Piszę sobie a muzom

       Tak się cieszyłam na okoliczność, że będę miała internet w pracy. Tyle sobie obiecywałam co do form zagospodarowania czasu z internetem. Tymczasem jaką stronę nie zechciałabym otworzyć, to po gapieniu się w nieskończoność w kręcące się kółeczko sygnalizujące chęć połączenia, ostatecznie wyskakuje mi irytujący tekst informujący że nie odnaleziono serwera……., albo jakiś tam błąd na stronie. Sama już nie wiem, czy to wina mojego zamulonego sprzętu (jak twierdzi moja wnuczka), czy słabego sygnału jaki tu do mnie dociera. Na bloga też udało mi się wejść za n-tym podejściem…….Właśnie wyświetliła mi się informacja, że stracono połączenie. Piszę sobie wiec dalej z czystej ciekawości czy to się wydrukuje gdy kliknę w słówko -opublikuj. A co mi tam. Co mam do stracenia. Przecież jak ukaże się połowa tekstu, to zawsze z kolei mogę kliknąć -usuń. Tyle potrafię.

Czas kończyć bo mi wena oklapła po tych perturbacjach ze sprzętem i jeśli go jeszcze do tej pory nie wyrzuciłam z irytacji przez okno, to tylko dlatego że w oknie jest siatka.

Reklamy

Śledź na fejsbuku

        Dziś mam urodziny. A może miałam? Nie wiem o której przyszłam na świat, a do końca 10-go czerwca zostało jakieś dwadzieścia minut. Było to roku pańskiego…… w każym bądź razie był to XX wiek. Niby co tu ukrywać ile ma się lat, a jednak….. kobieca próżność. Mam tyle na ile wyglądam? Na razie w internecie wizualnie nie wyglądam. Może na ile się czuję? Z tym to już różnie bywa. Raz na mniej…., raz na więcej….. Ostatnimi czasy częściej na więcej niż na mniej. Dziś chyba na troszeczkę mniej skoro chce mi się o tej porze cokolwiek skrobnąć. Zobaczymy na ile starczy mi zapału. Zapał to ja miałam z rana. Wstałam sobie rano. Pogoda piękna. Za oknem jakaś ptaszyna świergoli – co w mieście nie zdarza się często – więc i ja cała w skowronkach postanowiłam że uczczę n-tą rocznicę poczęcia mnie przez Matulę nicnierobieniem, a raczej robieniem tylko tego na co mam ochotę i co mi sprawia przyjemność. Pierwszą czynnością po powrocie ze spaceru z Sunią miało być otwarcie komputera (bywa, że z braku czasu przez cały tydzień nie zaglądam), poserfowanie sobie w sieci, odwiedziny u znajomych blogerów, no i napisanie coś własnego. O święta naiwności!!! Zapomniałam poinformować wnusie, że dzisiaj obiadku babcia nie gotuje bo obchodzi rocznicę urodzin. Więc na zakupy, bo bez uprzedzenia to ja im takiego numeru nie wytnę żeby cały dzień o suchym pysku…. W międzyczasie dwie znajome przypomniały sobie że na gwałt potrzebują moim umiejętności krawieckich, bo jedna za dwa dni na wczasy, a mąż drugiej nie ma co na d… włożyć i trzeba w jednym i drugim przypadku od ręki coś skrócić, zwęzić i podłożyć. Jak tu odmówić jak tak ładnie proszą. Parę groszy też się przyda do domowego budżetu. Internet nie zając – nie ucieknie. Blog też. Czekał tyle, poczeka jeszcze trochę. I tak dzień zleciał. Bez szczegółów, ale pracowicie. Dzień jak co dzień. Zapomniałam dodać, że do moich obowiązków codziennych należy jeszcze odbieranie Słodziaka (najmłodsza wnusia – trzy latka) z przedszkola i zajmowanie się nią przez jakieś dwie do trzech godzin dziennie aż któreś z rodziców wróci z pracy co ma miejsce tak między 17-tą a 18-tą. Dziś też musiałam małą odebrać, ale mała wiedziała że są babci urodziny i dostałam   od niej pięknie zagryzmoloną kolorowymi kredkami kartkę w charakterze laurki. I jak tu narzekać na niezrealizowane plany co do sposobu spędzenia dnia. Jeden punkt planu udało mi się wykonać. Napisać ten tekst. Rano miało to być coś innego, ale czas skorygował ten plan.

 

    I na koniec troszkę humoru. Skąd tytuł nie pasujący do całej reszty? Po powrocie z zakupów wzięłam do ręki ulotkę reklamową jednego z marketów i oglądam co tam reklamują: towar-opis-cena, towar-opis-cena, itd, itp…. Na samym dole czytam: Śledź na fejsbuku-opisu i ceny brak. Przyglądam się z  jeszcze raz i zaskoczyłam: Śledź nas na fejsbuku. Ten śledź na fejsbuku wprawił mnie w dobry humor i trzyma do tej pory. Bez niego nie byłoby tego tekstu. O tej porze już bym się pewnie kolejny raz przewracała w łóżku na drugi bok.

      P.S. Urodziny to ja miałam 10-go. Malutkie sprostowanko bo pisać to ja zaczęłam wczoraj, a zeszło mi do dzisiaj, czyli do 11-go kiedy to ten tekst się ukazał.