Powtórka z rozrywki, czyli znów urodziny

Tym razem mojej Najmłodszej Wnuczki. Gwiazdeczka w tych dniach skończyła siedem latek i znów babcia musiała stanąć na wysokości zadania, bo mała zastrzegła sobie, że tort musi być ładniejszy od tego zrobionego dla Najstarszej. Nie wiem, czy jest ładniejszy. Jest inny, i najważniejsze że został przez jubilatkę zaakceptowany

Moja zabawa z dekoracją tortów w stylu angielskim zaczęła się rok temu w związku z szóstymi urodzinami naszej rodzinnej Misski. Wtedy mała poprosiła, żeby na torcie były koniki i króliki. Nie chciałam, żeby były to plastikowe figurki (czy inne zabawki), zaczęłam więc szukać w necie, z czego jadalnego można by było zrobić te zwierzątka. I tak natrafiłam na setki stron pokazujących cuda, jakie można zrobić z plastycznej masy cukrowej. Postanowiłam spróbować i ja. W końcu nie święci garnki lepią. Nieprawdaż? Początki nie były łatwe. Pierwsza masa mi nie wyszła, i wylądowała w koszu. Druga była całkiem, całkiem, ale nie poradziłam sobie z uformowaniem przestrzennych zwierzątek. Zrobiłam więc płaskie, ale dziecko i tak było wniebowzięte. Efekt poniżej.

Pa, pa pa…… i tak to się zaczęło……. Spodobała mi zabawa z tą formą dekorowania tortów, a ponieważ jednocześnie zyskała uznanie moich najbliższych i znajomych, postanowiłam zgłębić tajniki tej metody i uczę się. Wydaje mi się, że czynię postępy. To ciągle amatorszczyzna, i daleko mi do mistrzów, ale w przyszłości? Kto wie. Jak już się porządnie naumiem, to może zamienię dorabianie szyciem (które już mi kompletnie zbrzydło) na robienie okolicznościowych tortów. Najbliższy pokaz, czy czynię postępy będzie w sierpniu, bo wtedy będą urodziny Średniej Wnuczki.

Reklamy

W dniu moich urodzin

Kwiaty od moich najbliższych

Wczoraj były moje n-te urodziny. Ponieważ wiedziałam, że moi milusińscy wybierają się do mnie, więc zaprosiłam ich na obiadek co by ich mieć w kupie o tej samej porze. Już w piątek wieczorem, sądząc naiwnie, że w niedzielę będzie chłodniej, wyciągnęłam z zamrażalnika i przełożyłam do chłodziarki kaczkę żeby się spokojnie rozmroziła. Chciałam ją upiec nadziewaną jabłkami na niedzielny obiad.

No więc wczoraj wstałam odpowiednio wcześnie, żeby nie zaniedbując spacerów z psinką wyrobić się z przygotowaniem obiadu na zapowiedzianą godzinę. Bo kaczka to nie wszystko. Jeszcze pierwsze danie, dodatki do kaczki, no i placek z truskawkami. Zdecydowałam, że tortu nie będzie, bo i tak na dniach będę robić tort na siódme urodziny Najmłodszej Wnuczki. Mała już sobie zastrzegła, że musi być piękniejszy niż ten Najstarszej („Jak ten czas leci” – 30.04), więc przede mną nie lada wyzwanie. Już obmyślam dekorację.

Ale wracając do tematu. Żeby się wyrobić na czas, uwijałam się jak w ukropie. Dosłownie, i w przenośni. No bo tak. Na dworze temperatura (termometr na północy – czyli w cieniu) dość szybko poszybowała w górę do 32 st. C, a u mnie, w mojej mikroskopijnej kuchni, to było chyba z pięćdziesiąt. Kilka godzin pracy wszystkich palników kuchenki plus piekarnik zrobiły swoje. Istny przedsionek piekła i raju w jednym. Piekła, bo gorąco jak diabli. Razem z moimi potrawami równolegle ja przypiekałam się (dwukrotny bezpośredni kontakt z nagrzanym piekarnikiem), odparowywałam ( pot lał mi się nie powiem gdzie) i dusiłam w sosie własnym. Raj, bo zapachy i aromaty przygotowywanych potraw. Wytrzymywałam w tej kuchni tylko z myślą o zadowoleniu moich bliskich. I warto było. Wyrobiłam się na czas. Jedzonko wszystkim smakowało. Placek (tym razem bez zakalca 🙂 ) poszedł w całości. Do tego drinki z mojej naleweczki wiśniowej (rocznik 2013), no i lody dla ochłody. Było cudownie. Na luzie. Bez pośpiechu. Kilka godzin pogaduch o wszystkim i o niczym. Lubię te nasze spotkania, bo choć widujemy się bardzo często, ale zawsze w biegu, przelotnie, no i na co dzień nigdy w pełnym gronie. Zmęczenie upalnym dniem i przygotowaniami, na czas pobytu miłych gości ulotniły się jak para.

Za to, jak już wszyscy się rozeszli, padłam jak kawka postrzelona śrutem i przespałam dopóki moja psinka nie upomniała się o kolejny spacer.

Jak ten czas leci!!!

                           Dzisiejsza jubilatka dwadzieścia pięć lat temu i jej tort.

W ubiegłym tygodniu moja Najstarsza Wnuczka obchodziła dwudziestą piątą rocznicę urodzin. Żeby uczcić tę jakże ważną w jej życiu datę, babcia, czyli ja zorganizowała w ostatnią niedzielę małe, rodzinne przyjątko. Był troszkę bardziej uroczysty obiadek, no i tort urodzinowy, który pochwalę się nieskromnie zrobiłam sama.

Jak ująć w słowa te dwadzieścia pięć lat, które minęły jak jedna chwilka? Gdy goście wyszli, sięgnęłam do albumu ze zdjęciami. Wróciły wspomnienia. Młodzi mieszkali u nas, więc to do nas zawitała wprost ze szpitala maciupeńka istotka okutana w kocyk z którego widać tylko główkę z ciemnymi włoskami. Na pierwsze oględziny maleńkiego ciałka zbiegła się cała rodzina. Czyż jest coś bardziej rozczulającego, jak zobaczyć po raz pierwszy od wielu lat łapki wielkości płatka róży, i niewiele większe stópki?

Kiedy kobieta pierwszy raz zostaje matką, jej życie zmienia się radykalnie. Od momentu, gdy dziecko pojawi się na świecie, oprócz wielkiej miłości, do końca będzie jej towarzyszyć wielkie poczucie odpowiedzialności związane z opieką i wychowaniem potomka. Uczucie radości, gdy dziecko dobrze, zdrowo się rozwija przeplatać się będzie ze strachem i smutkiem, gdy coś pójdzie nie tak. Choroba, czy problemy wychowawcze.

A jak to jest zostać po raz pierwszy babcią? Babcia można powiedzieć,  ma „z górki”. Ma już za sobą bagaż doświadczeń opiekuńczo – wychowawczych, i gdy dowiaduje się, że jej dorosłe dziecko będzie miało dziecko to nic, tylko się cieszyć. Bo całe odium odpowiedzialności za całokształt spada na rodziców, a rolą babci jest tylko kochać.  Tak było ze mną przynajmniej. Pokochałam moją pierwszą „Kruszynkę” od pierwszego wejrzenia. Cieszyłam się, że młodzi mieszkają u nas, bo miałam ją na co dzień. Mogłam każdego dnia obserwować jak rośnie, nabiera ciałka, tworzą się kolejne wałeczki na rączkach i nóżkach. Pierwsze, uważne, świadome spojrzenie. Pierwsze dźwięki (gruchanie) wydobywające się z gardełka. Pierwszy ząbek. Z tym ząbkowaniem, to nawet ja nie dawałam rady bezstresowo, słysząc zza ściany jak maleństwo marudzi i płacze. Radość, gdy mała po raz pierwszy samodzielnie usiadła i jeszcze większa, gdy po raz pierwszy samodzielnie ruszyła przed siebie z chwiejącą się pupcią i szeroko rozłożonymi dla równowagi łapkami. Załapałam się jeszcze na pierwsze słowa, bo gdy młodzi wyprowadzali się na własne „M”, mała miała dziewiętnaście miesięcy. Jakie puste wydawało się z początku mieszkanie bez szczebiotki plątającej się pod nogami.

Na szczęście młodzi mieszkali w tym samym mieście, więc mieliśmy bieżący kontakt i nadal mogłam obserwować kolejne postępy fizycznego i emocjonalnego rozwoju mojej pierwszej wnuczki. Nic się nie zmieniło, gdy umarł jej tata (mój syn), a synowa ponownie wyszła za mąż. Byłam świadkiem najważniejszych wydarzeń w jej życiu. Pierwszej komunii, bierzmowania. Śledziłam etapy zmagań z edukacją szkolną. Skromnie mogę powiedzieć, że miałam jakiś tam mały wpływ na wybór kierunku studiów. Dziś, jak dobrze pójdzie, za dwa miesiące będzie bronić pracę magisterską. Wyrosła na atrakcyjną, a przy tym mądrą i inteligentną kobietę. Jestem z niej bardzo dumna.