzi taki czas, że nadmiar kosmetyków na buzi wcale nie odmładza i nie dodaje urody, a wręcz przeciwnie. Widuję znajome panie, których buzia, pod wpływem zbierającego się w zagłębieniach zmarszczek pudru wygląda znacznie starzej, niż gdyby były nie umalowane. Choć z drugiej strony jestem pełna uznania dla nich, że im się chce. Choćby tylko na zakupy, czy na spacer z psem.

————————————————————————————————————————————-

Poniżej. Zdjęcia modelek z żurnalu mody z 1966 r. Prawda, że ładne? Mimo że w porównaniu z dzisiejszymi czasami wizażyści dysponowali nieporównywalnie skromniejszymi środkami niż dzisiaj.


 

 

I na koniec moje zdjęcie ślubne. Makijaż wykonany osobiście z nieodzowną w tamtych czasach kreską na powiekach.

Geny, czy kremy?

Niewiele jest chyba kobiet którym nie zależy na wyglądzie. Dba się szczególnie o buzię, bo to ona będąc wciąż na widoku decyduje o tym na ile lat nas oceniają. Cała reszta zakryta przez trzy czwarte roku jakoś tak mniej spędza nam sen z powiek.  Choć nie oznacza to, że jest całkiem zaniedbana. Dbamy przede wszystkim żeby ciało było czyste. Dodatkowo najwyżej jakiś balsam nawilżający. Znam też panie, którym właśnie pielęgnacja ciała każe spędzać w łazience co najmniej dwie godziny rano (i drugie tyle wieczorem), no bo jeszcze po podstawowych ablucjach trzeba wetrzeć w skórę kremy pojędrniające, na rozstępy, na cellulit, tudzież podnoszące to i owo. Też kiedyś do nich należałam, ale mi przeszło. Doszłam do wniosku, że szkoda mojego czasu i pieniędzy na te wszystkie specyfiki, bo jedynie stan mięśni decyduje o tym, czy ciało jest jędrne, czy sflaczałe, a tu to już tylko gimnastyka.

Przeważająca większość z nas stara się jednak w miarę sił i środków spowolnić skutki upływającego czasu pojawiające się na twarzy w postaci zmarszczek i grawitacji. Nie mówię tu o paniach (niektórych panów też to dotyczy) które dzięki chirurgii plastycznej liczą na to, że będą wiecznie młode. Przeciętna kobieta kupuje więc kremy i maseczki nawilżające, półtłuste, tłuste, pojędrniające, liftingujące, pod oczy, na twarz, na szyję i dekolt. Na noc i na dzień. Na opakowaniach tych kremów (i masek) producenci chwalą się składem i działaniem (95% kobiet zauważyło znaczną poprawę).Do tych przeciętnych należę i ja. Kupuję więc i stosuję. Jeden się kończy – idę po kolejny. Inny, bo poprzedni coś mało skuteczny. Bo gdy kończy się opakowanie stwierdzam, że coś mi tych zmarszczek nie ubyło i myślę sobie że widocznie należę do tych 5% kobiet na który akurat ten cud kosmetyki nie zadziałał. I tak za każdym razem.

Zastanawiałam się kiedyś, czy gdybym zrezygnowała ze stosowania tych mazideł to czy rzeczywiście moja twarz starzałaby się szybciej. Nie będę eksperymentować. Bo jeśli tak? Ponoć nie wyglądam na swoje lata. Miło łechce kobiecą próżność gdy ci tak mówią. Zasługa to kremów, czy genów?

 

Striptiz u ortpopedy

Bardzo nie lubię chodzić do lekarzy. Zawsze wydaje mi się, że moje ewentualne dolegliwości są zbyt mało poważne, żeby zawracać swoją osobą głowę pani doktor. Nawet jak kaszlę i mam gorączkę 39 st., to gdy czekam pod drzwiami gabinetu na wizytę, kaszel mija, a gorączka spada. No i mam dylemat – iść, czy sobie odpuścić skoro mi się polepszyło. Na szczęście dla mnie, nie mam żadnych przewlekłych schorzeń, więc jeśli już chwilowo – przejściowo coś mi się przydarzy, próbuję na początku pomóc sobie sama.

Tak było i tym razem. Kilka miesięcy temu zaczęła boleć mnie prawa ręka (a właściwie przedramię). Nie powiem, żebym się specjalnie przejęła. Myślałam że  może ją sforsowałam, i nawet tego nie zauważyłam. Poboli i przestanie. Mija tydzień, drugi, a ona nie przestaje, i w dodatku coraz trudniej mi nią poruszać w pełnym zakresie. Jeszcze mnie nie oświeciło, że może by tak do przychodni, tylko zaczęłam ją traktować wszelakimi mazidłami rozgrzewającymi.

Wydawało się, że tok rozumowania i leczenia prawidłowy, bo ból przycichł, a tu okazało się, że on się tylko przyczaił, żeby wrócić ze wzmożoną siłą. Szczególnie odczułam to w ferworze przedświątecznych przygotowań. Gdy zapominając się, próbowałam zbyt intensywnie machać ręką w różnych kierunkach, to przeszywający ból stawiał mnie do pionu.

Po Świętach zdecydowałam więc, że czas zwrócić się o poradę do „rodzinnej”. Na szczęście pani doktor nawet mnie nie oglądała (bo pod gabinetem ból minął), tylko od razu dała skierowanie do specjalisty, czyli ortopedy.

Dwa miesiące oczekiwania na wizytę, to chyba nie tak długo. Może dlatego, że załapałam się do rezydenta. Pomyślałam sobie, że może to nawet lepiej, bo gość jeszcze nie popadł w rutynę, to będzie się bardziej starał. Dopiero pod gabinetem, widząc ten tłum oczekujących (ze mną włącznie) do pokazania panu przyszłemu specjaliście swoich obolałych kręgosłupów, kolan, nadgarstków, itd. itp. przekonałam się, że choćby nawet bardzo chciał, to w ciągu dwóch godzin nie da rady każdym przypadkiem indywidualnie się przejąć zająć. No więc w moim przypadku: wizyta w gabinecie – 2 minuty. Potem kierunek – rentgen barku i kręgosłupa. Powtórnie w gabinecie – 2 minuty. Rzut oka pana doktora na zdjęcie. Brak diagnozy. Skierowanie na ekg barku. Termin za dwa tygodnie. Kolejna wizyta u specjalisty z wynikiem ekg za miesiąc.

A ręka boli. Sama sobie jestem winna. Nie mam prawa narzekać. Od mojej pierwszej wizyty u rodzinnej, do drugiej u ortopedy, to raptem niecałe trzy miesiące, więc tempo niemal ekspresowe. Ekspres jeszcze przyspieszył, bo wizytę zaplanowaną na 04.07 udało się przełożyć na 20.06. Pognałam więc jak na skrzydłach do pana prawie-specjalisty i w oczekiwaniu na swoją kolej cichutko przycupnęłam na krzesełku z książką w ręku w nadziei, że nadrobię zaległości w lekturze. Niestety nie dało się. Jeden pan oczekujący postanowił nie marnować czasu i pod drzwiami gabinetu głośno przez telefon sterował swoją firmą. Udało mi się go grzecznie zagaić między szóstym, a siódmym połączeniem pytając, czy ma świadomość, że może przeszkadzać lekarzowi. Obruszył się, ale  poszedł na hol, skąd dochodziły już tylko nikłe fragmenty prowadzonych rozmów.

Obok mnie, jedna pani drugiej pani opowiadała, że ona to już jest u trzeciego ortopedy w tej przychodni. „Bo wie pani – ten najbardziej uznany, to już tylko za biurka przyjmuje. Dupy do pacjenta nie ruszy. Poszłam do drugiego. Też sława. Mówię mu, że mnie kolano boli. No to on mówi żeby pokazać. Ja zdejmuję spodnie, a on jak nie wrzaśnie: co mi tu pani striptiz robi. Nogawkę do góry poproszę. A nogawki się nie dało, bo za wąska. Przyszłam więc do tego. Może będzie bardziej ludzki”. Uśmiałam się w duchu. Może gdyby pani miała dwadzieścia lat, to może by panu doktorowi nie przeszkadzały te zjeżdżające w dół spodnie celem pokazania kolana. A opowiadająca słusznej tuszy i w słusznym wieku, no to nie był zainteresowany. Swoją parą kaloszy, to z kolanem wybrała bym się chyba jednak w spódnicy.

Wreszcie przyszła moja kolej. Jest diagnoza. Zapalenie kaletek maziowych w barku. Zastrzyk i skierowanie na rehabilitację. Już jest trochę lepiej. Mam dylemat. Bo najbliższe terminy na rehabilitację w ramach NFZ-u to około trzech miesięcy czekania. Odpłatnie – od ręki. Czekać, czy płacić (płakać) i z marszu kontynuować leczenie. Tym razem chyba pofatyguję się do rodzinnej z zapytaniem co będzie dla mnie lepsze.

 

Dziś baba idzie do lekarza….. ortopedy

Mam nadzieję, że nie będę miała perypetii, jak baba z poniższego wierszyka, który koleżanka przysłała mi mejlem jako utwór anonimowy jakiś czas temu.

Znalezione obrazy dla zapytania rysunki satyryczne baba do lekarza

Starość  jest wtedy, gdy koszt świeczek przekracza wartość tortu

………………………………………………………

Wiersz na czasie dla obecnych klientów NFZ

Przyszła baba do lekarza, (to się ciągle jeszcze zdarza) i radośnie błyska okiem, (zapisała się przed rokiem). 

Tu ją strzyka, tam ją boli. W strasznej baba jest niedoli. Lekarz spojrzał na nią ostro. -Proszę lewatywę siostro.Najpierw jednak trochę gadki: Płaci baba w ZUS-ie składki?Na nic ustne zapewnienie, ma przy sobie zaświadczenie?

Ma, lecz lekarz nie lebiega, pyta czy gdzieś nie zalega?Nie zalega, ale zamęt…. a czy płaci abonament?

Płaci, no to Pani chwała. A na kogo głosowała?Czy posiada oszczędności? Członkiem jest solidarności?

Czy się z rządu linią zgadza? I czy męża swego zdradza?Słucha Tuska, czy Rydzyka? Czy wypluwa, czy połyka?

Czy dorabia coś na boku? Czy ma konto na Facebooku?Czy ktoś w domu jest na rencie? Czy ma długi w Providencie?

Gdzie związuje koniec z końcem? W Lidlu, Tesco czy Biedronce?Czy bank przejmie po niej mienie? Czy ma teczkę w IPN-ie

Czy sejmowych baśni słucha? Pies przy budzie- bez łańcucha?Doktor pisał coś na boku. Kazał przyjść jej za pół roku.

Zgłosić się na konsultację. Dziś zaś wziął gratyfikację. Babę wysłał do apteki. Niech kupuje paraleki.

Jakby co, to prosektoria tańsze są niż sanatoria.

Baba chociaż ledwie żywa, to ogólnie jest szczęśliwa.Lecz w tym bajzlu pełnym bzdetów, w nowy limit NFZ-tu

Weszła już więc bez radości, i na konto leków…….. pości!

Morał jest wynikiem draństwa : Jeśli nie chcesz zostać „skórą”, miast obciążać budżet państwa, umrzyj przed emeryturą!!!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Powtórka z rozrywki, czyli znów urodziny

Tym razem mojej Najmłodszej Wnuczki. Gwiazdeczka w tych dniach skończyła siedem latek i znów babcia musiała stanąć na wysokości zadania, bo mała zastrzegła sobie, że tort musi być ładniejszy od tego zrobionego dla Najstarszej. Nie wiem, czy jest ładniejszy. Jest inny, i najważniejsze że został przez jubilatkę zaakceptowany

Moja zabawa z dekoracją tortów w stylu angielskim zaczęła się rok temu w związku z szóstymi urodzinami naszej rodzinnej Misski. Wtedy mała poprosiła, żeby na torcie były koniki i króliki. Nie chciałam, żeby były to plastikowe figurki (czy inne zabawki), zaczęłam więc szukać w necie, z czego jadalnego można by było zrobić te zwierzątka. I tak natrafiłam na setki stron pokazujących cuda, jakie można zrobić z plastycznej masy cukrowej. Postanowiłam spróbować i ja. W końcu nie święci garnki lepią. Nieprawdaż? Początki nie były łatwe. Pierwsza masa mi nie wyszła, i wylądowała w koszu. Druga była całkiem, całkiem, ale nie poradziłam sobie z uformowaniem przestrzennych zwierzątek. Zrobiłam więc płaskie, ale dziecko i tak było wniebowzięte. Efekt poniżej.

Pa, pa pa…… i tak to się zaczęło……. Spodobała mi zabawa z tą formą dekorowania tortów, a ponieważ jednocześnie zyskała uznanie moich najbliższych i znajomych, postanowiłam zgłębić tajniki tej metody i uczę się. Wydaje mi się, że czynię postępy. To ciągle amatorszczyzna, i daleko mi do mistrzów, ale w przyszłości? Kto wie. Jak już się porządnie naumiem, to może zamienię dorabianie szyciem (które już mi kompletnie zbrzydło) na robienie okolicznościowych tortów. Najbliższy pokaz, czy czynię postępy będzie w sierpniu, bo wtedy będą urodziny Średniej Wnuczki.

W dniu moich urodzin

Kwiaty od moich najbliższych

Wczoraj były moje n-te urodziny. Ponieważ wiedziałam, że moi milusińscy wybierają się do mnie, więc zaprosiłam ich na obiadek co by ich mieć w kupie o tej samej porze. Już w piątek wieczorem, sądząc naiwnie, że w niedzielę będzie chłodniej, wyciągnęłam z zamrażalnika i przełożyłam do chłodziarki kaczkę żeby się spokojnie rozmroziła. Chciałam ją upiec nadziewaną jabłkami na niedzielny obiad.

No więc wczoraj wstałam odpowiednio wcześnie, żeby nie zaniedbując spacerów z psinką wyrobić się z przygotowaniem obiadu na zapowiedzianą godzinę. Bo kaczka to nie wszystko. Jeszcze pierwsze danie, dodatki do kaczki, no i placek z truskawkami. Zdecydowałam, że tortu nie będzie, bo i tak na dniach będę robić tort na siódme urodziny Najmłodszej Wnuczki. Mała już sobie zastrzegła, że musi być piękniejszy niż ten Najstarszej („Jak ten czas leci” – 30.04), więc przede mną nie lada wyzwanie. Już obmyślam dekorację.

Ale wracając do tematu. Żeby się wyrobić na czas, uwijałam się jak w ukropie. Dosłownie, i w przenośni. No bo tak. Na dworze temperatura (termometr na północy – czyli w cieniu) dość szybko poszybowała w górę do 32 st. C, a u mnie, w mojej mikroskopijnej kuchni, to było chyba z pięćdziesiąt. Kilka godzin pracy wszystkich palników kuchenki plus piekarnik zrobiły swoje. Istny przedsionek piekła i raju w jednym. Piekła, bo gorąco jak diabli. Razem z moimi potrawami równolegle ja przypiekałam się (dwukrotny bezpośredni kontakt z nagrzanym piekarnikiem), odparowywałam ( pot lał mi się nie powiem gdzie) i dusiłam w sosie własnym. Raj, bo zapachy i aromaty przygotowywanych potraw. Wytrzymywałam w tej kuchni tylko z myślą o zadowoleniu moich bliskich. I warto było. Wyrobiłam się na czas. Jedzonko wszystkim smakowało. Placek (tym razem bez zakalca 🙂 ) poszedł w całości. Do tego drinki z mojej naleweczki wiśniowej (rocznik 2013), no i lody dla ochłody. Było cudownie. Na luzie. Bez pośpiechu. Kilka godzin pogaduch o wszystkim i o niczym. Lubię te nasze spotkania, bo choć widujemy się bardzo często, ale zawsze w biegu, przelotnie, no i na co dzień nigdy w pełnym gronie. Zmęczenie upalnym dniem i przygotowaniami, na czas pobytu miłych gości ulotniły się jak para.

Za to, jak już wszyscy się rozeszli, padłam jak kawka postrzelona śrutem i przespałam dopóki moja psinka nie upomniała się o kolejny spacer.