Zapachy, kolory i smaki mojego dzieciństwa – część 2

Szum topoli i spanie na sianie.

W poprzednim poście opisałam mój pierwszy pobyt na wsi u krewnych mojego taty. Tym razem ciąg dalszy wspomnień.

Jak napisałam poprzednio, po raz pierwszy pojechałam na wieś, gdy miałam cztery lata. Odtąd, każdego roku latem tata zawoził mnie ze starszą siostrą do cioci i dziadków na co najmniej miesiąc wakacji . Uwielbiałam te letnie pobyty na wsi. Ciocia miała dwójkę dzieci w wieku zbliżonym do nas, plus przyjeżdżał jeszcze z innego miasta nasz kuzynek, więc towarzystwa nam nie brakowało. Tak z perspektywy czasu, to myślę, że ciocia była kobietą o złotym sercu i anielskiej cierpliwości, że godziła się na ten spęd dzieciaków w porze największego nasilenia prac polowych. Na szczęście byli dziadkowie, którzy nas trochę pilnowali, choć i tak większość czasu chodziliśmy samopas wymyślając coraz to nowe zabawy. Oto niektóre z nich.

My, dziewczynki lubiłyśmy np. wdrapywać się na mur z kamienia odgradzający gospodarstwo cioci od sąsiadów, żeby bawić się położonymi tam poza zasięgiem dzieci kolorowymi szkiełkami z potłuczonych fajansowych talerzy i kubków, oraz kolorowych butelek. Bardzo podobały nam się te szkiełka, bo były na nich fragmenty motywów kwiatowych. Ciocia nie pozwalała nam tam wchodzić, w obawie że się pokaleczymy, ale i tak robiłyśmy to w tajemnicy przed nią. Naśladując nasze mamy robiłyśmy w takich maciupeńkich buteleczkach po lekarstwach „przetwory” z różnych ziaren i płatków polnych kwiatów. Chłopcy usiłowali dostać się do jaskółczych gniazd uwitych pod strzechami budynków gospodarczych i na drzewach. Do repertuaru zabaw w gronie mieszanym należały bitwy na  zielone kulki zebrane z krzaków ziemniaków, czy zawody, kto złapie więcej chrząszczy do butelki. Myśmy się nigdy nie nudzili, choć nie przypominam sobie żadnych zabawek.

Dużo czasu spędzaliśmy nad pobliską rzeczką. Chodziliśmy tam sami, bo była wąska i płyciutka. Przejrzysta jak szkło woda płynęła leniwie mieniąc się w słońcu. Dno zalegał żółciutki czysty piasek. Taplaliśmy się godzinami, a w najpłytszym miejscu budowaliśmy baseniki dla maleńkich srebrnych rybek, których mnóstwo pływało w wodzie. Robiło się okrągły wał z piasku wystający nad wodę zostawiając małą przerwę, którą rybki wpływały do środka. Wtedy zamykało się wejście, i rybki zostawały uwięzione w baseniku. Nie rozumieliśmy tylko, dlaczego wkrótce po zamknięciu zaczynały pływać do góry brzuszkami. A one po prostu umierały dusząc się w nagrzanej płyciźnie. Po wymoczeniu się w wodzie, aż skóra dłoni i stóp przypominała stare, pomarszczone jabłko zalegaliśmy przy brzegu na białym, ciepłym piasku obserwując płynące po niebie obłoki i wyobrażając sobie co one sobą przedstawiają. Ptaki, zwierzęta, potwory z bajek. A temu wszystkiemu towarzyszył nieustanny szum topoli rosnących nad rzeką. To były cudne, niezapomniane chwile.

Na same żniwa, lub kolejne sianokosy, przyjeżdżali rodzice moi i kuzyna żeby pomóc wujostwu i dziadkom. Gdy nadszedł czas zwózki siana, lub snopów z wyschniętym zbożem, to nas, dzieciaków nie mogła ominąć frajda przejechania się na szczycie drabiniastego wozu załadowanego zbiorami.

Plony zwiezione do stodoły. Po jednej stronie niemal pod dach złożone zboże czekające na młócenie, a po drugiej równie wysoko świeżutkie, pachnące siano, na które czekałyśmy my, dzieciaki żeby móc na nim spać. Cóż to była za radocha. Najpierw po odgarnięciu przygotowanych przez ciocię posłań, do późne nocy harce, hulanki, swawole. Zmęczeni rozrabianiem i odurzeni cudownym zapachem usypialiśmy zakopani po szyję w sianie nie dbając o koce i poduszki. Zaraz po przebudzeniu znów szaleństwo z sianem w roli głównej, dopóki ciocia nie zawołała nas na śniadanie.

Tych nocek na sianie nie było dużo, bo wraz z ukończeniem największego nawału letnich prac polowych wracaliśmy z rodzicami do miasta. Do małego domku z małym podwórkiem. Do miejsca, gdzie nie było słychać szumu drzew i śpiewu ptaków. Za to non stop z zakładu, który był po sąsiedzku dochodził huk traków, które 24 godziny na dobę rozdrabniały ogromne bloki kamienne na grys i na mączkę skalną. Biały pył wdzierał się do domu pokrywając wszystko. Wciskał się do oczu, nosa i gardła podrażniając błony śluzowe. Wszystko w okolicy było nim pokryte. Nieliczne drzewa, domy i trawa.

Cdn.

 

 

Reklamy

Zapach lasu i chatka Baby Jagi

           Coś mnie dzisiaj nosi (albo roznosi) od wewnątrz. Ja, zagorzała domatorka którą z chałupy trudno kijem wygnać, dziś postanowiłam wyjść z domu z mocnym postanowieniem że nie wrócę aż odzyskam spokój ducha. Cel – las. Nie mam daleko. Raptem kilkaset metrów. Choć moje osiedle na skraju lasu położone jest, nie byłam tam chyba z pięć lat. Pomyślałam sobie że zobaczę co się zmieniło. Oj zmieniło się. Zniknęły znajome ścieżki. Zarosły chaszczami. Widać że inni ludzie też nie bywają tu często. Las przestał być modny jako miejsce rodzinnych spacerów.  No i zyskał na tym. Nie jest tak zdewastowany jak dawniej. Przez te kilka lat przyroda przynajmniej częściowo odrobiła to, co ludzie zniszczyli, rozdeptując ten piękny zakątek wszerz i wzdłuż.

              Doceniając starania przyrody, ja mieszczuch zasiedziały w betonowych murach stanęłam na skraju wydawało mi się splątanego nie do przebycia gąszczu krzaków broniącego dostępu do drzew i zastanawiałam się jak przez nie przebrnąć.             Ryzykując wybiciem oka, podrapaniami i podartą odzieżą ruszyłam przed siebie rozgarniając krzaczyska lub nurkując pod nimi. Udało się. Oczy całe. Dotarłam do pierwszych drzew tylko trochę podrapana. Warto było. Uderzył mnie w nozdrza zapach. Zapach lasu. Drzew. I nagle stałam się małym, dziesięcioletnim dzieckiem. Dzieckiem, które było dawno, dawno temu na kolonii w ośrodku położonym wśród takiego lasu. Z tamtego pobytu jedynym wspomnieniem jest pachnący upojnie latem las po którym biegaliśmy z innymi dzieciakami i stojąca pośrodku lasu wśród drzew chatka. Chatka była dziwnie malutka. Miała jedną izdebkę. W trzech ścianach okienka a w czwartej drzwi. Była nie umeblowana. Zaglądaliśmy do tej chatki i wyobrażali sobie że jest to domek Baby Jagi. Brakowało nam tylko kurzej stopki na której powinna stać. Ale od czego dziecięca wyobraźnia. Skoro chatka pusta, to znaczy że Baba Jaga się wyprowadziła i zabrała stopkę i meble do nowego domku. To były piękne szczęśliwe wakacje. Zapomniane do dzisiaj. I nagle jakby się w mojej głowie otworzyła jakaś klapka.

             Las pachnie dzisiaj tak jak przed laty. Tylko wrażliwość emocjonalna już nie ta. Cieszę się że dzisiaj udało mi się uchwycić ten zapach, a on przywołał to urocze wspomnienie.