Zapachy, kolory i smaki mojego dzieciństwa – część 1

 Maki, chabry i kąkole.

Każdy z nas ma w życiu takie chwile, że wystarczy ulotny zapach, kolor, czy dźwięk i otwiera się skrzynia ze wspomnieniami, a na jej dnie te najdawniejsze – z wczesnego dzieciństwa. Wracają zapomniane chwile i obrazy. Chciałoby się cofnąć czas, znów mieć kilka lat, i znaleźć się w miejscu, które kojarzy nam się z oazą szczęśliwości i beztroski.

U mnie na osiedlu znów koszenie traw. O ile w maju uczuciem dominującym była irytacja spowodowana rykiem kosiarek, to tym razem jakoś lepiej znoszę ten hałas – prawie go nie słyszę. Za to upajam się aromatem świeżo skoszonej trawy i siana. Może dlatego, że jest lipiec, środek lata. A to, jak co roku o tej porze budzi we mnie wspomnienia o szczęśliwym, beztroskim dzieciństwie i wakacjach spędzanych u cioci i dziadków na wsi.

Pamiętam, kiedy pierwszy raz tata zawiózł mnie i moje rodzeństwo w swoje rodzinne strony. Miałam cztery lata z małym haczykiem, i to, co wtedy zobaczyłam było tak inne od znanego mi do tej pory obrazu mojego rodzinnego domu wraz z otoczeniem, że chłonęłam nowy dla mnie świat całą sobą. Jako małe dziecko którym byłam, nie rozpatrywałam niczego w kategoriach stare – nowe, prymitywne – nowoczesne, tylko zachłystywałam się bajkowością otoczenia w którym  pierwszy raz się znalazłam. Bajkowy był las, w który weszliśmy zaraz po wyjściu z pociągu, bo nigdy nie widziałam tak dużo wielkich drzew na raz w jednym miejscu, które w dodatku zamiast liści miały igły. Wydawało mi się, że szliśmy i szliśmy bez końca, a tu nic, tylko drzewa. Gdy wyszliśmy wreszcie z lasu, zaczęło się coś, jak podwórko przy moim domu w mieście, ale ogromne, bez końca. No i bez płotu, za to porośnięte takimi żółtymi trawami wielkimi jak ja. Zaraz weszliśmy zresztą na wąską ścieżkę między te trawy. Szliśmy po zielonym, mięciutkim dywanie upstrzonym gdzieniegdzie różowymi łebkami kwiatów koniczyny. Nad nami było błękitne niebo, a po obu stronach złote ściany, spoza których nic nie było widać. Kiedy poruszał je wiatr, pośród nich raz, po raz  mrugały do nas czerwone, niebieskie i ciemno-różowe kwiatuszki.  Na ten widok, obie z moją o rok starszą siostrą puściłyśmy się pędem żeby je zerwać gniotąc przy okazji jak najwięcej żółtej trawy. Oberwało nam się od taty. Wytłumaczył nam, że to nie jest żadna trawa, tylko zboże, i nie wolno go deptać, bo z niego będzie mąka na chleb. Przy okazji dowiedziałyśmy się, jak nazywają się kwiatki, które tam rosły. To były maki, chabry i kąkole. Nie rozumiałam tylko dlaczego tata mówił na nie chwasty. Tata powiedział nam również, że to ogroooomne podwórko bez płotów nazywa się pole.

Bolały mnie już nóżki, gdy doszliśmy do wsi. Wieś też wyglądała inaczej, niż moja ulica w mieście. Wzdłuż białej drogi wysypanej drobnym żwirkiem stały tylko po jednej stronie domy podobne do siebie, ale inne niż w mieście. Te, prawie wszystkie były białe z niebieskim odcieniem jak pościel u mnie w domu. Tylko nie takie czyste. No i dachy. Grube, z cieniutkich patyczków. Potem, gdy byłam trochę starsza, dowiedziałam się, że te domy są pomalowane wapnem z dodatkiem farbki, a dachy, to słomiana strzecha. W momencie jednak, gdy pierwszy raz zobaczyłam obraz tej wsi, nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Było bajkowo i już.

W końcu dotarliśmy do domu cioci. Podwórko niby podobne do mojego, z płotem, a  jednak było inaczej. Bo na tym podwórku stały trzy domy. Jeden normalny, z drzwiami i oknami, drugi, naprzeciwko nie miał okien, tylko wielkie, wielkie drzwi (stodoła), a trzeci z boku, miał malutkie okienka, i drzwi takie trochę większe niż do domu (obora). Przed tym trzecim domem, było dziwne „błoto” o dziwnym zapachu, który wtedy nie kojarzył mi się ze smrodem gnojownika. Po prostu pachniało inaczej i już. Gdy odpoczęliśmy trochę, ciocia oprowadziła nas, dzieci po gospodarstwie, i dowiedziałam się, że w oborze mieszkają zwierzęta. Konia  widziałam już w mieście, ale krowy i owce zobaczyłam pierwszy raz w życiu.

Nie pamiętam, ile czasu spędziliśmy wtedy na wsi. Pamiętam za to, że tak mi się tam podobało, że nie chciałam wracać do domu. Gdy już jednak wysiedliśmy z pociągu w mieście i zobaczyłam mamę, to rzuciłam się do niej, i nie chciałam jej puścić. Do dziś pamiętam, że była ubrana w czerwony sweterek w czarne grochy. Wydawała mi się ładniejsza, i na pewno była chudsza niż przed naszym wyjazdem. Że ładniejsza? Jednak nie widziałam jej jakiś czas i tęskniłam za nią. A dlaczego chudsza? To się okazało jak przyszliśmy do domu. Na środku pokoju stał wózek dziecinny, a w nim nasz nowo narodzony braciszek.

Cdn.

 

Reklamy

Tusz kreślarski jako eyeliner?

Zainspirował mnie wpis Caffe (Make up Caffe – 04.07) traktujący o makijażu i malowaniu się. Myślę, że nie będzie mi miała za złe, jeśli wniosę do tego tematu mój wątek. A właściwie wspomnienie, jak to było w czasach mojej młodości.

Była druga połowa lat sześćdziesiątych ub. wieku. Miałam -naście lat i poszłam do szkoły średniej (budowlanka). Do tej pory w kwestii malowania się zielona jak szczypiorek na wiosnę, zobaczyłam że niektóre moje koleżanki podkreślają swoją urodę dyskretną kreseczką i cieniem na powiece. Postanowiłam spróbować i ja. Nie przyszło mi do głowy, żeby je zapytać czym one się malują (mama się nie malowała, więc nie miałam pojęcia o kosmetykach), użyłam więc do zrobienia kresek na powiekach tuszu kreślarskiego. Efekt oczywiście był odwrotny od zamierzonego. Powieki zaczęły mnie piec, oczy szczypać bo tusz dostał się do worka spojówkowego, musiałam więc szybciutko umyć twarz i na jakiś czas minęła mi chęć na malowanie się.

Ponownie zaczęłam eksperymentować z makijażem jak zaczęłam chodzić z chłopakiem. Wiadomo – chciałam się podobać. To chyba naturalne. Nie pamiętam, skąd czerpałam wiedzę jak to robić, ale pewnie z gazetek dla dziewcząt. Arsenał środków nie był bogaty, ale wystarczyło. Trochę pudru, cień na powieki, tusz do rzęs, no i obowiązkowo bardzo modne w tamtym czasie kreski. Z czasem doszedł pod puder fluid.

Lubiłam się malować przez całe moje czynne życie zawodowe, choć oczywiście trendy się zmieniały. Kreski z czasem odeszły w zapomnienie, by powrócić do łask w ostatnich latach. Niestety, już ich nie zastosuję bo one dodają urody, gdy są idealnie równe na gładkiej skórze powiek, a z wiekiem wiadomo….. Jaskrawe cienie do powiek (niebieskie i zielone – w dodatku perłowe) ustąpiły miejsca całej gamie stonowanych odcieni dopasowanych do koloru oczu i karnacji skóry. Z korzyścią zresztą. Dzisiejsze makijaże pomimo wielowarstwowości są bardziej naturalne. Zresztą, co tu dużo gadać. Czy to dziś, czy kiedyś, w makijażu ważny jest umiar, żeby nie zamienić twarzy w maskę.

Wracając do mojego makijażu. Zawsze malowałam się sama. Raz tylko zdecydowałam o profesjonalnym „malunku” u kosmetyczki z okazji ślubu córki. Wiadomo –  jako matka panny młodej chciałam się prezentować jak najkorzystniej. Umówiona na godzinę, w dniu ślubu mojego dziecka pognałam do gabinetu w nadziei, że będę pięknie wyglądać, coby dziecko było ze mnie dumne. Pani (umówmy się wizażystka) znęcała się nade mną dwie godziny. Już nie pamiętam ile warstw podkładów, fluidów, pudrów i innych kolorowych kosmetyków nałożyła mi na buzię. Pamiętam tylko, że bałam się odezwać (i w ogóle zrobić użytku z mięśni twarzy) z obawy, że jak mi to wszystko nie odpadnie jak tynk od ściany, to na pewno spłynie. I prawie spłynęło. Gdy wracałam do domu, był silny wiatr. Moje oczy zawsze łzawiące na wietrze, tym razem dodatkowo podrażnione kosmetykami zaczęły produkować strumienie łez. W domu spojrzałam w lustro i oniemiałam. W moim kunsztownym, kosztownym makijażu łzy wyżłobiły na policzkach głębokie koleiny aż do czystej skóry. A do ślubu została godzina. Naprawiałam te szkody we własnym zakresie. Ostatecznie ponoć wyglądałam ładnie, ale ja byłam rozczarowana nieprofesjonalizmem profesjonalnej ponoć makijażystki.

Dziś maluję się rzadko, bo tylko na spotkania rodzinne, czy towarzyskie. Bardzo dyskretnie zresztą, bo tylko odrobinę pudru, troszkę cienia na powieki i tusz do rzęs. No i błyszczyk na usta zamiast szminki. Przychodzi taki czas, że nadmiar kosmetyków na buzi wcale nie odmładza i nie dodaje urody, a wręcz przeciwnie. Widuję znajome panie, których buzia, pod wpływem zbierającego się w zagłębieniach zmarszczek pudru wygląda znacznie starzej, niż gdyby były nie umalowane. Choć z drugiej strony jestem pełna uznania dla nich, że im się chce. Choćby tylko na zakupy, czy na spacer z psem.

————————————————————————————————————————————-

Poniżej. Zdjęcia modelek z żurnalu mody z 1966 r. Prawda, że ładne? Mimo że w porównaniu z dzisiejszymi czasami wizażyści dysponowali nieporównywalnie skromniejszymi środkami niż dzisiaj.


 

 

I na koniec moje zdjęcie ślubne. Makijaż wykonany osobiście z nieodzowną w tamtych czasach kreską na powiekach.

Czy naprawdę mam czego chciałam?

             Dziś jest chyba jeden z najpiękniejszych letnich dni. Przynajmniej moim subiektywnym zdaniem. Słoneczko od rana na niemal bezchmurnym niebie. Te kilka  białych chmurek na niebie to snuje się bardziej dla ozdoby. Temperatura idealna – nie za zimno i nie za ciepło. Lekki letni wietrzyk przyjemnie chłodzi ciało. Ale kiczowaty opis. A co mi tam. Tak to odbieram.

            W taką pogodę trudno usiedzieć w domu – zwłaszcza jak się mieszka w bloku. Wybrałam się więc nad pobliską rzeczkę. Cele były dwa. Relaksujący spacer i przy okazji pomyślałam sobie że może znajdę w wodzie parę fajnych kamyczków do mojego akwarium. Do rzeczki niedaleko. Tak około kilometra.    

           Gdy kończy się nasze osiedle zaczyna się inny świat. Świat małych uliczek wzdłuż których stoją domki jednorodzinne. Domki stare, pamiętające co najmniej czasy PRL-u i nowe – wybudowane współcześnie. Widać różnice w stylach. Te stare, to proste nieciekawe piętrowe klocki o płaskich dachach. Nowe mają ciekawe rozwiązania architektoniczne brył – przeważnie parterowe z urządzonymi do zamieszkania poddaszami. Jedne i drugie mają wspólną cechę. Mają podwórka. Kawałek własnego zielonego terenu ogrodzonego siatką albo płotem. Szłam powoli taką uliczką, zaglądałam na podwórka i zazdrościłam im. Trawka zielona krótko przystrzyżona. Klomby, donice małe i duże pełne kwiecia. Parasole, a pod parasolami stoliki i foteliki. Małe piaskownice i dmuchane baseniki sugerują że w takim domu są dzieci. Znów kicz. No i dobrze.

          Zanim doszłam do rzeczki rozkrochmaliłam się zupełnie. Przypomniał mi się mój rodzinny dom. Mały, ciasny, ale własny. Bez wygód. Po wodę chodziło się do hydrantu 50 m. Piece opalane węglem. WC w kącie podwórka. No właśnie. Ja już nie pamiętam jak to było ciężko nosić wodę, niewygodnie myć się w misce, czy marznąć gdy w nocy zgasł kaflowy piec. To znaczy pamiętam, ale mam do tego stosunek obojętny. To podwórko jest w moich wspomnieniach najważniejsze. Kawałek warzywniaka uprawianego przez mamę w kącie a reszta to trawa na której szalałam z trójką rodzeństwa i dzieciakami z sąsiedztwa. Zimą nasz osobisty bałwan.

        Wtedy nie doceniałam tych walorów wynikających z posiadania skrawka własnej zieleni. Gdy podrosłam, marzyłam o mieszkaniu w bloku. Z centralnym ogrzewaniem, wodą w kranie i sr…m w porcelanie. I mam to czego chciałam. Od czterdziestu lat. O co mi więc chodzi? Po latach mieszkania w bloku stwierdzam, że te tzw wygody to nie wszystko. Jest jeszcze czynnik ludzki. Na takiej uliczce mieszka kilka – kilkanaście rodzin. Wszyscy się znają ale mają dużą przestrzeń do życia. W mojej klatce mieszkają 24 rodziny, a w bloku 72. W sumie to będzie sto kilkadziesiąt osób. Wokół bloki z podobną ilością mieszkańców. Ludzi w różnym wieku, o różnych upodobaniach, temperamentach. Nietrudno więc o konflikty i spięcia. W takim skupisku ludzi zawsze trafią się osoby które mają gdzieś dobre stosunki międzysąsiedzkie i potrafią mocno uprzykrzyć innym życie. Wtedy chciałoby się uciec stąd do domku bez wygód pod lasem. Byle mieć święty spokój i kawałek własnego podwórka.      

 

A jednak mi żal

                  Tamtego roku lato było równie gorące jak tegoroczne. W niedzielne lipcowe popołudnie rodzinka zebrana przy stole po obfitym okolicznościowym obiedzie na cześć gospodyni deliberowała co robić dalej z tak dobrze rozpoczętym dniem. Kontynuować obżarstwo kosztem wątroby i stawów unieruchomionych na kilka godzin (poza żuchwą), czy wybrać się na spacer do pobliskiego lasu. Zdania były podzielone – panie chciały na spacer a panowie zdecydowanie preferowali wersję konsumpcyjną. Stanęło  na tym, że kto chce na spacer ten idzie podziwiać przyrodę a kto woli dalsze podziwianie talentów kulinarnych gospodyni ten zostaje.

                Wyłamał się tylko jeden pan – gospodarz. Stwierdził, że krótki spacer z psinką dobrze mu zrobi. Psince zresztą też. No i słusznie. Tak się złożyło że mała, kilkuletnia dziewczynka również zapragnęła pójść na spacer z pieskiem. Dziadek wziął pieska na smycz, dziewczynkę za rączkę i poszli. Nie było ich dość długo. Po powrocie mała oczywiście zaczęła nam zdawać szczegółową relację gdzie byli. Dowiedzieliśmy się że m.in. poszli do ogródka przy białym domku pod brzozami i dziadek postawił sobie piwo. „A tobie co postawił?” – zapytał ktoś z rodziny. „Mnie krzesełko” – odpowiedziało rezolutnie dziecko. Śmiechu było co niemiara.

                 Od tamtej pory minął szmat czasu. Dużo się zmieniło. Mała dziewczynka jest dzisiaj uroczą dwudziestoparoletnią kobietą. Odszedł do „lepszego świata” jej dziadek. Nie ma białego pieska. I zniknął z krajobrazu osiedla biały domek wraz z brzozami. To ostatnie stało się dwa tygodnie temu. Tego ranka obudził mnie jazgot pił mechanicznych. Gdy wyjrzałam przez okno, okazało się że robotnicy ścinają moje piękne ukochane brzozy. Potem przyszła kolej na domek. W ciągu trzech dni wszystko zniknęło. Oczyszczony wyrównany plac wyłożono betonowymi płytami i powstał w tym miejscu parking. Kolejny. Bo kurczą się na moim osiedlu tereny zielone. Każdego roku kolejne trawniki zostają okrojone wszerz oraz wzdłuż – za to przybywa betonowych placów na potrzeby zmotoryzowanych mieszkańców. Ja to rozumiem. Nie ma innego wyjścia. Od czasu gdy powstało to osiedle liczba samochodów wzrosła wielokrotnie a stare parkingi nie są z gumy. 

A jednak mi żal. Żal mi tych pięciu brzóz. To była taka piękna grupa. Codziennie przez te wszystkie lata o każdej porze dnia patrzyłam na nie z okien mojego mieszkania. Byłam świadkiem jak posadzono małe drzewka i jak z każdym rokiem stawały się coraz większe. Teraz to były dorodne duże drzewa o pięknych koronach. Kochałam ich białe pnie i zwisające, poruszane wiatrem wiotkie gałęzie oblepione drobnymi mieniącymi się w słońcu listkami. To już przeszłość. Już ich nie ma. Pozostały mi utrwalone na zdjęciach bo bardzo lubiłam je fotografować. 

 Tak było………                                                                               Tak jest…………

Żegnaj Stary – witaj Nowy

Jest 31 grudzień 2015 r. Godz.23 z minutami. Za niespełna godzinę przywitamy Nowy, 2016 r. Po raz pierwszy od pięciu lat spędzam noc sylwestrową w domu, bo do tej pory zawsze o tej porze byłam w pracy. Siedzę więc sama w domu w ciepełku, szczęśliwa że nie muszę nigdzie wychodzić. Na tę okoliczność otworzyłam sobie szampana z postanowieniem że do północy wypiję go nie czekając na bicie kurantów witających Nowy Rok. Oglądam telewizję. Właśnie skończył się koncert Zdzisławy Sośnickiej -zaraz zacznie się Violetty Villas. Obie bardzo lubię. Poza tym………. ech, te sentymenty. To moja młodość. Nie to żebym się szczególnie rozklejała, ale ta noc, noc jedyna w roku -symboliczna zmiana daty tylko o jedną cyferkę na końcu sprawia że jakoś tak mimo woli człowiek głębiej  sięga wstecz do swojego życia. Wspomnienia…. kilka chwil poświęcone temu co było. Najważniejsze wydarzenia minionych lat przewijają się w pamięci jak w kalejdoskopie aby dojść do dnia dzisiejszego i z chwilą ostatniego uderzenia zegara oznajmiającego, że nadejście Nowego Roku stało się faktem, już zaczynamy myśleć o jutrzejszym dniu i snuć plany na przyszłość.

Postanowienia noworoczne. Kto ich nie robi……. Ile z nich udaje nam się zrealizować? Nie mam pomysłu co mogłabym sobie postanowić…… W sumie moje życie jest dość ustabilizowane, a te kilka drobnych mało szkodliwych nałogów jakie posiadam dodają życiu uroku i urozmaicenia – po co więc mam się ich pozbywać.

Właśnie minęła północ.

Żegnaj Stary Roku. Nie byłeś dla mnie taki zły. Dziękuję Ci za spokój i stabilizację każdego dnia.

Witaj Nowy Roku. Mam nadzieję że będziesz dla mnie łaskawy pod każdym względem. Powiem ci na ucho o czym marzę i czego sobie życzę: zdrowia, spokoju i miłości w relacjach rodzinnych. A jakbyś tak jeszcze zgodził się mieć jakiś tam pozytywny wpływ na stan mojego budżetu to byłoby w ogóle super.

 Nie udało mi się wypić całego szampana przed północą. Chyba to i lepiej, bo biorąc pod uwagę wcześniejszy brak treningu przy większym tempie mogłam nie dotrwać do północy. No i ten tekst byłby zagrożony.

Zdecydowałam że będę mieć jedno postanowienie noworoczne – częściej tutaj zaglądać.