Nic nie było proste…

Zwłaszcza dla takiego totalnego laika w zakresie informatyki jak ja.

Po doświadczeniach ostatnich trzech tygodni, na przestrzeni których dzień po dniu po kilka godzin rozgryzałam tajniki tworzenia blogów począwszy od rejestracji poprzez uruchomienie strony doszłam do wniosku, że koniecznie muszę sobie zafundować najprostszy kurs w tej dziedzinie. Te wszystkie linki, lajki, widgety, gadżety, ikony, motywy, wtyczki, domeny……… Siedziałam do późnych godzin nocnych, a gdy niewiele rozumiejąc z tego co przeczytałam w różnych poradnikach i na forach kładłam się spać, nadal w półśnie przerabiałam to, nad czym ślęczałam. Jakiś głos (podświadomość?) mówił do mnie: po co ci to ty głupia babo. Cały internet śledzi twoje nieudolne poczynania i śmieje się z ciebie że jesteś taka tępa. No, ale ja nie z tych co się łatwo poddają.  W końcu udało się i zaistniałam. Wybrałam ostatecznie motyw dla początkujących bo przy innych zakałapućkałam się kompletnie (nie do końca rozumiem, ale układ strony zależy chyba od motywu). Nie jest to strona doskonała, ale najważniejsze że mogę pisać. Nie zrobię furory, nie zarobię na blogu bo nie mam tego w planach ale od czasu do czasu napiszę coś „sobie a muzom”.

Będzie mi miło oczywiście jak zawita tutaj niespodziewany gość i wypowie się co myśli na poruszony przeze mnie temat.

Reklamy

Pożegnanie na „fejsbuku”

          Minęło ponad dziesięć miesięcy od mojego ostatniego wpisu. To szmat czasu. Co się u mnie zmieniło? Niewiele. A w moim otoczeniu? Cóż – odeszła Pani której poświęciłam ostatni post. Choć była tylko moją sąsiadką, jej śmierć zabolała mnie bo należałam do grona osób które pomagały jej i mocno ją wspierały w walce z tym wrednym choróbskiem. Zabolały mnie również okoliczności w jakich przyszło jej się rozstawać z tym światem. Na szpitalnym łóżku, sama – żadne z dzieci nie przyjechało do kraju za jej życia. Nawet na pogrzeb nie wszystkie dojechały. Najukochańsza córka na którą matka najbardziej liczyła pożegnała mamę na „fejsbuku”. Nie ukrywam że mocno mnie to zirytowało. Był moment że miałam ochotę mocno ją na tym fejsbuku zrugać. Odpuściłam, bo pomyślałam sobie że i tak nie zrozumie o co mi chodzi.

To smutne. Czy rzeczywiście nadchodzą czasy, że bezpośrednie kontakty między bliskimi członkami rodziny zastąpi komunikator internetowy? Kilka zdjęć, kilka słów, jakiś krótki filmik. To wszystko? A gdzie dotyk ciepłej dłoni, oddech przy twarzy gdy całujesz bliską osobę w policzek, oczy błyszczące emocjami? Sto razy napisane słowa „kocham cię mamo (tato, córko, synu…) nie zastąpią słów wypowiadanych bezpośrednio, bo ich moc jest zwielokrotniona poprzez przytulenie się i czułość wypisaną na twarzy i w oczach. 

Tego na pewno zabrakło Tej, która samotnie umierała na szpitalnym łóżku. 

Tak sobie wychowała

             Tak sobie wychowała….., tak sobie wychowała……., tak sobie wychowała…….!

            To zdanie zasłyszane kilka dni temu „tłucze” mi się pod czaszką i nie daje spokoju…………

                  Ale po kolei. 

        Przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Była sobie rodzina. Tata, mama i czworo dzieci. Było mniej niż skromnie, ale dopóki oboje rodzice mieli pracę, dzieci głodu nie cierpiały. A właściwie dzięki niej. Bo on, jako mocno trunkowy w pierwszej kolejności zaspokajał swoje potrzeby. Na szczęście jego zakład pracy dbał o to, żeby i jego dzieciom coś tam skapnęło.  

Do momentu transformacji ustrojowej i gospodarczej. Menel którego mieli obowiązek zatrudniać (wszak za PRL-u nie było bezrobocia) w ramach redukcji etatów jako jeden z pierwszych wyleciał na bruk.

W krótkim czasie ona również straciła pracę bo z kolei jej zakład zlikwidowali.

On utratą zatrudnienia wcale się nie przejął. Nie próbował nawet znaleźć innego płatnego zajęcia żeby zarobić na utrzymanie rodziny. Nareszcie zajął się tym, co lubił najbardziej – czyli nic nie robieniem.

Ona imała się różnych zajęć, ale z mizernym efektem finansowym. Długi rosły. Komornik pukał do drzwi a spółdzielnia straszyła eksmisją z powodu wielomiesięcznych zaległości czynszowych.

W końcu postanowiła wyjechać do pracy za granicę. Jak wiele Polek w tamtych latach obrała kierunek na południe Europy. W domu została czwórka nastoletnich dzieci z tatusiem który już wtedy totalnie się stoczył.

Gdy okrzepła w nowym dla siebie świecie zaczęła ściągać do siebie dzieci. Całą czwórkę po kolei. Czas leciał. Dzieci dorastały i usamodzielniały się.

Wróciła do kraju po kilkunastu latach. Na chwilę. Na urlop żeby uporządkować sprawy osobiste. Pech chciał, że zaraz po powrocie rozchorowała się ciężko. Rak. Już nie wyjechała. Operacja jedna, druga. Wydawało się że będzie dobrze. Minęło kilka lat i choróbsko znów dało o sobie znać. Paskudna wznowa. Jest coraz gorzej. Lekarze nie dają nadziei. Pozostało leczenie paliatywne. Jest coraz słabsza. Wymaga opieki całodobowej i jest w tym wszystkim sama. Nie ma na miejscu żadnej rodziny. To sąsiedzi jej pomagają i płatna opiekunka.

Ostatnio zapytałam znajomej (która wiem że ma kontakt z jej dziećmi) czy one wiedzą w jakim stanie jest matka. Dlaczego żadne z nich nie przyjedzie żeby się nią zająć czy chociażby odwiedzić. Bo żadne z nich nie pokazało się w Polsce od jej powrotu tutaj, czyli gdzieś tak mniej więcej od sześciu lat. I usłyszałam szokującą dla mnie odpowiedź: b o  t a k  s o b i e  w y c h o w a ł a. Czyli jak? Dała im z siebie za dużo, czy za mało? Wychowała na egoistów, czy sama była egoistką zaniedbującą potrzeby dzieci? Przecież nie zostawiła ich tutaj na pastwę agresywnego ojca alkoholika. Nie wiem jak przebiegał proces wychowawczy „od podszewki”. Co się stało, że tylko na odległość deklarują miłość do matki oraz zapewnienie jej środków i płatną opiekę do końca dni które jej zostały? Nie mogą przyjechać, czy nie chcą?

Ponoć córki bardzo przeżywają chorobę matki. Tyle i tylko tyle.

Pieniądze to nie wszystko. Matka ma dobrą opiekę obcych ludzi. Lekarze ulżą w cierpieniu ciała.

Tylko dusza mając świadomość bliskiego końca wyrywa się do bliskich.

Gdy patrzę w jej oczy jest w nich taki wielki smutek aż się serce ściska.

 

 

Czy naprawdę mam czego chciałam?

             Dziś jest chyba jeden z najpiękniejszych letnich dni. Przynajmniej moim subiektywnym zdaniem. Słoneczko od rana na niemal bezchmurnym niebie. Te kilka  białych chmurek na niebie to snuje się bardziej dla ozdoby. Temperatura idealna – nie za zimno i nie za ciepło. Lekki letni wietrzyk przyjemnie chłodzi ciało. Ale kiczowaty opis. A co mi tam. Tak to odbieram.

            W taką pogodę trudno usiedzieć w domu – zwłaszcza jak się mieszka w bloku. Wybrałam się więc nad pobliską rzeczkę. Cele były dwa. Relaksujący spacer i przy okazji pomyślałam sobie że może znajdę w wodzie parę fajnych kamyczków do mojego akwarium. Do rzeczki niedaleko. Tak około kilometra.    

           Gdy kończy się nasze osiedle zaczyna się inny świat. Świat małych uliczek wzdłuż których stoją domki jednorodzinne. Domki stare, pamiętające co najmniej czasy PRL-u i nowe – wybudowane współcześnie. Widać różnice w stylach. Te stare, to proste nieciekawe piętrowe klocki o płaskich dachach. Nowe mają ciekawe rozwiązania architektoniczne brył – przeważnie parterowe z urządzonymi do zamieszkania poddaszami. Jedne i drugie mają wspólną cechę. Mają podwórka. Kawałek własnego zielonego terenu ogrodzonego siatką albo płotem. Szłam powoli taką uliczką, zaglądałam na podwórka i zazdrościłam im. Trawka zielona krótko przystrzyżona. Klomby, donice małe i duże pełne kwiecia. Parasole, a pod parasolami stoliki i foteliki. Małe piaskownice i dmuchane baseniki sugerują że w takim domu są dzieci. Znów kicz. No i dobrze.

          Zanim doszłam do rzeczki rozkrochmaliłam się zupełnie. Przypomniał mi się mój rodzinny dom. Mały, ciasny, ale własny. Bez wygód. Po wodę chodziło się do hydrantu 50 m. Piece opalane węglem. WC w kącie podwórka. No właśnie. Ja już nie pamiętam jak to było ciężko nosić wodę, niewygodnie myć się w misce, czy marznąć gdy w nocy zgasł kaflowy piec. To znaczy pamiętam, ale mam do tego stosunek obojętny. To podwórko jest w moich wspomnieniach najważniejsze. Kawałek warzywniaka uprawianego przez mamę w kącie a reszta to trawa na której szalałam z trójką rodzeństwa i dzieciakami z sąsiedztwa. Zimą nasz osobisty bałwan.

        Wtedy nie doceniałam tych walorów wynikających z posiadania skrawka własnej zieleni. Gdy podrosłam, marzyłam o mieszkaniu w bloku. Z centralnym ogrzewaniem, wodą w kranie i sr…m w porcelanie. I mam to czego chciałam. Od czterdziestu lat. O co mi więc chodzi? Po latach mieszkania w bloku stwierdzam, że te tzw wygody to nie wszystko. Jest jeszcze czynnik ludzki. Na takiej uliczce mieszka kilka – kilkanaście rodzin. Wszyscy się znają ale mają dużą przestrzeń do życia. W mojej klatce mieszkają 24 rodziny, a w bloku 72. W sumie to będzie sto kilkadziesiąt osób. Wokół bloki z podobną ilością mieszkańców. Ludzi w różnym wieku, o różnych upodobaniach, temperamentach. Nietrudno więc o konflikty i spięcia. W takim skupisku ludzi zawsze trafią się osoby które mają gdzieś dobre stosunki międzysąsiedzkie i potrafią mocno uprzykrzyć innym życie. Wtedy chciałoby się uciec stąd do domku bez wygód pod lasem. Byle mieć święty spokój i kawałek własnego podwórka.      

 

A jednak mi żal

                  Tamtego roku lato było równie gorące jak tegoroczne. W niedzielne lipcowe popołudnie rodzinka zebrana przy stole po obfitym okolicznościowym obiedzie na cześć gospodyni deliberowała co robić dalej z tak dobrze rozpoczętym dniem. Kontynuować obżarstwo kosztem wątroby i stawów unieruchomionych na kilka godzin (poza żuchwą), czy wybrać się na spacer do pobliskiego lasu. Zdania były podzielone – panie chciały na spacer a panowie zdecydowanie preferowali wersję konsumpcyjną. Stanęło  na tym, że kto chce na spacer ten idzie podziwiać przyrodę a kto woli dalsze podziwianie talentów kulinarnych gospodyni ten zostaje.

                Wyłamał się tylko jeden pan – gospodarz. Stwierdził, że krótki spacer z psinką dobrze mu zrobi. Psince zresztą też. No i słusznie. Tak się złożyło że mała, kilkuletnia dziewczynka również zapragnęła pójść na spacer z pieskiem. Dziadek wziął pieska na smycz, dziewczynkę za rączkę i poszli. Nie było ich dość długo. Po powrocie mała oczywiście zaczęła nam zdawać szczegółową relację gdzie byli. Dowiedzieliśmy się że m.in. poszli do ogródka przy białym domku pod brzozami i dziadek postawił sobie piwo. „A tobie co postawił?” – zapytał ktoś z rodziny. „Mnie krzesełko” – odpowiedziało rezolutnie dziecko. Śmiechu było co niemiara.

                 Od tamtej pory minął szmat czasu. Dużo się zmieniło. Mała dziewczynka jest dzisiaj uroczą dwudziestoparoletnią kobietą. Odszedł do „lepszego świata” jej dziadek. Nie ma białego pieska. I zniknął z krajobrazu osiedla biały domek wraz z brzozami. To ostatnie stało się dwa tygodnie temu. Tego ranka obudził mnie jazgot pił mechanicznych. Gdy wyjrzałam przez okno, okazało się że robotnicy ścinają moje piękne ukochane brzozy. Potem przyszła kolej na domek. W ciągu trzech dni wszystko zniknęło. Oczyszczony wyrównany plac wyłożono betonowymi płytami i powstał w tym miejscu parking. Kolejny. Bo kurczą się na moim osiedlu tereny zielone. Każdego roku kolejne trawniki zostają okrojone wszerz oraz wzdłuż – za to przybywa betonowych placów na potrzeby zmotoryzowanych mieszkańców. Ja to rozumiem. Nie ma innego wyjścia. Od czasu gdy powstało to osiedle liczba samochodów wzrosła wielokrotnie a stare parkingi nie są z gumy. 

A jednak mi żal. Żal mi tych pięciu brzóz. To była taka piękna grupa. Codziennie przez te wszystkie lata o każdej porze dnia patrzyłam na nie z okien mojego mieszkania. Byłam świadkiem jak posadzono małe drzewka i jak z każdym rokiem stawały się coraz większe. Teraz to były dorodne duże drzewa o pięknych koronach. Kochałam ich białe pnie i zwisające, poruszane wiatrem wiotkie gałęzie oblepione drobnymi mieniącymi się w słońcu listkami. To już przeszłość. Już ich nie ma. Pozostały mi utrwalone na zdjęciach bo bardzo lubiłam je fotografować. 

Zapach lasu i chatka Baby Jagi

           Coś mnie dzisiaj nosi (albo roznosi) od wewnątrz. Ja, zagorzała domatorka którą z chałupy trudno kijem wygnać, dziś postanowiłam wyjść z domu z mocnym postanowieniem że nie wrócę aż odzyskam spokój ducha. Cel – las. Nie mam daleko. Raptem kilkaset metrów. Choć moje osiedle na skraju lasu położone jest, nie byłam tam chyba z pięć lat. Pomyślałam sobie że zobaczę co się zmieniło. Oj zmieniło się. Zniknęły znajome ścieżki. Zarosły chaszczami. Widać że inni ludzie też nie bywają tu często. Las przestał być modny jako miejsce rodzinnych spacerów.  No i zyskał na tym. Nie jest tak zdewastowany jak dawniej. Przez te kilka lat przyroda przynajmniej częściowo odrobiła to, co ludzie zniszczyli, rozdeptując ten piękny zakątek wszerz i wzdłuż.

              Doceniając starania przyrody, ja mieszczuch zasiedziały w betonowych murach stanęłam na skraju wydawało mi się splątanego nie do przebycia gąszczu krzaków broniącego dostępu do drzew i zastanawiałam się jak przez nie przebrnąć.             Ryzykując wybiciem oka, podrapaniami i podartą odzieżą ruszyłam przed siebie rozgarniając krzaczyska lub nurkując pod nimi. Udało się. Oczy całe. Dotarłam do pierwszych drzew tylko trochę podrapana. Warto było. Uderzył mnie w nozdrza zapach. Zapach lasu. Drzew. I nagle stałam się małym, dziesięcioletnim dzieckiem. Dzieckiem, które było dawno, dawno temu na kolonii w ośrodku położonym wśród takiego lasu. Z tamtego pobytu jedynym wspomnieniem jest pachnący upojnie latem las po którym biegaliśmy z innymi dzieciakami i stojąca pośrodku lasu wśród drzew chatka. Chatka była dziwnie malutka. Miała jedną izdebkę. W trzech ścianach okienka a w czwartej drzwi. Była nie umeblowana. Zaglądaliśmy do tej chatki i wyobrażali sobie że jest to domek Baby Jagi. Brakowało nam tylko kurzej stopki na której powinna stać. Ale od czego dziecięca wyobraźnia. Skoro chatka pusta, to znaczy że Baba Jaga się wyprowadziła i zabrała stopkę i meble do nowego domku. To były piękne szczęśliwe wakacje. Zapomniane do dzisiaj. I nagle jakby się w mojej głowie otworzyła jakaś klapka.

             Las pachnie dzisiaj tak jak przed laty. Tylko wrażliwość emocjonalna już nie ta. Cieszę się że dzisiaj udało mi się uchwycić ten zapach, a on przywołał to urocze wspomnienie.   

   

Mały biały domek i pięć brzóz

        Dawno, dawno temu, gdzieś tak pod koniec lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku na skraju miasta w szczerym polu powstało osiedle składające się z kilkudziesięciu bloków dla kilku tysięcy mieszkańców. położone malowniczo u podnóża niewysokiej góry pokrytej lasem i jednocześnie z widokami  na okoliczne zalesione pagórki znajdujące się w zasięgu kilku kilometrów. Kilka krótkich ulic oddalonych od siebie po kilkadziesiąt metrów biegnących łagodnymi łukami równoległymi do podnóża góry . Przy każdej maksymalnie kilka bloków różnej wielkości w różnym położeniu. Takie usytuowanie ulic i budynków potęgowało wrażenie jeszcze większych odległości. Z czasem, po kilku latach po zagospodarowaniu terenu ogromne trawniki z urządzonymi na nich placami zabaw były rajem dla chmar dzieciaków. A było ich wtedy naprawdę dużo. Wszak na osiedle wprowadziły się przede wszystkim młode rodziny.

       Choć w owych czasach budowało się stosunkowo dużo bloków mieszkalnych, to i tak na własne „m” czekało się tak ok. 10-ciu lat. Gdy więc otrzymaliśmy przydział na wymarzone własne cztery kąty nasza radość była nie do opisania. Po jednopokojowej klitce gdzie gnieździliśmy się w czwórkę, trzy pokoje z kuchnią, oddzielna łazienka i wc były spełnieniem marzeń. Szybka przeprowadzka w środku zimy z odrobiną dobytku zabranego z poprzedniego lokum i radość z przestrzeni w nowym mieszkaniu i wokół nas.

     Gdy przyszła wiosna, wraz z topniejącą breją w której przyszło nam brodzić z braku chodników i ulic nasz entuzjazm siadał. Okazało się, że piękne widoki i przestrzeń to za mało żeby tu wygodnie żyć i mieszkać. Osiedle powstało szybko. Gorzej było z infrastrukturą. Brak było szkoły, przedszkola, żłobka i przychodni. Nie było sklepów. Ze wszystkim i po wszystko trzeba było jechać do miasta odległego o kilka kilometrów. Jeden przystanek autobusowy zlokalizowany kilkaset metrów od osiedla oblegany przez tłumy ludzi czekających na autobus który często-gęsto i tak się nie zatrzymywał z racji że już był przepełniony. Ktoś powie: miasto blisko to trzeba było na piechotę. Wiśta wio….. Dwoje dzieci – jedno do szkoły, drugie do przedszkola a do pracy na siódmą. W drodze powrotnej dodatkowo siata z zakupami. Nieraz łezka mi się w oku zakręciła na wspomnienie naszej dziupli w centrum miasta skąd wszędzie miałam blisko. Czułam się jakbym zamieszkała na betonowej wsi zabitej przysłowiowymi dechami. Pewnie nie ja jedna.

     Czas płynął. Wykonano na osiedlu ulice i chodniki. Wyrównano place i zasiano trawę. Zasadzono drzewka i krzewy. Zrobiło się przynajmniej ładnie i można było zrezygnować z kaloszy. Wiedzieliśmy, że na szkołę i całą resztę będziemy czekać kilka lat. Bolączką był na tak dużym osiedlu brak sklepów i usług.  Otworzono nawet jeden sklep spożywczy (ale nieduży) w którym po wszystko ustawiały się horrendalne kolejki i notorycznie brakowało podstawowych towarów. Na szczęście już w owych czasach (a był to początek lat osiemdziesiątych) niektórzy wzięli sprawy w swoje ręce i zaczęli otwierać kioski i stragany. I tak  na skraju osiedla powstał minibazarek który cieszył się ogromnym powodzeniem u mieszkańców bo był znacznie lepiej zaopatrzony niż niedaleki „społemowski” sklep gdzie między ladą a pustymi regałami  królowała niemiła jaśnie pani sprzedawczyni.

      W połowie lat osiemdziesiątych w ślady lokalnych miniprzedsiębiorców postanowiło pójść młode małżeństwo. Mierzyli jednak troszkę wyżej. Postanowili wybudować pawilonik. Na lokalizację wybrali nieduży placyk w centrum osiedla. I tak powstał biały budyneczek ogrodzony niskim białym płotkiem z metalowych sztachetek z kawałkiem ogródka. Na terenie ogródka znalazło się miejsce na kilka stolików gdzie można było na świeżym powietrzu zjeść loda, napić się kawy albo piwa. Przy wejściu do tej mikrokawiarenki właściciele posadzili pięć małych brzózek. Pawilonik cieszył się bardzo dużym powodzeniem bo obsługa była miła, asortyment jak na owe czasy szeroki i czynny niemal całą dobę.

      Lata mijały. Brzózki rosły. Interes kwitł. Gdzieś tak w połowie lat dziewięćdziesiątych nagle okazało się że przemiła Pani z białego pawiloniku nie wyjdzie więcej do klientów. Zawał. Pan został sam. Czy to stres po stracie żony, czy nieumiejętność ogarnięcia w pojedynkę spowodował, że interes zaczął kuleć. Coraz większe braki w towarze. Coraz częściej zamknięty bez powodu. Coraz mniej klientów. Wkrótce Pan poddał się i zamknął sklep na dobre. Czasami widywałam Go jak spacerował z psinką. Chyba nie wiodło mu się dobrze. Wychudzony, zaniedbany. Często pod wpływem…… Potem przestałam go spotykać. Niewiele przeżył żonę. Oboje odeszli a ich pawilonik stoi nadal zamknięty na cztery spusty.      

        Czas zaczął robić swoje. Ściany poszarzały. Dach spłowiał. Spod białej farby metalowego płotka zaczęły wychodzić coraz większe plamy rudej rdzy. Ktoś urwał furtkę. Ktoś pomazał czarnym sprajem okiennicę. Teren ogródka porosły chaszcze. Tylko pięć brzóz przy wejściu które dawno przerosły domek pochylają się nad nim z zadumą jakby wspominały dawne dobre czasy…. Gwar rozmów przy stolikach – dyskusje panów nad szklanką piwa – ploteczki pań przy filiżance kawy i śmiech dzieci umorusanych kolorowymi lodami.

 

 

Dawać, czy nie dawać pieniądze do puszek?

Mija 120 dni od mojego ostatniego wpisu tutaj. Cztery miesiące przerwy. Nie dotrzymałam danego sobie słowa (jedynego noworocznego życzenia) że będę tu częściej zaglądać. Żeby było sprawiedliwie to kilka razy zajrzałam. Nawet próbowałam coś napisać……… I co? I nic. Chaotyczna gonitwa myśli…….. Który temat wybrać……..? Kilka zdań o tym…………, a może o tamtym……… Czas ucieka…… Robi się późna noc (bo zawsze zaczynam wieczorem) i tracę chęć żeby kontynuować bo chce mi się spać. Dziś będzie więc krótko, ale może za to uda mi się zamknąć temat.

Chodzi o datki. Datki dla podobno potrzebujących chorych dzieci zbierane do różnych pojemniczków (puszek) przez ludzi stojących przed wejściem do pobliskiego marketu gdzie regularnie chodzę na zakupy. Niemal każdego dnia spotykam takie osoby płci obojga i w różnym wieku. Oczywiście obowiązkowo tabliczka ze zdjęciem dziecka i opisem ciężkiej choroby (najczęściej rak) no i z puszką. Jedni stoją w milczeniu i wyciągają tylko ręce z tabliczką i puszką. Inni głośno informują zbliżających się ludzi o potrzebie wsparcia. Czasami wrzucę do puszki parę groszy a czasami nie. Sama się zastanawiam dlaczego tak……. Jedni wzbudzają moje zaufanie a inni nie. Co ciekawe, większe zaufanie wzbudzają we mnie ci milczący. Jednak gdy oddalam się od tych którym nie zaufałam, nachodzą mnie wątpliwości czy nie ominęłam kogoś naprawdę potrzebującego. Usprawiedliwiam się wtedy że: po pierwsze – ja nie dałam, ale ktoś inny dał, a po drugie – nie jestem w stanie obdarować wszystkich którzy wyciągają rękę bo mój budżet emerytki tego nie udźwignie.

Nie ukrywam, że mam coraz większe wątpliwości co do uczciwości tych ludzi z puszkami. Czasami mi się wydaje że to jest taka współczesna, bardziej elegancka forma żebractwa. Innym znów razem myślę że nie można wszystkich wrzucać do jednego worka i że są wśród nich tacy, którzy nie mają innego wyjścia i dlatego wybrali m.in. taką formę zdobywania pieniędzy na ratowanie zdrowia czy życia  kogoś bliskiego.

Tylko jak ich rozróżnić. 

 

.

  

 

Bezdomni też ludzie

Siedzi sobie człowiek w ciepełku i ma dylemat: wyjść już teraz z Psinką,czy za jakieś pół godziny. Za teraz przemawia rozsądek, bo już na dworze jest zimno jak diabli (minus trzynaście plus ten obrzydliwy przenikający do szpiku kości wiatr powodujący, że odczucie temperatury jest jakby było minus dwadzieścia pięć). Za pół godziny może być jeszcze zimniej. No ale właśnie w telewizorni zaczęły się „Gwiezdne wojny”. Bardzo chcę obejrzeć ten film. Chyba poczekam więc na przerwę reklamową. Psinka i tak nie wytrzyma dłużej niż trzy minuty. I to w ubranku. No ale jak się siedzi w ciepłym domu i to non stop pod kocykiem, to nawet kaftanik specjalnie nie pomaga na tę różnicę temperatur. Nie cierpię zimy. Nie cierpię mrozu i lodowatych wiatrów. Marzną mi nogi (szczególnie uda – choć pod spodnie zakładam rajstopy). Najgorzej znoszę jednak krótkie zimowe dni. Boleśnie znoszę mrok poranka (trudno mi wyjść z łóżka zanim się nie rozwidni – za to gdy się ściemnia o wpół do czwartej po południu najchętniej szła bym już spać). Na szczęście obowiązki mi nie pozwalają. Fajnie byłoby na te trzy zimowe miesiące wynieść się w inne klimaty. Cóż……. marzenie ściętej głowy.

Ale dosyć tego marudzenia. Zaczęła się przerwa reklamowa. Skorzystałam więc z okazji i wyskoczyłam z Psinką na dwór. Tak jak przewidywałam – jedno siknięcie i dyla do domu. Reklam ciąg dalszy trwa. Najbardziej cenię sobie w pilocie jeden guziczek – ten do wyłączania głosu. Super sprawa. Gdy nie słyszę o czym pieprzą aktorzy scenek mających mnie przekonać do tego czy owego mogę spokojnie patrzeć na ich idiotyczne miny i gesty.

Zdaje się, że nie był to najlepszy pomysł pisać tekst na blogu i jednocześnie oglądać tak interesujący film jak „Gwiezdne Wojny”. Coś na tym ucierpi.Albo będzie kiepski post, albo nie będę pamiętać połowy filmu. Jutro rano będzie sprawdzian.

Siedzę sobie w ciepełku, oglądam fajny film i odrywam się myślami do ludzi którzy gdzieś tam, w nieogrzewanej ruinie (szopie) usiłują przeżyć kolejną mroźną noc. Czy jutro z telewizji (internetu) znów się dowiemy o kolejnych śmiertelnych ofiarach zimy? Dwadzieścia siedem ofiar od listopada to dużo, czy mało? I ile jeszcze? Bo na dobrą sprawę zima dopiero się zaczyna. Czy ci ludzie muszą umierać? Czy nie da się tym śmierciom zapobiec? Niejeden powie, że ci ludzie są sami sobie winni skoro wybrali taki tryb życia czyli bezdomność. Na dobrą sprawę co my wiemy o tych ludziach poza tym co widzimy na pierwszy rzut oka- że  piją, żebrzą, są brudni i śmierdzą. Czy wybrali takie życie z własnej woli, czy życie ich do tego zmusiło? Jedni sami wybrali swój los – inni nie mieli wyboru. Tak, czy inaczej to są ludzie którzy żyją wśród nas. Kolejny rok gdy zaczyna się zima dowiadujemy się z mediów o jej śmiertelnych ofiarach. Czy da się temu zapobiec? Myślę, że gdyby samorządy wyciągnęły wnioski z tych ponurych statystyk to wielu ludzi udałoby się uratować. A może by tak wcześniej, przed nadejściem zimy przygotować dla tych ludzi noclegownie na większą skalę. Jakieś hale, świetlice. Wyposażyć w łóżka polowe albo materace. Dać coś do przykrycia. Żeby tylko w tych pomieszczeniach była dodatnia temperatura. Zachęcać tych ludzi do korzystania z noclegowni od samego początku nadejścia zimy, a nie jak teraz że zaczyna się szukanie ich po zimnych norach gdy śmierć zbiera już swoje zimowe żniwa. Mrzonki? Niekoniecznie. To jest do zrobienia tylko potrzeba odrobinę chęci i dobrej woli.

 

 

Żegnaj Stary – witaj Nowy

Jest 31 grudzień 2015 r. Godz.23 z minutami. Za niespełna godzinę przywitamy Nowy, 2016 r. Po raz pierwszy od pięciu lat spędzam noc sylwestrową w domu, bo do tej pory zawsze o tej porze byłam w pracy. Siedzę więc sama w domu w ciepełku, szczęśliwa że nie muszę nigdzie wychodzić. Na tę okoliczność otworzyłam sobie szampana z postanowieniem że do północy wypiję go nie czekając na bicie kurantów witających Nowy Rok. Oglądam telewizję. Właśnie skończył się koncert Zdzisławy Sośnickiej -zaraz zacznie się Violetty Villas. Obie bardzo lubię. Poza tym………. ech, te sentymenty. To moja młodość. Nie to żebym się szczególnie rozklejała, ale ta noc, noc jedyna w roku -symboliczna zmiana daty tylko o jedną cyferkę na końcu sprawia że jakoś tak mimo woli człowiek głębiej  sięga wstecz do swojego życia. Wspomnienia…. kilka chwil poświęcone temu co było. Najważniejsze wydarzenia minionych lat przewijają się w pamięci jak w kalejdoskopie aby dojść do dnia dzisiejszego i z chwilą ostatniego uderzenia zegara oznajmiającego, że nadejście Nowego Roku stało się faktem, już zaczynamy myśleć o jutrzejszym dniu i snuć plany na przyszłość.

Postanowienia noworoczne. Kto ich nie robi……. Ile z nich udaje nam się zrealizować? Nie mam pomysłu co mogłabym sobie postanowić…… W sumie moje życie jest dość ustabilizowane, a te kilka drobnych mało szkodliwych nałogów jakie posiadam dodają życiu uroku i urozmaicenia – po co więc mam się ich pozbywać.

Właśnie minęła północ.

Żegnaj Stary Roku. Nie byłeś dla mnie taki zły. Dziękuję Ci za spokój i stabilizację każdego dnia.

Witaj Nowy Roku. Mam nadzieję że będziesz dla mnie łaskawy pod każdym względem. Powiem ci na ucho o czym marzę i czego sobie życzę: zdrowia, spokoju i miłości w relacjach rodzinnych. A jakbyś tak jeszcze zgodził się mieć jakiś tam pozytywny wpływ na stan mojego budżetu to byłoby w ogóle super.

 Nie udało mi się wypić całego szampana przed północą. Chyba to i lepiej, bo biorąc pod uwagę wcześniejszy brak treningu przy większym tempie mogłam nie dotrwać do północy. No i ten tekst byłby zagrożony.

Zdecydowałam że będę mieć jedno postanowienie noworoczne – częściej tutaj zaglądać.