Trzynaście chudych lat.

              „Teraz ci ciężko, ale kiedyś się podniesiesz, zobaczysz. Może musiało się tak stać? Mówią, że człowiek sam kieruje swoim losem, ale to nie do końca prawda. Czasem ten los prowadzi nas bezdrożami bez naszej woli, przeczołga przez życie, rzuca kłody pod nogi, doświadcza okrutnie, jakby wystawiał człowieka na próbę i sprawdzał, ile jeszcze może znieść. Coś o tym wiem. – Pokiwała głową.”

Powyższy fragment, to cytat z książki, którą ostatnio przeczytałam pt. „Wyspy szczęśliwe” Wioletty Sawickiej. Tymi słowami stara, mądra kobieta pocieszała główną bohaterkę, której dotychczasowe życie legło w gruzach na skutek oszukańczych machinacji osoby wydawałoby się najbliższej, czyli jej męża. Fabuła jest fikcją literacką, ale stara kobieta – Marta która mówi te słowa jest postacią z krwi i kości, a to, co ją w życiu spotkało wydarzyło się naprawdę. Dla niej, żeby poznać jej losy, warto po tę książkę sięgnąć. To Marcie dedykowała autorka tę książkę, i ją uznałabym za równoległą do głównej bohaterki postać. Potworny koszmar, jaki przeżyła w ostatnich dniach wojny, kalectwo z tym związane i ciężkie nie do opisania lata młodości, gdy musiała się borykać z brakiem akceptacji otoczenia z powodu swojej ułomności nie odebrały jej pogody ducha, wiary w ludzi, i chęci niesienia pomocy innym. Miała szczęście, że w odpowiednim momencie życia pojawił się na jej drodze człowiek – lekarz, który nie tylko postawił ją fizycznie na nogi (w tym przypadku protezy), ale „uleczył” również śmiertelnie chorą duszę.

———————————————————————————————————————————-

Wracając do zamieszczonego na początku cytatu. Jak prawdziwe są to słowa przyzna każdy, kto borykał się z przeciwnościami losu. Chyba nie ma na świecie człowieka, który nie doświadczyłby w swoim życiu całej gamy wydarzeń pozytywnych i negatywnych, choć amplituda tych wydarzeń u każdego będzie przebiegać inaczej. Jedni mają szczęście przejść przez życie w miarę łagodnie, z drobnymi potknięciami. Życie innych, to ciąg katastrof i niepowodzeń z małymi tylko przerwami względnego spokoju. Do których ja bym się zaliczyła? Do 1996 r. do tych pierwszych. Potem, przez kolejnych trzynaście lat pełnych klęsk i niepowodzeń, strachu, rozpaczy, bólu, wstydu, upokorzeń – do drugich. Nie byłam w tym czasie bierna. Walczyłam, ale los raz, po raz rzucał mną o glebę, a gdy usiłowałam się podnieść, to dokładał solidnym kopem.

Ta czarna „trzynastka” zaczęła się na początku 1996 r. od wypadku samochodowego córki. Samochód co prawda poszedł do kasacji, ale ponieważ córka wyszła z niego cało, więc powiedziałabym, że to było ostrzeżenie ze strony losu. Tylko, gdyby nie to, że po nim ruszyła lawina. Trzy tygodnie później umarł mój syn. Za trzy miesiące po nim ojciec (rak). W marcu 1997 r. okazało się, że mama jest chora na raka. Na szczęście szybko wdrożone leczenie pozwoliło opanować chorobę. Od 1996 roku moja dotychczas nieźle prosperująca firma (jedyne nasze źródło utrzymania) zaczęła podupadać. Wykruszali się kontrahenci, malały obroty. Zyski odeszły w siną dal – pojawiły się straty. Wiedziałam gdzie jest pies pogrzebany (nieuczciwa konkurencja) i nic nie mogłam z tym zrobić. Żeby trochę podreperować finanse, postanowiłam sprzedać swój samochód i kupić coś tańszego (musiałam mieć środek lokomocji). I tu los pokazał na co go stać. Ponieważ ogłoszenia w prasie okazały się nieskuteczne, zdecydowałam, że pojadę na giełdę. Za pierwszym razem w przeddzień, rozchorowałam się i nic z tego nie wyszło. Na kilka dni przed drugim podejściem miałam wypadek. Gość zajechał mi drogę i uderzyłam w niego. Mnie nic się nie stało, ale samochód dość mocno ucierpiał. Facet szedł w zaparte, że to nie jego wina, ale zanim ostatecznie przegrał sprawę i mogłam ubiegać się o odszkodowanie minęło kilka miesięcy i samochód grubo stracił na wartości. Bo był powypadkowy i już o rok starszy. A firma miała się coraz gorzej. Trzecie podejście na giełdę. Przed wyjazdem wyszłam z psem na spacer i skręciłam nogę. Tym razem nie odpuściłam. Poprosiłam brata żeby mnie zawiózł i wreszcie sprzedałam ten nieszczęsny samochód. Część pieniędzy władowałam w firmę, a za resztę niedrogie używane auto. Długo się nim nie nacieszyłam. Ukradli mi go spod bloku po trzech tygodniach w nocy. Następnego dnia miałam jechać do t.u. ubezpieczyć go na AC. Kilka tysięcy poszło się bujać. Zresztą co tu dużo gadać. Wszystkie pieniądze poszły się bujać, bo próby ratowania firmy wszelkimi sposobami nie powiodły się, i w 2000 roku musiałam ją zlikwidować. Zostały długi, a w związku z tym sądy, wyroki, komornicy i egzekutorzy skarbowi którzy zaczęli mnie wkrótce regularnie nachodzić. Oni grzecznie (trzeba przyznać) czekali, bo wiedzieli, że i tak mnie dopadną jak będę miała stałe źródło dochodu. Miałam na głowie jeszcze jedną firmę, która mnie nie podała do sądu, bo się z nimi ułożyłam, że będę ich spłacać w określonych ratach w wyznaczonych terminach. Na tej umowie najbardziej mi zależało, bo terminowe wywiązanie się oznaczało umorzenie części zobowiązań. Żeby jej dotrzymać, wynajęliśmy w naszym trzypokojowym mieszkaniu dwa pokoje studentom.

Jak już wcześniej wspominałam, firma była naszym jedynym źródłem utrzymania, więc  gdy ją straciliśmy, zaczął się etap poszukiwania pracy. Bezskutecznie. Kto na początku lat dwutysięcznych, gdy bezrobocie sięgało kilkunastu procent chciałby zatrudnić „dziadków” po pięćdziesiątce? Trafiały się jakieś drobne fuchy na umowę zlecenie, dodatkowo ja szyłam, a mąż chałturzył u sąsiadów, ale to była kropla w morzu potrzeb. Brakowało na czynsz i inne opłaty. Spółdzielnia monitowała i straszyła sądem, a PGE i PGNiG odcięciem prądu i gazu. Do tych dwóch ostatnich kapało się po parę groszy żeby widzieli dobre chęci i odpuścili. Długi firmowe nie malały, a prywatne rosły. Miałam szansę wyjechać do pracy za granicę, ale mama dostała zawału i musiałam zostać żeby się nią zająć. Jak trafiła mi się okazja na pracę w kraju, to przed zatrudnieniem tak fatalnie złamałam lewą rękę w nadgarstku (jestem mańkutem), że składali mi ją pod narkozą. Potem sześć tygodni gipsu. Po zdjęciu gipsu okazało się, że dopadło mnie, (a właściwie moją rękę) paskudne choróbsko o wdzięcznej nazwie zespół Sudecka. Groziła mi martwa dłoń. O szyciu mogłam zapomnieć. Rehabilitacja trwała rok.

W dwutysięcznym czwartym roku przeszłam na wcześniejszą emeryturę i wtedy wkroczył komornik. Zostawało mi niewiele, ale stały grosz cieszył, a długów ubywało. Nadal żyliśmy nad wyraz skromnie, ale już nie planowałam wyjazdu za pracą, bo mama coraz bardziej podupadała na zdrowiu. Byłam jej potrzebna na co dzień. Odeszła w 2006 r. Na temat kłopotów, jakie miałam ze strony rodziny (zwłaszcza siostry) w związku z formą pochówku napisałam parę słów w poście pt. „Moja siostra katoliczka” – 01.05.2011r

Po koniec 2006 r. mąż przeszedł na emeryturę. Przybyło pieniędzy. Nadal żyliśmy bardzo skromnie, ale przyśpieszyłam spłatę długów. Miałam świadomość, że przed nimi nie ucieknę i nie chciałam żeby wisiały nade mną do końca życia. W połowie 2008 roku, szok i niedowierzanie – mąż jest chory na raka. Lekarze dawali mu kilka miesięcy życia. Walczyliśmy w nadziei, że uda się pokonać chorobę. Teraz, gdy zaczynaliśmy wychodzić na prostą i mogliśmy spokojnie dalej żyć? To nie mogło tak się skończyć. W grudniu spłaciłam resztki długów. Dziewiątego marca następnego roku umarł mąż. Jego śmierć, jak każdego członka rodziny była traumą. Jednocześnie jego śmierć zakończyła serię złych zdarzeń jakie działy się w moim życiu przez kolejnych trzynaście lat. Tak, jakby los zdecydował, że wystarczająco mi dokopał i może sobie odpuścić.

Przez ostatnich dziewięć lat moje życie płynie tak spokojnie. Wszystko układa się pomyślnie. Zdrowie, relacje w rodzinie i z otoczeniem, finanse. Z tymi ostatnimi, to może szału nie ma, ale w końcu jakoś sobie radzę. Jest dobrze. Chciało by się powiedzieć chwilo trwaj wiecznie.

 

 

 

 

 

Reklamy

Pożegnanie na „fejsbuku”

          Minęło ponad dziesięć miesięcy od mojego ostatniego wpisu. To szmat czasu. Co się u mnie zmieniło? Niewiele. A w moim otoczeniu? Cóż – odeszła Pani której poświęciłam ostatni post. Choć była tylko moją sąsiadką, jej śmierć zabolała mnie bo należałam do grona osób które pomagały jej i mocno ją wspierały w walce z tym wrednym choróbskiem. Zabolały mnie również okoliczności w jakich przyszło jej się rozstawać z tym światem. Na szpitalnym łóżku, sama – żadne z dzieci nie przyjechało do kraju za jej życia. Nawet na pogrzeb nie wszystkie dojechały. Najukochańsza córka na którą matka najbardziej liczyła pożegnała mamę na „fejsbuku”. Nie ukrywam że mocno mnie to zirytowało. Był moment że miałam ochotę mocno ją na tym fejsbuku zrugać. Odpuściłam, bo pomyślałam sobie że i tak nie zrozumie o co mi chodzi.

To smutne. Czy rzeczywiście nadchodzą czasy, że bezpośrednie kontakty między bliskimi członkami rodziny zastąpi komunikator internetowy? Kilka zdjęć, kilka słów, jakiś krótki filmik. To wszystko? A gdzie dotyk ciepłej dłoni, oddech przy twarzy gdy całujesz bliską osobę w policzek, oczy błyszczące emocjami? Sto razy napisane słowa „kocham cię mamo (tato, córko, synu…) nie zastąpią słów wypowiadanych bezpośrednio, bo ich moc jest zwielokrotniona poprzez przytulenie się i czułość wypisaną na twarzy i w oczach. 

Tego na pewno zabrakło Tej, która samotnie umierała na szpitalnym łóżku. 

Bezdomni też ludzie

Siedzi sobie człowiek w ciepełku i ma dylemat: wyjść już teraz z Psinką,czy za jakieś pół godziny. Za teraz przemawia rozsądek, bo już na dworze jest zimno jak diabli (minus trzynaście plus ten obrzydliwy przenikający do szpiku kości wiatr powodujący, że odczucie temperatury jest jakby było minus dwadzieścia pięć). Za pół godziny może być jeszcze zimniej. No ale właśnie w telewizorni zaczęły się „Gwiezdne wojny”. Bardzo chcę obejrzeć ten film. Chyba poczekam więc na przerwę reklamową. Psinka i tak nie wytrzyma dłużej niż trzy minuty. I to w ubranku. No ale jak się siedzi w ciepłym domu i to non stop pod kocykiem, to nawet kaftanik specjalnie nie pomaga na tę różnicę temperatur. Nie cierpię zimy. Nie cierpię mrozu i lodowatych wiatrów. Marzną mi nogi (szczególnie uda – choć pod spodnie zakładam rajstopy). Najgorzej znoszę jednak krótkie zimowe dni. Boleśnie znoszę mrok poranka (trudno mi wyjść z łóżka zanim się nie rozwidni – za to gdy się ściemnia o wpół do czwartej po południu najchętniej szła bym już spać). Na szczęście obowiązki mi nie pozwalają. Fajnie byłoby na te trzy zimowe miesiące wynieść się w inne klimaty. Cóż……. marzenie ściętej głowy.

Ale dosyć tego marudzenia. Zaczęła się przerwa reklamowa. Skorzystałam więc z okazji i wyskoczyłam z Psinką na dwór. Tak jak przewidywałam – jedno siknięcie i dyla do domu. Reklam ciąg dalszy trwa. Najbardziej cenię sobie w pilocie jeden guziczek – ten do wyłączania głosu. Super sprawa. Gdy nie słyszę o czym pieprzą aktorzy scenek mających mnie przekonać do tego czy owego mogę spokojnie patrzeć na ich idiotyczne miny i gesty.

Zdaje się, że nie był to najlepszy pomysł pisać tekst na blogu i jednocześnie oglądać tak interesujący film jak „Gwiezdne Wojny”. Coś na tym ucierpi.Albo będzie kiepski post, albo nie będę pamiętać połowy filmu. Jutro rano będzie sprawdzian.

Siedzę sobie w ciepełku, oglądam fajny film i odrywam się myślami do ludzi którzy gdzieś tam, w nieogrzewanej ruinie (szopie) usiłują przeżyć kolejną mroźną noc. Czy jutro z telewizji (internetu) znów się dowiemy o kolejnych śmiertelnych ofiarach zimy? Dwadzieścia siedem ofiar od listopada to dużo, czy mało? I ile jeszcze? Bo na dobrą sprawę zima dopiero się zaczyna. Czy ci ludzie muszą umierać? Czy nie da się tym śmierciom zapobiec? Niejeden powie, że ci ludzie są sami sobie winni skoro wybrali taki tryb życia czyli bezdomność. Na dobrą sprawę co my wiemy o tych ludziach poza tym co widzimy na pierwszy rzut oka- że  piją, żebrzą, są brudni i śmierdzą. Czy wybrali takie życie z własnej woli, czy życie ich do tego zmusiło? Jedni sami wybrali swój los – inni nie mieli wyboru. Tak, czy inaczej to są ludzie którzy żyją wśród nas. Kolejny rok gdy zaczyna się zima dowiadujemy się z mediów o jej śmiertelnych ofiarach. Czy da się temu zapobiec? Myślę, że gdyby samorządy wyciągnęły wnioski z tych ponurych statystyk to wielu ludzi udałoby się uratować. A może by tak wcześniej, przed nadejściem zimy przygotować dla tych ludzi noclegownie na większą skalę. Jakieś hale, świetlice. Wyposażyć w łóżka polowe albo materace. Dać coś do przykrycia. Żeby tylko w tych pomieszczeniach była dodatnia temperatura. Zachęcać tych ludzi do korzystania z noclegowni od samego początku nadejścia zimy, a nie jak teraz że zaczyna się szukanie ich po zimnych norach gdy śmierć zbiera już swoje zimowe żniwa. Mrzonki? Niekoniecznie. To jest do zrobienia tylko potrzeba odrobinę chęci i dobrej woli.