Módl się i pracuj, a garb ci sam wyrośnie

      Z racji, że w domu nie bardzo mam czas bawić się komputerem poprosiłam mojego pracodawcę o udostępnienie mi internetu przez wifi. Zgodził się i od dzisiaj mam nadzieję uda mi się chociaż raz w tygodniu coś „skrobnąć” na blogu. Mam nadzieję to wielkie słowo, bo nie dość że sprzęt mam nie najnowszej generacji i co rusz mi się zawiesza to i sygnał jest tu słabiutki i muszę czekać w nieskończoność na otwarcie się jakiejkolwiek strony. Ale skoro udało mi się zalogować, to spróbuję coś napisać. Piszę więc w pracy. No bo jak jest pracodawca, to i praca. Prawda? Moja praca to trzy nocne dyżury w tygodniu polegające na czuwaniu przy telefonie. Nie jest to zajęcie specjalnie absorbujące bo i telefon rzadko się odzywa ale…… te noce. Siedzieć osiem godzin przy biurku…. pupa robi się płaska a kręgosłup protestuje (w miarę upływu czasu coraz energiczniej) domagając się zmiany pozycji z pionowej na horyzontalną. Tak od drugiej w nocy to i szare komórki buntują się przeciwko czuwaniu. Wymyśliłam więc sobie, że jak wezmę do pracy komputer to czas prędzej mi zleci. Nic z tego. Głowę to ja może oszukam – ciała się nie da. W końcu mam swoje lata. Tydzień temu skończyłam 65. Jestem więc na zasłużonej perelowskiej emeryturze i czas byłoby odpocząć. No właśnie………perelowskiej. I tu jest pies pogrzebany. Wszyscy z mojego pokolenia wiedzą jakie te emerytury są (poza nielicznymi wyjątkami). Od pierwszego do pierwszego starcza (w moim przypadku bo jeszcze nie wydaję na leki), ale odłożyć nie bardzo jest z czego. W dodatku wymarzył mi się remont dalszej  części mieszkania (zaczynam w lipcu). Testuję więc na sobie dobrowolnie ustawę pana premiera Tuska o przedłużeniu wieku emerytalnego do 67 roku życia ciesząc się że jeszcze ktoś zechciał mi dać jakieś płatne zajęcie. Źle powiedziane. Cieszyłam się gdy się zatrudniałam, ale byłam parę lat młodsza. Dziś mam serdecznie dosyć. W moim wieku to się powinno noce spędzać w łóżku a nie na krzesełku. Już wyobrażam sobie te rzesze kobiet i mężczyzn po 65-tym roku życia (a właściwie nie wyobrażam) pracujące na „pełnych obrotach” czy to fizycznie, czy umysłowo jeśli będzie to praca wymagająca siły, zdrowia, czy koncentracji. Mam wrażenie, że pokolenie moich dzieci prędzej się „sypnie” pod względem zdrowia niż nas starych. Wszechobecny stres związany z pracą (jeśli się ją ma) i przeciążenie obowiązkami, niepewność jutra (czy ta praca będzie), stres związany z brakiem pracy i brakiem perspektyw zawodowych spowoduje, że wcześniej czy później przyjdą choroby. Tymczasem nasza służba zdrowia nie nadąża. Owszem jest postęp jeśli chodzi o wiedzę medyczną, coraz skuteczniejsze metody leczenia, coraz nowocześniejszy sprzęt. Co z tego. Zawodzi element ludzki. Gdy się czyta i słyszy w mediach (tudzież bezpośrednio od rodziny i znajomych-mam również osobiste doświadczenia) o arogancji i lekceważącej postawie wobec pacjentów wielu (zbyt wielu) przedstawicieli personelu medycznego niezależnie od szczebla to odnosi się wrażenie, że tę nację toczy rak. W polskich warunkach chorobę rzadko kiedy uleczalną. 

W zasadzie nikt tu nie zagląda, ale gdyby przypadkiem przeczytał ten tekst ktoś, kto miałby powód żeby się obrazić, to powiem tak. Na pewno jest wiele osób które swój zawód wykonują z poświęceniem i dla dobra pacjentów. Niestety z naszą służbą zdrowia jest jak z przysłowiową beczką miodu której smak psuje łyżka dziegciu – tylko że w tej beczce to nie jest łyżka, tylko całe wiadro. 

 

Reklamy