Remont kapitalny – pierwszy i ostatni raz

                  Mija ósmy tydzień historycznego remontu mojego mieszkania. Historycznego z dwóch powodów:

-po pierwsze wydaje mi się że zaczął się przed wiekami i nigdy się nie skończy

-po drugie zapamiętam go do końca życia.

Trzy lata temu przerabiałam remont łazienki i wc. Oj, dało mi w kość. Wtedy, za przyczyną fachowców. Teraz mam świetnego fachowca, ale cóż skoro pan jest jeden a do kapitalnego remontu pięć pomieszczeń o pow. ponad 50 m kw. Ktoś pomyśli że to nie taki imponujący metraż, ale każde z tych pomieszczeń ma po cztery ściany. Trzy pokoje mam już na gotowo. Przedpokój częściowo (jest podłoga z gresu przypominającego wyglądem deski którą się wszyscy zachwycają). Od wczoraj pan Adam szaleje w kuchni. Jeszcze czuję w ustach smak pyłu betonowego a w uszach pobrzmiewa huk młota udarowego (było zrywanie starej glazury i rycie rowków pod nową instalację elektryczną). Jutro ma być dzień cichych robót. I dzięki Bogu. Jestem już bardzo, bardzo zmęczona tym wszystkim. Za długo to trwa jak na moje nerwy. Doszłam do wniosku, że tylko masochista funduje sobie doznania które są aktualnie od kilku tygodni moim udziałem. Ja masochistką nie jestem. Po prostu nie miałam wyjścia. Chciałam remontu, to go mam choć zakres bajzlu z tym związany przerósł moją wyobraźnię. Jestem w rozkroku emocjonalnym. Z jednej strony chciałabym żeby pan Adam pracował po 24 godz. na dobę żeby mieć to już za sobą. Z drugiej strony obwiniam go podświadomie za wszystkie niedogodności mojego aktualnego bytowania i gdy zbliża się godzina jego przyjścia do pracy to się irytuję, a pod koniec jego dniówki nie mogę się doczekać kiedy sobie pójdzie. Podziwiam go jak można tak ciężko zasuwać niemal bez odpoczynku przez dziesięć godzin dziennie i jednocześnie mam mu za złe że nie pracuje godzin dwanaście. Wiem że to idiotyczne i nielogiczne z mojej strony ale nic na to nie poradzę. Tak mam na chwilę obecną i już. Przejdzie mi gdy to się skończy. Na moje oko będę mogła urządzić symboliczną parapetówkę za jakieś dwa tygodnie. Obiecałam sobie że się chyba z radości upiję?!

I to by było dzisiaj na tyle.

 

Reklamy

Jak przeżyć remont i nie zwariować ?

Piszę w pracy, bo o dziwo dziś mam internet i to nieźle brykający co zdarza się niezwykle rzadko. W domu nie mam czasu, ani warunków. Wbrew moim obawom wyrażanym w poprzednim tekście mój Pan Fachowiec Wysokiej Klasy zgłosił się punktualnie o ósmej rano w umówionym dniu i przystąpił do działania. Trzeba przyznać, że zasłużył na swoją opinię. Jest solidny, pracowity, doskonale zorganizowany, no i zna się na swoim fachu. Ma tylko jedną wadę. Nie umie się rozdwoić. Choć uwija się jak przysłowiowa mróweczka codziennie przez dziesięć godzin, to na efekt końcowy remontu będę musiała poczekać conajmniej do końca sierpnia – jeśli nie dłużej. Szczerze mówiąc, to choć z góry przyjęłam że będzie to remont generalny, to zakres robót przerósł moją wyobraźnię. Cokolwiek mój Fachowiec Wysokiej Klasy (czyli pan Adam) by nie ruszył (poza murami) wymaga zdjęcia, zerwania, wyrwania do betonu żeby zrobić to od nowa. Tak więc zaczął się czwarty tydzień mojego życia w tumanach kurzu, zwałach gruzu, prętów zbrojeniowych i desek ze starej boazerii. Remont o takim zakresie w urządzonym i zamieszkałym mieszkaniu to istny horror. Przesuwanie mebli z pokoju do pokoju (niektóre trzeba było rozbierać bo nie mieściły się w drzwiach), przenoszenie paczek i worków z wszelkim dobrem nagromadzonym na przestrzeni lat.  Dopóki to wszystko leży na półkach pochowane w szafach i szafkach to jakoś tego nie widać. Przy pakowaniu człowiek ma wrażenie, że te wszystkie rzeczy się rozmnożyły. Obiecuję sobie, że już po remoncie zrobię przegląd mojego majątku ruchomego i pozbędę się jego części ale czy wytrwam w tym postanowieniu? Już przed, wzięłam się za segregację rzeczy ale nic z tego nie wyszło. Tak długo zastanawiałam się co wyrzucić a co zostawić, że zabrakło mi czasu. Potem ładowałam już wszystko jak leci żeby tylko zdążyć stworzyć panu Adamowi   warunki do rozpoczęcia pracy. Mam nauczkę, bo teraz noszę z kąta w kąt i z pokoju do pokoju niepotrzebne dziesiątki kilogramów. Może chociaż troszkę schudnę dzięki tej przymusowej gimnastyce, bo ku mojemu niezadowoleniu przez ostatnie trzy tygodnie  przybyło mi w talii (i nie tylko tam). To skutek zajadania remontowego stresu wielkimi ilościami łakoci. Ja przybieram na wadze a moje zwierzęta (pies i kot) chudną. Wystraszone hukiem pracujących na przemian urządzeń kująco-tnąco-wiercących nie chcą jeść, chowają się po kątach i nie pokazują się aż pan Adam zamknie za sobą drzwi. Ostatnio jednak zrobiły wyjątek. Oboje postanowiły ni stąd, ni zowąd zabawić się w gwiazdy i wylazły ze swoich schowków coby odbić swoje łapki w świeżej wylewce na podłodze w pokoju. Oj, nie był pan Adam zachwycony. Ja też nie. Zwierzęta w domu w trakcie remontu to dodatkowy kłopot. Nie mam ich komu dać na przechowanie, więc musimy się razem przemęczyć. Pocieszam się, że kiedyś się ten bajzel skończy i będę sobie ładnie mieszkać. Tylko cierpliwości.