Bałaganiara

Bałaganiara to ja. Taka się urodziłam i nic na to nie poradzę. Wierzcie mi. To jest naprawdę cecha wrodzona. Tak mam od zawsze. Jak daleko sięga moja pamięć, czyli od wczesnego dzieciństwa. Mama pedantka. Siostra wręcz chorobliwa pedantka (wszystko w idealnym porządeczku). A ja się mamusi pod tym względem nie udałam. W dzieciństwie nieźle obrywałam od mamy (od siostry zresztą też) za to, że wolałam czytać książki zamiast układać rzeczy w szafach, szafkach i szafeczkach.

Gdy obie z siostrą wyszłyśmy z domu, to przynajmniej ją miałam z głowy bo zamieszkała daleko. Mama nadal usiłowała mnie „wychowywać” choć założyłam własną rodzinę i miałam własny dom. Miała mnie pod ręką bo mieszkałyśmy w jednym mieście. Bywało, że przychodziła niespodziewanie, a ja słysząc w drzwiach jej „dzień dobry” łapałam co było najbliżej (ścierkę czy szczotkę) i z tym rekwizytem biegłam się z nią przywitać. Żeby widziała że właśnie sprzątam. Mamcia po przywitaniu się ze mną zaczynała lustrację od kuchni. Jeśli w zlewie było choć jedno nie umyte naczynie (a zawsze było) – to się zaczynało. Reprymenda to delikatnie powiedziane. Leciały w moją stronę gromy co ona myśli o mnie jako gospodyni.

Oj długo się jej bałam. Prawie do trzydziestki. Aż nastąpił we mnie przełom. Stwierdziłam że dosyć tego. A było to tak. Mama pomagała mi wychowywać córkę do trzeciego roku życia. Bardzo byłam jej za to wdzięczna. Ja mogłam pracować, a jak wracałam do domu, czekał na mnie ugotowany obiad.

Jednego dnia, gdy wróciłam z pracy i zjadłam obiad, moja trzyletnia córeczka poprosiła mnie żebym jej poczytała. Wyniosłam naczynia do kuchni, wróciłam do pokoju, wzięłam małą na kolana i sięgnęłam po książeczkę. I się zaczęło….. Mama na mnie naskoczyła w niewybrednych słowach co o mnie myśli………. gary w zlewie a ja się z dzieckiem bawię. Nie wytrzymałam. Coś we mnie pękło. Teraz to ja zaczęłam jej wygarniać. Wykrzyczałam żeby przestała mnie wreszcie wychowywać. Jestem dorosła, mam rodzinę i jak mnie do tej pory nie wychowała to niech sobie daruje. Niech mi pozwoli żyć po mojemu. Gary ze zlewu nie uciekną a dziś dziecko jest ważniejsze. Dla mamy to był szok. Popłakała się i obrażona zaraz wyszła. Nie odzywała się dwa tygodnie. Potem przyszła jak gdyby nigdy nic. Weszła od razu do pokoju i poprosiła o herbatę. Nie wracałyśmy do draki sprzed…..

To był przełom. Już nigdy więcej nie zwróciła mi uwagi na mój sposób prowadzenia domu choć pewnie w duchu cierpiała na widok  moich porządków. Pedanci nie są tolerancyjni i potrafią być upierdliwi dla najbliższego otoczenia. A bałaganiarze? Wydaje mi się, że są znacznie bardziej wyrozumiali. Ja na pewno. Mając świadomość swoich wad (jedną z nich jest moje bałaganiarstwo) staram się rozumieć innych.

Ktoś powie – co za wygodnicka postawa. Nie chce jej się sprzątać to zwala, że wada wrodzona. To nie tak. Ja się staram, ale mi nie wychodzi. Bałaganiarz ma to do siebie, że zostawia różne rzeczy w różnych miejscach w sposób niekontrowany. Ot, odkładam bluzkę na krzesło (kubek do zlewu) i wychodzę do drugiego pomieszczenia z myślą że zaraz wrócę i sprzątnę. Tylko jak wracam, to ja już tej bluzki nie zauważam. Dopiero jak się nazbiera różnych rzeczy w różnych miejscach, to stwierdzam że czas na porządki. Składam, układam, odkładam na swoje miejsce i na krótko jest cacy. A potem znowu……. I co ja mam ze sobą zrobić? Próbowałam się zmienić na modłę i podobieństwo mamy i siostry. Nic z tego. Na krótką metę tak. Na dłuższą nie da rady. Wykończyłabym się psychicznie. Wiem to z autopsji……..

Żyję więc sobie we własnym rytmie (raz bajzel – raz porządek) i tak mi już zostanie do końca mych dni. Najważniejsze że pozbyłam się kompleksu na tym tle. Znajomi którzy mnie odwiedzają twierdzą, że chyba jednak mam kompleks bo nie jest tak źle. No cóż. Ja wciąż pamiętam lekcje mamy.

Szkoda że nigdy nie miała okazji wpaść do mnie jak akurat byłam na etapie chwilowej pedanterii. Może by mnie choć raz pochwaliła?

Reklamy

Jak ten czas leci!!!

                           Dzisiejsza jubilatka dwadzieścia pięć lat temu i jej tort.

W ubiegłym tygodniu moja Najstarsza Wnuczka obchodziła dwudziestą piątą rocznicę urodzin. Żeby uczcić tę jakże ważną w jej życiu datę, babcia, czyli ja zorganizowała w ostatnią niedzielę małe, rodzinne przyjątko. Był troszkę bardziej uroczysty obiadek, no i tort urodzinowy, który pochwalę się nieskromnie zrobiłam sama.

Jak ująć w słowa te dwadzieścia pięć lat, które minęły jak jedna chwilka? Gdy goście wyszli, sięgnęłam do albumu ze zdjęciami. Wróciły wspomnienia. Młodzi mieszkali u nas, więc to do nas zawitała wprost ze szpitala maciupeńka istotka okutana w kocyk z którego widać tylko główkę z ciemnymi włoskami. Na pierwsze oględziny maleńkiego ciałka zbiegła się cała rodzina. Czyż jest coś bardziej rozczulającego, jak zobaczyć po raz pierwszy od wielu lat łapki wielkości płatka róży, i niewiele większe stópki?

Kiedy kobieta pierwszy raz zostaje matką, jej życie zmienia się radykalnie. Od momentu, gdy dziecko pojawi się na świecie, oprócz wielkiej miłości, do końca będzie jej towarzyszyć wielkie poczucie odpowiedzialności związane z opieką i wychowaniem potomka. Uczucie radości, gdy dziecko dobrze, zdrowo się rozwija przeplatać się będzie ze strachem i smutkiem, gdy coś pójdzie nie tak. Choroba, czy problemy wychowawcze.

A jak to jest zostać po raz pierwszy babcią? Babcia można powiedzieć,  ma „z górki”. Ma już za sobą bagaż doświadczeń opiekuńczo – wychowawczych, i gdy dowiaduje się, że jej dorosłe dziecko będzie miało dziecko to nic, tylko się cieszyć. Bo całe odium odpowiedzialności za całokształt spada na rodziców, a rolą babci jest tylko kochać.  Tak było ze mną przynajmniej. Pokochałam moją pierwszą „Kruszynkę” od pierwszego wejrzenia. Cieszyłam się, że młodzi mieszkają u nas, bo miałam ją na co dzień. Mogłam każdego dnia obserwować jak rośnie, nabiera ciałka, tworzą się kolejne wałeczki na rączkach i nóżkach. Pierwsze, uważne, świadome spojrzenie. Pierwsze dźwięki (gruchanie) wydobywające się z gardełka. Pierwszy ząbek. Z tym ząbkowaniem, to nawet ja nie dawałam rady bezstresowo, słysząc zza ściany jak maleństwo marudzi i płacze. Radość, gdy mała po raz pierwszy samodzielnie usiadła i jeszcze większa, gdy po raz pierwszy samodzielnie ruszyła przed siebie z chwiejącą się pupcią i szeroko rozłożonymi dla równowagi łapkami. Załapałam się jeszcze na pierwsze słowa, bo gdy młodzi wyprowadzali się na własne „M”, mała miała dziewiętnaście miesięcy. Jakie puste wydawało się z początku mieszkanie bez szczebiotki plątającej się pod nogami.

Na szczęście młodzi mieszkali w tym samym mieście, więc mieliśmy bieżący kontakt i nadal mogłam obserwować kolejne postępy fizycznego i emocjonalnego rozwoju mojej pierwszej wnuczki. Nic się nie zmieniło, gdy umarł jej tata (mój syn), a synowa ponownie wyszła za mąż. Byłam świadkiem najważniejszych wydarzeń w jej życiu. Pierwszej komunii, bierzmowania. Śledziłam etapy zmagań z edukacją szkolną. Skromnie mogę powiedzieć, że miałam jakiś tam mały wpływ na wybór kierunku studiów. Dziś, jak dobrze pójdzie, za dwa miesiące będzie bronić pracę magisterską. Wyrosła na atrakcyjną, a przy tym mądrą i inteligentną kobietę. Jestem z niej bardzo dumna.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Psia dola

Dwa tygodnie temu                                                                     Dzisiaj……..

Skończył się kolejny cudowny dzień wiosny. Moje osiedle pięknieje z każdym dniem. Pokrywają się listowiem i kwieciem kolejne drzewa i krzewy. Urosła trawa kryjąc „miny” pozostawione przez pieski i ich niesubordynowanych właścicieli (ma to jeden minus – trudniej je zauważyć, a wiec łatwiej o przykrą wpadkę). U nas, jak widać na zdjęciach trawniki są jak łąki, więc można po nich chodzić bez obawy zadeptania. Bawią się więc na nich dzieci, i spacerują ludzie z pieskami. Szkoda tylko, że ci drudzy zostawiając „pamiątki” po swoich pupilach nie pamiętają o tych pierwszych.

Spacerując dziś z psinką i patrząc na trawnik usiany kwiatami mniszka lekarskiego zastanawiałam się przez chwilę, czy jak co roku nie zrobić syropu z ich kwiatów (musiałabym się wybrać na zbiory gdzieś poza osiedle), ale się rozmyśliłam. Przypomniałam sobie, że jeszcze mam kilka słoików z ubiegłego roku. Oprócz tego zostały mi syropy z kwiatów i owoców czarnego bzu i bazi sosnowych.  Acha – jeszcze mam nalewki z czarnego bzu, bazi sosnowych no i z mniszka lekarskiego. Na najbliższy sezon jesienno-zimowy powinno wystarczyć.

……………………………………………………………………………………………………………………………………………..

Psinka znów mi się pochorowała. Pogorszył się stan nerek. Jeździmy więc co drugi dzień do weterynarza na kroplówki. Wczoraj pani przywiozła do weta pieska z prawdopodobnie uszkodzonym kręgosłupem (wstępna diagnoza po zbadaniu). Przyczyna – sąsiad kopnął go tak mocno, że zwierzę przestało chodzić. I to nie było na ulicy. On wszedł na posesję tej kobiety. Dlaczego tak potraktował tego psa? Pewnie jakieś międzysąsiedzkie porachunki. Ale co mu zawiniło biedne zwierzę?

Jakiś czas temu czytałam w necie o gościu, który z zemsty na sąsiadce powiesił jej psa. Innym znów razem o idiocie (bo jak inaczej nazwać takiego zwyrodnialca) co uprał kota sąsiadki w pralce automatycznej. Za każdym razem, jak czytam, lub słyszę o takich „wyczynach” i innych formach bestialskiego traktowania zwierząt przez niektórych osobników zwanych ludźmi zastanawiam się jaka kara byłaby adekwatna do czynu jaki popełnili. Właściwie żadna. Ani wieloletnie więzienie, ani wysoka nawiązka finansowa. Oni boją się kary jako takiej, ale nie rozumieją na czym polega ich przestępstwo. Dla nich zwierzę, to nie jest czująca istota, tylko rzecz, którą można potraktować wg swojego widzi mi się. Mam humor – pogłaskam, nie mam humoru – skopię, połamię kości, wyłupię oczy. Niech ma.

I tu znów kłania się edukacja od najmłodszych lat. Po pierwsze uczyć szacunku dla innych form życia, po drugie uczulać, żeby nie było w otoczeniu tolerancji dla zła czynionego przez złych, podłych ludzi.

 

Trzynaście chudych lat.

              „Teraz ci ciężko, ale kiedyś się podniesiesz, zobaczysz. Może musiało się tak stać? Mówią, że człowiek sam kieruje swoim losem, ale to nie do końca prawda. Czasem ten los prowadzi nas bezdrożami bez naszej woli, przeczołga przez życie, rzuca kłody pod nogi, doświadcza okrutnie, jakby wystawiał człowieka na próbę i sprawdzał, ile jeszcze może znieść. Coś o tym wiem. – Pokiwała głową.”

Powyższy fragment, to cytat z książki, którą ostatnio przeczytałam pt. „Wyspy szczęśliwe” Wioletty Sawickiej. Tymi słowami stara, mądra kobieta pocieszała główną bohaterkę, której dotychczasowe życie legło w gruzach na skutek oszukańczych machinacji osoby wydawałoby się najbliższej, czyli jej męża. Fabuła jest fikcją literacką, ale stara kobieta – Marta która mówi te słowa jest postacią z krwi i kości, a to, co ją w życiu spotkało wydarzyło się naprawdę. Dla niej, żeby poznać jej losy, warto po tę książkę sięgnąć. To Marcie dedykowała autorka tę książkę, i ją uznałabym za równoległą do głównej bohaterki postać. Potworny koszmar, jaki przeżyła w ostatnich dniach wojny, kalectwo z tym związane i ciężkie nie do opisania lata młodości, gdy musiała się borykać z brakiem akceptacji otoczenia z powodu swojej ułomności nie odebrały jej pogody ducha, wiary w ludzi, i chęci niesienia pomocy innym. Miała szczęście, że w odpowiednim momencie życia pojawił się na jej drodze człowiek – lekarz, który nie tylko postawił ją fizycznie na nogi (w tym przypadku protezy), ale „uleczył” również śmiertelnie chorą duszę.

———————————————————————————————————————————-

Wracając do zamieszczonego na początku cytatu. Jak prawdziwe są to słowa przyzna każdy, kto borykał się z przeciwnościami losu. Chyba nie ma na świecie człowieka, który nie doświadczyłby w swoim życiu całej gamy wydarzeń pozytywnych i negatywnych, choć amplituda tych wydarzeń u każdego będzie przebiegać inaczej. Jedni mają szczęście przejść przez życie w miarę łagodnie, z drobnymi potknięciami. Życie innych, to ciąg katastrof i niepowodzeń z małymi tylko przerwami względnego spokoju. Do których ja bym się zaliczyła? Do 1996 r. do tych pierwszych. Potem, przez kolejnych trzynaście lat pełnych klęsk i niepowodzeń, strachu, rozpaczy, bólu, wstydu, upokorzeń – do drugich. Nie byłam w tym czasie bierna. Walczyłam, ale los raz, po raz rzucał mną o glebę, a gdy usiłowałam się podnieść, to dokładał solidnym kopem.

Ta czarna „trzynastka” zaczęła się na początku 1996 r. od wypadku samochodowego córki. Samochód co prawda poszedł do kasacji, ale ponieważ córka wyszła z niego cało, więc powiedziałabym, że to było ostrzeżenie ze strony losu. Tylko, gdyby nie to, że po nim ruszyła lawina. Trzy tygodnie później umarł mój syn. Za trzy miesiące po nim ojciec (rak). W marcu 1997 r. okazało się, że mama jest chora na raka. Na szczęście szybko wdrożone leczenie pozwoliło opanować chorobę. Od 1996 roku moja dotychczas nieźle prosperująca firma (jedyne nasze źródło utrzymania) zaczęła podupadać. Wykruszali się kontrahenci, malały obroty. Zyski odeszły w siną dal – pojawiły się straty. Wiedziałam gdzie jest pies pogrzebany (nieuczciwa konkurencja) i nic nie mogłam z tym zrobić. Żeby trochę podreperować finanse, postanowiłam sprzedać swój samochód i kupić coś tańszego (musiałam mieć środek lokomocji). I tu los pokazał na co go stać. Ponieważ ogłoszenia w prasie okazały się nieskuteczne, zdecydowałam, że pojadę na giełdę. Za pierwszym razem w przeddzień, rozchorowałam się i nic z tego nie wyszło. Na kilka dni przed drugim podejściem miałam wypadek. Gość zajechał mi drogę i uderzyłam w niego. Mnie nic się nie stało, ale samochód dość mocno ucierpiał. Facet szedł w zaparte, że to nie jego wina, ale zanim ostatecznie przegrał sprawę i mogłam ubiegać się o odszkodowanie minęło kilka miesięcy i samochód grubo stracił na wartości. Bo był powypadkowy i już o rok starszy. A firma miała się coraz gorzej. Trzecie podejście na giełdę. Przed wyjazdem wyszłam z psem na spacer i skręciłam nogę. Tym razem nie odpuściłam. Poprosiłam brata żeby mnie zawiózł i wreszcie sprzedałam ten nieszczęsny samochód. Część pieniędzy władowałam w firmę, a za resztę niedrogie używane auto. Długo się nim nie nacieszyłam. Ukradli mi go spod bloku po trzech tygodniach w nocy. Następnego dnia miałam jechać do t.u. ubezpieczyć go na AC. Kilka tysięcy poszło się bujać. Zresztą co tu dużo gadać. Wszystkie pieniądze poszły się bujać, bo próby ratowania firmy wszelkimi sposobami nie powiodły się, i w 2000 roku musiałam ją zlikwidować. Zostały długi, a w związku z tym sądy, wyroki, komornicy i egzekutorzy skarbowi którzy zaczęli mnie wkrótce regularnie nachodzić. Oni grzecznie (trzeba przyznać) czekali, bo wiedzieli, że i tak mnie dopadną jak będę miała stałe źródło dochodu. Miałam na głowie jeszcze jedną firmę, która mnie nie podała do sądu, bo się z nimi ułożyłam, że będę ich spłacać w określonych ratach w wyznaczonych terminach. Na tej umowie najbardziej mi zależało, bo terminowe wywiązanie się oznaczało umorzenie części zobowiązań. Żeby jej dotrzymać, wynajęliśmy w naszym trzypokojowym mieszkaniu dwa pokoje studentom.

Jak już wcześniej wspominałam, firma była naszym jedynym źródłem utrzymania, więc  gdy ją straciliśmy, zaczął się etap poszukiwania pracy. Bezskutecznie. Kto na początku lat dwutysięcznych, gdy bezrobocie sięgało kilkunastu procent chciałby zatrudnić „dziadków” po pięćdziesiątce? Trafiały się jakieś drobne fuchy na umowę zlecenie, dodatkowo ja szyłam, a mąż chałturzył u sąsiadów, ale to była kropla w morzu potrzeb. Brakowało na czynsz i inne opłaty. Spółdzielnia monitowała i straszyła sądem, a PGE i PGNiG odcięciem prądu i gazu. Do tych dwóch ostatnich kapało się po parę groszy żeby widzieli dobre chęci i odpuścili. Długi firmowe nie malały, a prywatne rosły. Miałam szansę wyjechać do pracy za granicę, ale mama dostała zawału i musiałam zostać żeby się nią zająć. Jak trafiła mi się okazja na pracę w kraju, to przed zatrudnieniem tak fatalnie złamałam lewą rękę w nadgarstku (jestem mańkutem), że składali mi ją pod narkozą. Potem sześć tygodni gipsu. Po zdjęciu gipsu okazało się, że dopadło mnie, (a właściwie moją rękę) paskudne choróbsko o wdzięcznej nazwie zespół Sudecka. Groziła mi martwa dłoń. O szyciu mogłam zapomnieć. Rehabilitacja trwała rok.

W dwutysięcznym czwartym roku przeszłam na wcześniejszą emeryturę i wtedy wkroczył komornik. Zostawało mi niewiele, ale stały grosz cieszył, a długów ubywało. Nadal żyliśmy nad wyraz skromnie, ale już nie planowałam wyjazdu za pracą, bo mama coraz bardziej podupadała na zdrowiu. Byłam jej potrzebna na co dzień. Odeszła w 2006 r. Na temat kłopotów, jakie miałam ze strony rodziny (zwłaszcza siostry) w związku z formą pochówku napisałam parę słów w poście pt. „Moja siostra katoliczka” – 01.05.2011r

Po koniec 2006 r. mąż przeszedł na emeryturę. Przybyło pieniędzy. Nadal żyliśmy bardzo skromnie, ale przyśpieszyłam spłatę długów. Miałam świadomość, że przed nimi nie ucieknę i nie chciałam żeby wisiały nade mną do końca życia. W połowie 2008 roku, szok i niedowierzanie – mąż jest chory na raka. Lekarze dawali mu kilka miesięcy życia. Walczyliśmy w nadziei, że uda się pokonać chorobę. Teraz, gdy zaczynaliśmy wychodzić na prostą i mogliśmy spokojnie dalej żyć? To nie mogło tak się skończyć. W grudniu spłaciłam resztki długów. Dziewiątego marca następnego roku umarł mąż. Jego śmierć, jak każdego członka rodziny była traumą. Jednocześnie jego śmierć zakończyła serię złych zdarzeń jakie działy się w moim życiu przez kolejnych trzynaście lat. Tak, jakby los zdecydował, że wystarczająco mi dokopał i może sobie odpuścić.

Przez ostatnich dziewięć lat moje życie płynie tak spokojnie. Wszystko układa się pomyślnie. Zdrowie, relacje w rodzinie i z otoczeniem, finanse. Z tymi ostatnimi, to może szału nie ma, ale w końcu jakoś sobie radzę. Jest dobrze. Chciało by się powiedzieć chwilo trwaj wiecznie.

 

 

 

 

 

Moi malutcy towarzysze codzienności

 

                                              Ta biała chmura to bąbelki z filtra

Było już o moich kotach, o psince, to dziś kolej na rybki.

Akwarium zostało mi w spadku po mężu. Mąż hodował sobie rybki, a mnie to wcale nie interesowało. Gdy odszedł, nie wiedziałam co z tym fantem zrobić. Nie miałam go komu dać, a jednocześnie nie wyobrażałam sobie, że mogę ot, tak po prostu wyrzucić te maleńkie stworzenia np. do wc. Postanowiłam więc, że się nimi zajmę dopóki nie znajdę chętnego.

Z czasem nauczyłam się jak je pielęgnować i tak się do nich przywiązałam, że już nie wyobrażam sobie pokoju bez tego szklanego zbiorniczka z kolorowymi istotkami w środku. Lubię obserwować jak płynnie, z wdziękiem ganiają się w wodzie i jak na wyścigi podpływają pod powierzchnię wody po świeżo sypniętą karmę.

Przez wszystkie lata, od kiedy prowadzę to akwarium, przewinęły się przez nie różne gatunki rybek. Miałam więc okazję obserwować jak różne mają zwyczaje, zachowania i charaktery. Tak. Charaktery też. Jedne mają naturę awanturniczą, inne spolegliwą. Przyjaźnią się i nie lubią. Są towarzyskie lub wolą samotność.

Jakiś czas temu zaskoczyły mnie swoim zachowaniem mieczyki. Oprócz innych rybek z całej gromadki mieczyków zostały mi wtedy tylko trzy – dwie samiczki i samiec. Samiec był słaby i siedział tylko przy dnie. Szykował się do odejścia. Pewnego ranka wrzuciłam im jak zwykle karmę i obserwowałam jak zabierają się do jedzenia. Samiczki podpłynęły do góry i nie zaczęły jeść, tylko obie zanurkowały do swojego towarzysza i poszturchując delikatnie zaczęły go wyraźnie namawiać, żeby wypłynął z nimi do góry. Niestety. Bez skutku. Zostały z nim jeszcze chwilę zanim odpłynęły.

Wzruszyłam się na ten widok. Czym się kierowały? Instynktem? A może jednak było to coś więcej? My, ludzie odmawiamy zwierzętom posiadania uczuć, ale tak w gruncie rzeczy, to co my możemy wiedzieć jakimi rodzajami emocji obdarzyła natura (Bóg?) inne żywe istoty. Bo dziś już udowodniono,że rośliny też mają uczucia. Jedne lubią swoje towarzystwo, a inne przeciwnie. Czują strach i ból.

Więc jak to jest? Wygląda na to, że wszystkie formy życia posiadają jakąś świadomość, i wcale do tego nie jest potrzebny mózg.

Umiesz liczyć, licz na siebie………

Dziś był taki piękny dzień, a ja prawie cały spędziłam przy maszynie do szycia. Miałam kilka przerw na spacery z psinką. Resztę czasu szyłam.

Dorabiam sobie w ten sposób do emerytury. Robię drobne poprawki. Skracam, wydłużam, zwężam, poszerzam, wstawiam, przerabiam i poprawiam po zawodowych krawcowych. Czasami dam się uprosić i uszyję coś od podstaw, choć rzadko. Nie mam już cierpliwości. No i oczy nie te.

Jestem amatorką, ale dobrą w tym, co robię, więc klientek mi nie brakuje. Są to koleżanki i sąsiadki. Wpada jedna z drugą i już od progu woła, że ona potrzebuje na już. Najlepiej na przedwczoraj. Bo imieniny, urodziny, ślub, komunia………. i nie ma się w co ubrać. To skurczyło się w praniu i zrób tak, żebym wyglądała jak modelka – mówi do mnie kobietka o parametrach Doroty Wellman. Biorą mnie pod włos komplementami – „bo nikt mi nie zrobi tego, tak jak ty”. Ostatnio rozbroiła mnie koleżanka, która przyszła niespodziewanie z ciuszkiem, który oczywiście powinien być gotowy tydzień temu i prośbą, żebym się zaraz za to wzięła argumentując: „zobacz, to taka drobna przeróbka – chwila, moment i gotowe – co to dla ciebie”.

Trochę się zirytowałam, bo powiedziała to osoba, o której mąż mówi, że do niedawna nie umiała przyszyć guzika do koszuli. Poprosiłam ją więc, że skoro to „chwila, moment”, to się umówimy, przyjdzie do mnie i będę to robić przy niej. Przychodziła przez trzy dni na kilka godzin i dopiero dotarło do niej, ile pracy trzeba było włożyć, żeby ta jej kreacja nadawała się do założenia.

Nie będę wchodzić w szczegóły, ale ktoś, kto ma trochę pojęcia o szyciu, wie jakie to jest pracochłonne zajęcie. Szczerze mówiąc mam już serdecznie dość i chętnie rzuciłabym w diabły to dorabianie, ale na chwilę obecną jeszcze nie mogę sobie na to pozwolić. Emerytura wystarcza mi na bieżące opłaty i skromne utrzymanie, ale odłożyć nie ma z czego. Muszę mieć dodatkowych parę groszy, bo nigdy nie wiadomo co przyniesie następny dzień. Mieszkanie po remoncie, ale część wyposażenia ma swoje lata i w każdej chwili może coś się popsuć. Zresztą na bieżąco bez przerwy coś nawala. Co mogę, naprawiam sama, ale pewne rzeczy muszę zlecić i zapłacić.  Skąd wtedy na to wezmę? Nikt mi nie da jak sobie nie zarobię. Niestety, w moim przypadku, osoby samotnej, przysłowie z tytułu jest bardzo aktualne. Dorabiam więc, i proszę Boga aby tylko zdrowia starczyło.

Tylko jak długo jeszcze? Tusk byłby ze mnie dumny.

Dlaczego?!!

Wczoraj miałam napisać lekki, o wiosennym zabarwieniu post, stąd zdjęcia z tymi pięknymi kwiatami. Fajnie się zaczęło, ale musiałam się oderwać, bo psinka zaczęła sygnalizować, że na nią już pora………. Jak mus, to mus. Postanowiłam, że będę kontynuować jak wrócimy ze spaceru. No i jak wróciłyśmy, to wenę diabli wzięli. Byłam tak wściekła, że ciąg dalszy byłby daleki od pierwotnych założeń i w dodatku pełen inwektyw.

Dziś będzie inny temat, ale zdjęcia tych pięknych wiosennych kwiatów zostawiam na pocieszenie, że są na moim osiedlu urocze miejsca, gdzie ludzie ze swoimi psami nie mają wstępu. Są to przyblokowe ogródeczki ogrodzone niskimi płotkami, a w tych ogródeczkach od wiosny do jesieni cieszą oko kwitnące kwiaty. Nie jest to widok nagminny, bo na ok. trzydzieści bloków, tylko kilka za sprawą swoich mieszkańców otoczonych jest kolorowymi wysepkami i dlatego lubię pójść na spacer w tamtym kierunku żeby nacieszyć oko i duszę. A reszta? No cóż…… Im większy blok, tym gorzej.

Ale po kolei. Co mnie tak wczoraj wyprowadziło z równowagi? Otóż, jak tylko wyszłam z klatki na chodnik, od razu poślizgnęłam się na psim gównie. Pośrodku chodnika, metr od wejścia do bloku jakiś prymityw zostawił to, co jego pies narobił. Szlag mnie trafił. Było ciemno. Nie zauważyłam. Zresztą czy ja robiąc dwa kroki od drzwi wejściowych mogłam się spodziewać takiej „niespodzianki”?  Nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem, skąd u mieszkańców mojego osiedla (chyba nie tylko mojego) taka awersja do sprzątania odchodów po swoich pupilach. Z pozoru kulturalni ludzie spacerując ze swoimi podopiecznymi celowo chyba w tym czasie obserwują niebo udając, że nie wiedzą jak pies się załatwia gdzie popadnie. Wstydzą się schylić żeby posprzątać, czy brzydzą? Teraz, gdy nie ma już śniegu, a trawa jeszcze nie urosła aż rzuca się w oczy ile „tego” jest wzdłuż chodników. A spróbuj zwrócić uwagę. Obraza majestatu. Byłam świadkiem, jak właściciel labradora na grzeczną prośbę żeby sprzątnął to, co jego pies zostawił, zareagował tak chamską agresją że przysłowiowy szewc, to przy nim pikuś.

Jakiś czas temu stałam na balkonie, i miałam okazję zaobserwować,jak pani z bloku naprzeciwko wychodziła na spacer ze swoim dużym psem. Zatrzymała się w drzwiach i pozwoliła, żeby pies wysikał się na ścianę wiatrołapu. Zrobiła dwa kroki do przodu, tyle że pies dosięgnął trawnika po drugiej stronie chodnika i spokojnie czekała aż zrobi „resztę”, po czym zawróciła do domu. To niestety jeden z licznych bloków, gdzie wzdłuż „kwitną” kwiatki szczególnej odmiany. DLACZEGO LUDZIE TAK POSTĘPUJĄ?! Jak dużo czasu musi jeszcze upłynąć, żeby zrozumieli że to świadczy o ich braku kultury osobistej.

Dorośli to pokolenie stracone dla tej sprawy. Nie mają nawyku i nie czują potrzeby utrzymania czystości na osiedlu w tym zakresie. Nie uczą więc tego swoich dzieci. Widzę przecież jak dzieciaki hasają ze swoimi pieskami po trawnikach i pozwalają im na to samo, co ich rodzice. I koło się zamyka. Rośnie kolejne pokolenie ignorantów, które wzorem rodziców udaje, że nie widzi……. Czy to się kiedyś zmieni? Mnie się wydaje, że jedyna skuteczna metoda, to edukacja od najmłodszych lat. Od przedszkola poprzez szkołę podstawową. Dużo pogadanek i akcji uświadamiających, żeby już małym dzieciakom zakodowały się wzorce właściwego postępowania. Bo czym skorupka za młodu nasiąknie…………

Dogonić marzenia

            Wyobraźnia, to jeden z najwspanialszych darów jakim Stwórca obdarował ludzki mózg. To dzięki zdolności do wyobrażania sobie, fantazjowania i wizualizowania marzymy.

Marzymy od małego dziecka. Wyobraźnia dziecka nie zna ograniczeń i słowa niemożliwe. Gdy miałam około pięciu lat, ja i siostra dostałyśmy w prezencie lalki. Ona dużą, smukłą, z długimi włosami w ładnej sukience, a ja lalkę dzidziusia. Gołego, z łysą główką i krzywymi nóżkami żeby mógł siedzieć. Na początku było mi przykro, bo wszystkie koleżanki piały z zachwytu nad lalką siostry, a na moją nikt nie spojrzał. Z czasem pokochałam ją. Wyobrażałam sobie, że to jest moje dziecko. Dziewczynki tak się przecież bawią. Siostra nie chciała bawić się ze mną w rodzinę, ani nie pozwalała dotknąć swojej lalki, więc wymarzyłam sobie rodzinę dla mnie i mojego Naguska. Były to żywe lalki/ludziki, które poruszały się i mówiły. Miały swój dom i ja z moim „synkiem” chodziliśmy do nich w odwiedziny, albo oni przychodzili do nas. Na złość siostrze przychodziła do nas w odwiedziny również jej lalka. Oczywiście w tajemnicy przed nią. Świetnie się bawiłam. To był mój zaczarowany świat do którego poza mną nikt nie miał dostępu.

Gdy miałam kilkanaście lat, marzyłam chyba na okrągło. Zakompleksiona na punkcie swojego wyglądu i nieśmiała, nie akceptująca siebie na jawie, uciekałam w świat marzeń. Będąc ciemnowłosą „tyczką od fasoli” o szarych oczach, stawałam się piękną dziewczyną z przeczytanego właśnie przedwojennego romansidła otoczoną wianuszkiem adoratorów, a wśród nich, oczywiście ten, w którym się skrycie podkochiwałam. Miałam wtedy trzynaście lat i był w mojej klasie chłopiec do którego czułam szczególną sympatię. Oczywiście on za żadne skarby nie mógł się o tym dowiedzieć, bo spaliłabym się ze wstydu. Na jawie uciekałam przed nim, a w marzeniach chodziliśmy na spacery, na lody i uczyliśmy się razem. Przeszło mi, gdy obejrzałam jakiś film z Alainem Delonem. Potem było zauroczenie Jeanem Paulem Belmondo, a na końcu po obejrzeniu „Przeminęło z wiatrem” długo byłam pod urokiem męskiego i opiekuńczego Rhetta Butlera którego grał Clark Gable. Miałam siedemnaście lat, gdy poznałam chłopaka z krwi i kości, który w przyszłości został moim mężem i miraże z fikcyjnymi postaciami prysnęły jak bańka mydlana. Zaczął się etap marzeń mających szansę na spełnienie.

Jak wspomniałam wcześniej, we wczesnej młodości byłam osobą nieśmiałą i mocno zakompleksioną. Wycofana, a jednocześnie bardzo pragnąca przyjaźni i powszechnej akceptacji. Marzyłam o tym, żeby mnie wszyscy lubili. Nie błyszczałam elokwencją, ale uśmiechałam się do wszystkich licząc na wzajemność. Jeśli ktoś nie oddał uśmiechu, to zamartwiałam się, że mnie nie lubi. Potrzebowałam bardzo dużo czasu, żeby zrozumieć, że brak uśmiechu nie oznacza odrzucenie, i że w życiu nie ma tak, że wszyscy wszystkich lubią.

Gdy człowiek wchodzi w dorosłe życie, zaczyna pracę i zakłada rodzinę zmienia się hierarchia marzeń. Zaczynamy snuć marzenia związane z zaspokojeniem naszych codziennych potrzeb. Marzymy o lepszej pracy, o wyższych zarobkach, o powrocie do zdrowia gdy dopadnie paskudna choroba nas, lub kogoś nam bliskiego. Jedne się spełniają. Inne nie. Miewamy również marzenia utopijne. Takie, o których wiemy, że nigdy się nie spełnią, ale są jednym ze sposobów na oderwanie się od szarzyzny dnia codziennego. Ja wymarzyłam sobie dom. Dawno temu, w latach dziewięćdziesiątych będąc przejazdem w jakiejś małej miejscowości zobaczyłam na bramie ogłoszenie o domu na sprzedaż. Choć nie planowaliśmy kupna domu, coś kazało mi się zatrzymać i go zobaczyć. W dużym, starym parku jakieś 100 m od bramy, na końcu alei wysadzanej z obu stron smukłymi topolami stał mały dworek. Na poły zrujnowany, ale i tak uroczy ze swoją proporcjonalną sylwetką i gankiem z kolumnami. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Zaczęłam o nim marzyć. Wyobrażałam sobie, że jest mój i w każdej chwili mogę w nim zamieszkać. Każdego wieczora przed zaśnięciem najpierw go remontowałam, a potem urządzałam. Gdy wszystko było gotowe, spędzałam w nim każdą wolną chwilę. W pogodne dni spacerowałam po parku. W deszczowe i zimne siedziałam w saloniku przy kominku, lub szłam na górę do pokoju – biblioteki i czytałam siedząc w wygodnym fotelu owinięta ciepłym pledem. Przez lata wizualizacji znałam każdy kąt w moim wyimaginowanym domu i każde drzewo w parku. Przez -naście lat we wszystkie nie przespane noce przenosiłam się do mojego domu z marzeń, żeby choć na chwilę zapomnieć o tym, co mnie spotkało mijającego dnia, i co mnie czeka, gdy wstanę rano. Bo tamte lata, to była kumulacja złego jakie może się zwalić na jedną rodzinę. Pod każdym względem.

„Wyprowadziłam” się z tego domu, bo przestał mi być potrzebny, gdy mąż przeniósł się do Krainy Wiecznej Szczęśliwości. Zostałam sama i musiałam sobie od nowa poukładać życie w realu. Gdy pozbierałam się trochę do kupy, postanowiłam, że zrobię remont mieszkania, bo to było od lat marzenie nas obojga, którego nie udało nam się dogonić za Jego życia. Remont kapitalny, bo po trzydziestu paru latach od wprowadzenia się wszystko zaczynało się sypać. Udało się. Mieszkam sobie ładnie, tak jak marzyłam. Czasami nachodzi mnie myśl, że gdyby teraz się tu zjawił, to by mu się podobało.

O czym marzę dzisiaj? Zawsze chciałam rysować i malować. Próbowałam nawet sama. Talentu wielkiego nie mam, ale myślę że jakieś kursy pod okiem nauczyciela pozwoliłyby mi opanować warsztat na tyle, że byłoby to fajne hobby. Gonię to moje marzenie od lat, i ciągle mi ucieka, bo najpierw brak czasu, a potem pieniędzy. Myślę, że już wkrótce je dogonię, bo wiem jak je zrealizować. A jak już dopnę swego, to co dalej? Roi mi się jeszcze kilka pomysłów. Żeby tylko życia starczyło……….

Kiedyś, gdzieś usłyszałam (a może wyczytałam?), że w pewnym wieku nie powinno się snuć planów dłuższych, niż dwa tygodnie naprzód. Ale ja przecież nie wiem ile mi zostało. Dwa tygodnie? A może dziesięć lat? Wolę więc mieć marzenia do spełnienia na dziesięć lat naprzód, niż nie mieć ich wcale.

 

Dzień, jak co dzień…………prawie

Trzeci dzień z dodatnimi temperaturami i zima szybko się wycofuje, Miejmy nadzieję, że tej wiosny już nie wróci.

Bycie na emeryturze oprócz licznych minusów (myśli o nieuchronnie zbliżającej się starości, narastające dolegliwości zdrowotne) ma jeden plus. Nie musi się człowiek nigdzie spieszyć. Nie muszę się zrywać wcześnie rano, bo do pracy na godzinę….. Nie ma więc znaczenia czy wstanę o 6-ej, czy o 9-ej. Nie miałoby, gdyby nie psinka. Dawniej,  miałam labę. Gdy była młodsza i zdrowa, na pierwszy spacer szłyśmy o 10-ej rano. To „se ne wrati”. Dziś najpóźniej o 8-ej, i to pod warunkiem, że wyjdę z nią ostatni raz ok. północy.

Nie narzekam, bo widzę, że niektórzy kursują ze swoimi pieskami już o 6-ej. Znaczy się, widziałam jak miałam nocną fuchę, z której właśnie o tej porze wracałam do domu. Fuchy już nie mam, więc wszystkie nocki w łóżku i mogę pobarłożyć do siódmej. Zawsze, zanim usnę i jak się obudzę, stwierdzam, że moja kanapa to najcudowniejszy wynalazek na świecie. Jak błogo jest się położyć pod miłą kołderkę. Jak trudno spod tej kołderki rano wyjść. Niestety jak mus, to mus.

Gdy już się wygramolę, marsz do kuchni na śniadanko i kawkę, bo w dołku ssie i mam niskie ciśnienie więc poruszam się na zwolnionych obrotach. Szczerze mówiąc, mój organizm olewa już te moje poranne próby wykiwania go, bo po tylu latach przyzwyczaił się i nie robi to na nim większego wrażenia. Zaś żołądek i wątroba stawiają veto. Tak, czy inaczej żłopię rano kawę, bo uzależniłam się od tego porannego rytuału. Potem, w ciągu dnia, wypijam jeszcze dwie, lub trzy. Dziś kawy było mniej, bo najpierw mi się ciśnienie wyrównało na zakupach, a jak wróciłam do domu i rzuciłam okiem na rachunek za gaz, który właśnie wyciągnęłam ze skrzynki to już niebezpiecznie poszybowało w granice wysokiego.

Ale po kolei. Po powrocie ze spaceru z psinką wyskoczyłam na zakupy. Najpierw do Lidla, bo mięso od szynki w promocji. Bardzo dobra cena, bo prawie dwa razy taniej niż normalnie. Nie kupiłam ,bo jak wzięłam porcję zapakowanego próżniowo mięsa do ręki, to stwierdziłam że jest tak naszprycowane wodą, że aż rzadkie. Nie będę płacić za wodę w mięsie, plus dodatki (sól?) żeby z niego nie wypłynęła. Przy kasie pani na mnie nakrzyczała, że nie wolno mi wynosić torebek na pieczywo, bo są tylko do użytku sklepowego. Nie pomogło tłumaczenie, że wybrałam je z koszy zostawionych przez klientów a przecież sklep i tak je wyrzuca. Pani że nie i już. Było mi głupio. Ludzie się gapią jakbym coś ukradła…. Do tej pory nikt mi nie czynił zarzutów z tego powodu. Było to nie pierwszy raz, bo ja te torebki zbierałam na odchody psinki. Po wyjściu z Lidla wpadłam do mięsnego po dobrą wędlinkę dla wnusi. Zawsze biorę tyle samo (na plasterki), więc wiem, ile mniej więcej waży, a tym razem ta sama ilość okazała się dwa razy cięższa. Zakwestionowałam wagę i poprosiłam o sprawdzenie. Nerwowy rzut i waga ta sama. Wagi są trzy, więc prośba o porównanie na drugiej. Pani ekspedientka poirytowana moim brakiem zaufania ustąpiła. Okazało się, że miałam rację. Znów nerwy, bo nie lubię takich sytuacji, ale przecież muszę walczyć o swoje. Ciekawe ilu klientów zostało przede mną „wykiwanych” przez tę niesprawną wagę?

Po powrocie do domu sięgam po fakturę wyrównawczą za gaz i na widok kwoty do zapłacenia pończochy mi opadły, za to ciśnienie mocno poszybowało w górę. No bo stoi jak byk, że muszę dopłacić drugie tyle, ile PGNiG zainkasowało ode w ub. roku za faktury zaliczkowe. Liczyłam że to będzie kilkadziesiąt złotych, a nie dziesięć razy tyle. Wzięłam się za „rozbieranie” tego rachunku na czynniki pierwsze. Godzinę zajęło mi analizowanie poszczególnych składników i porównywanie cen zanim w końcu wpadłam gdzie jest pies pogrzebany. Zawyżono mi zużycie gazu dopisując do stanu licznika drugie tyle, co  zużywam rocznie. Zadzwoniłam gdzie trzeba z reklamacją. Miła pani przyjęła do wiadomości i obiecała, że zrobią korektę. Ufffff. Odetchnęłam z ulgą. Ciekawa jestem co im teraz wyjdzie.

I na koniec.

Gdy wracałam ze znajomą z zakupów, zobaczyłyśmy siedzącego pośrodku trawnika faceta usiłującego dosięgnąć ręką najbliższego rachitycznego drzewka. Nie mógł wstać i liczył na to, że drzewko mu w tym pomoże. Obserwowałyśmy go przez chwilę zastanawiając się, czy jest chory, czy pijany. Była dwunasta w południe. Pomna jesiennego doświadczenia, gdy minęłam obojętnie gościa leżącego na ławce (wkrótce zabrało go pogotowie i dowiedziałam się, że facet zmarł), namówiłam znajomą, żebyśmy podeszły bliżej i zobaczyły co jest temu na trawniku. Okazało się, że jest pijany w cztery d..y, ale skoro już byłyśmy obok, to postanowiłyśmy, że pomożemy mu wstać i dojść do chodnika. Postawiłyśmy go na nogi, a ponieważ ruszył przed siebie, to zostawiłyśmy go. Odeszłam kilka metrów i obejrzałam się jak sobie radzi. Leżał z powrotem, tylko poza zasięgiem drzewka. Pomyślałam sobie złośliwie, że pal licho pijaka (niech mu dupa marznie na własne życzenie), ale przynajmniej drzewko ocalało, bo gdyby go dosięgnął, to by pewnie wyrwał z korzeniami. Mam nauczkę na przyszłość. Pomagać zdalnie, czyli po prostu wezwać odpowiednie służby.

Czy nie szkoda by było tego młodziutkiego drzewka?

Czy wierzyć w cudy?

 Co to są cudy. 
  1. Wg Wikipedii są to niewyjaśnione i niezbadane zjawiska, nie do pojęcia dla rozumu ludzkiego.
  2. W religii katolickiej cud oznacza wydarzenie nieprawdopodobne, wywołane z intencji Boga i zakładające Jego zaangażowanie.
Jak się tak zaczęłam zastanawiać nad tymi dwiema definicjami,
to doszłam do wniosku, że obie mają punkt zbieżny. A jest nim pierwszy cud jakim było powstanie Wszechświata.
Wg nauki, nasz Wszechświat powstał w wyniku Wielkiego Wybuchu – a zdaniem niedawno zmarłego naukowca astrofizyka i kosmologa Stephena Hawkinga przed Wielkim Wybuchem nie było nic. Skoro coś powstało z niczego, to czy to nie cud?
Wg Biblii wyraźnie stoi, że to Bóg stworzył Świat i też przedtem nic nie było, więc to był pierwszy cud uczyniony przez Boga.
Idąc dalej tym tropem, to co prawda naukowcy wiedzą już, jak po Wybuchu powstały gwiazdy, planety, księżyce i całe galaktyki, wiedzą z jakich pierwiastków są zbudowane i jak działa ten cały „kosmiczny kram”, ale nie wiedzą skąd wzięło się na ziemi życie. Istnieje wiele teorii co do jego początków, ale tak do końca to nic nie wiadomo. I czy to nie cud, że w ogóle powstało ze wszystkimi jego formami akurat tu, na tej jedynej planecie w całym układzie słonecznym? A może to Bóg maczał w tym swe Boskie palce?
Z wszelkich form życia na ziemi niewątpliwie największym cudem natury (a może Boga?) jest człowiek z jego najlepiej rozwiniętym mózgiem i zdolnością do  koncepcyjnego myślenia oraz tworzenia skomplikowanych dzieł  na własny użytek. Nie jest to jednak cud doskonały, bo byłby równy Bogu. Bóg dając człowiekowi zdolności poznawcze postawił granicę, której nigdy nie przekroczymy. Na ogół nie wtrąca się do nas, ale od czasu do czasu interweniuje ze znanych tylko sobie powodów i jeśli nie rozumiemy dlaczego tak się dzieje, to nazywamy to cudem.
Czasami czytamy, lub słyszymy o nagłym, niezrozumiałym powrocie do zdrowia śmiertelnie chorego człowieka, który zdaniem lekarzy z racji zaawansowania choroby nie miał prawa przeżyć. Przeżywamy szok i niedowierzanie na wieść o katastrofie lotniczej w której ginie sto kilkadziesiąt osób, a jedna wychodzi żywa. Nie rozumiemy jak to możliwe. I w jednym i w drugi przypadku można mówić o cudzie. To Bóg zdecydował że mają żyć dalej, bo takie miał wobec nich plany.
Opowiem jeszcze o dwóch przypadkach, które wydarzyły się w moim życiu, z których pierwszy nazwę cudem, a drugi…….. chyba też.
-Pierwszy, to był wypadek samochodowy mojej córki. Był mroźny styczniowy dzień 1996 r. Późnym popołudniem córka poprosiła mnie, żebym jej udostępniła samochód, bo chciała skoczyć do koleżanki po jakieś notatki. Zgodziłam się, ale poprosiłam żeby szybko wracała bo będę się denerwować. Obiecała, że tak zrobi. Po dwóch godzinach czekania byłam już na nią mocno zła i obiecałam sobie, że jak wróci, to dostanie niezły wycisk. Nagle zadzwonił telefon i pan przedstawiając się, że dzwoni z policji prosił żebym przyjechała (tu podał adres) bo córka miała wypadek. To było ok. kilometra od naszego domu, więc pognałam pieszo. Dotarłam na miejsce i na widok tego, co zobaczyłam nogi się pode mną ugięły. Samochód był zawinięty jak rogalik na słupie oświetleniowym. Słup stał w miejscu fotela kierowcy, a zmiażdżony fotel zepchnięty na siedzenie pasażera. Córki nie było. Powiedzieli mi tylko, że żyje i została odwieziona do szpitala. Nie uwierzyłam im. Pojechałam do szpitala i miotałam się po izbie przyjęć wyobrażając sobie najgorsze. Chciałam ją zobaczyć i nie mogłam, bo ponoć była w tym czasie badana. Wreszcie przywieźli ją. Była przytomna – jej pierwsze słowa to było „przepraszam mamo”. A ja byłam wniebowzięta. Moje dziecko żyło i miało się nie najgorzej. Miała lekkie wstrząśnienie mózgu i trochę lekkich zadrapań. Uratował ją brak zapiętych pasów. Gdy samochód uderzył w słup drzwiami od strony kierowcy, siła uderzenia wyrzuciła ją na siedzenie obok, a potem chyba wypadła przez prawe drzwi. Gdyby miała zapięte pasy, słup by ją zmiażdżył. To był naprawdę cud.
-Drugie zdarzenie miało miejsce w 2006 r. W tym roku zmarła moja Mama. W kilka miesięcy później, w listopadzie był dzień imienin Mamy. Postanowiłam w tym dniu jechać na cmentarz. Kupiłam piękną czerwoną żywą różę i pognałam na przystanek MPK. Było lekko po południu, więc obliczyłam, że choć ze względu na odległość to wyprawa na dwie godziny, to powinnam się wyrobić przed zmrokiem. Nie wzięłam pod uwagę, że pogoda i komunikacja miejska popsuje mi szyki. Zaczął padać śnieg i nagle okazało się, że co drugi autobus wypada z rozkładu. Miałam dwie przesiadki i dzięki tym dwom zbiegom okoliczności, gdy dojechałam na ostatni przystanek przed cmentarzem zaczęło się ściemniać. Wysiadłam z autobusu. Śnieg sypał gruby i gęsty jakby się chmura oberwała. Byłam sama na drodze w tym białym tumanie. Tak mi się wydawało, bo nagle ni stąd, ni zowąd obok mnie zjawił się mężczyzna. Zapytał dokąd idę. Zaczęłam się bać, więc powiedziałam że do tego najbliższego domu, co są światła w oknach. Mężczyzna chciał mnie wziąć za rękę i wtedy zaczęła ogarniać mnie panika. Nagle poczułam, że oprócz nas dwojga, jeszcze ktoś tam jest. Nie widziałam tej osoby, ale czułam jej obecność i płynący od niej przekaz:”nie bój się-jesteś bezpieczna”. Mężczyzna wycofał się. Pozostał gdzieś z tyłu, a ja nie oglądając się (mimo wszystko tlił się we mnie niepokój) poszłam w kierunku cmentarza. Gdy przekroczyłam bramę, byłam już całkowicie spokojna. Nie bałam się, choć o tej porze byłam jedyną śmiertelniczką przemierzającą oświetlone alejki pokryte białym puchem. Dotarłam na miejsce, położyłam różę, postałam chwilę i zawróciłam po własnych śladach. Po powrocie do domu długo zastanawiałam się nad tym, co mnie spotkało i kim był mój niewidzialny Anioł Stróż. Za dwa tygodnie pojechałam już odpowiednio wcześnie, czyli w biały dzień (żeby nie prowokować losu). Zima odpuściła. Śnieg stopniał. Na grobowcu leżała czerwona róża (ta sama) piękna i świeża jakby przed chwilą ścięta z krzaka.